Moje Le Mans 24h 2023 cz. II

Po dotarciu na miejsce pora było zaznajomić się z terenem, gdzie rozgrywane jest Le Mans 24h, a jest on iście ogromny. W dodatku na stulecie atrakcji było jeszcze więcej. My jednak początkowo najczęściej odwiedzaliśmy miejsce, którego najmniej się spodziewaliśmy – centrum medyczne.

Poprzednie części cyklu: pierwsza.

Kemping na hipodromie

Ciężko opisać wielkość Circuit de la Sarthe. Nie byłem jeszcze na Nordschleife, tam zapewne skala jest jeszcze inna. Niemniej tam gdzie kończy się większość dużych torów, takich jak Spa (które jest całkiem spore), tam dopiero zaczyna się druga połowa słynnego, francuskiego obiektu. Po większości wnętrza toru można się swobodnie przemieszczać samochodem. Dość powiedzieć, że od tunelu wjazdowego pod zakrętami Porsche do regionu z kempingami przy permanentnym torze Bugatti jest 2,5 kilometra. Z naszego kempingu na hipodromie do trybuny na końcu prostej startowej mieliśmy około dwa kilometry wędrówki w jedną stronę. Odczyty na smartwatchu pokazywały, że dzienne przebiegi po kilkanaście, a raczej kilkadziesiąt kilometrów pieszo były standardem. Podczas pobytu na torze w sumie zrobiłem ponad 120 kilometrów piechotą.

Cicho, pusto, spokojnie. Circuit de la Sarthe we wtorek, czyli cztery dni przed jubileuszowym wyścigiem.

Wracając do kempingu na hipodromie, był to bodaj najbardziej spartański ze wszystkich kempingów, jako specjalnie założony na tą edycję. Zobaczymy, czy pozostanie, ale nie był w 100% zapełniony nawet na setkę, więc wątpię. W sumie i dobrze, bo dzięki temu nie było wielkich kolejek do pryszniców i toalet. Prądu oczywiście nie było, ale sobie radziliśmy kuchenką gazową, powerbankami, a w razie czego doładowaniem wszystkiego w aucie zaparkowanym nieopodal. Małe obłożenie kempingu i jego tymczasowość miały swoje zalety. Poza mniejszymi kolejkami do BARDZO WAŻNYCH MIEJSC, kontenery sanitarne były nowiutkie. Nie można tego powiedzieć o toaletach na polecanych kempingach jak np. Houx, gdzie może był prąd i inna atmosfera, ale sanitarka była murowana i mocno wiekowa.

Kameralnie

My po przyjeździe rozstawiliśmy namiot i wybraliśmy się na wieczorną wycieczkę na tor. Przy okazji wyszło na jaw, że tak jak i bilet pozwalał na wstęp podczas dnia testowego, tak na kemping można było zawitać już wtedy. Chyba, bo nie udało nam się tego potwierdzić na 100% i nie wiemy czy dotyczyło to tymczasowego na hipodromie, jednak widzieliśmy podobne rozpiski na torze.

Road to Le Mans pozuje do zdjęcia.

Jak się okazało we wtorek na Le Mans było jeszcze niesłychanie sennie i (wierzcie lub nie) były to jedne z najmilszych godzin jakie spędziłem na torze. Ilość odwiedzających zamknęła by się pewnie w kilku setkach. Cała tzw. wioska Le Mans była pusta, w większości jeszcze pozamykana. W wiosce były różne sklepy, restauracje, stoiska wystawowe, itp. Przed budynkiem Alpine dopiero rozwijali trawę z rolki. Przy moście Dunlopa WRT robiło sobie zdjęcie i udało się życzyć Robertowi powodzenia, gdy zjeżdżali do boksów. Potem pozowały Safety Cary. Na głównej prostej pozowała z kolei już cała stawka Road to Le Mans. Nigdzie nie było niemal nikogo, poza samymi ekipami. Do tego stopnia, że zupełnie niechcący weszliśmy na padok i przechadzaliśmy się między mechanikami oraz motorhome’ami ekip. Było bardzo przyjemnie i relaksująco.

Atak zdrowia na nasz wyjazd

Dzień drugi zaczął się… słabo. Jeden uczestnik miał ostrą alergię, w końcu było sucho i gorąco, a my spaliśmy na hipodromie gdzie albo pylił piach, albo trawy. Drugi, czyli ja, walczył z mocnym zapaleniem mięśnia. Bark bolał mnie tak, że nie mogłem sam założyć plecaka. Pustego. W niemiłosiernym skwarze poszliśmy na trybunę, ale po treningu Road To Le Mans, wykorzystaliśmy przerwę na powrót na kemping. Po drodze stwierdziliśmy, że wstąpimy do mijanego centrum medycznego, bo w tym stanie nie damy rady. Było naprawdę słabo. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy francuski Pan lekarz dał leki łagodzące skutki alergii jednemu, a mi leki przeciwzapalne na receptę, po zapisaniu naszych nazwisk na chusteczce. Żaden dowód, żaden rachunek, żadne ubezpieczenie. Wszystko „included”. Super, chociaż z tym łatwo poszło!

Porsche 911 GT1 Evo – samochód, z którym utożsamiam swoją pasję do Le Mans 24h. Wreszcie na żywo!

Leki zaczęły działać, ale po połowie dnia na torze obeszliśmy jeszcze kawałek otwartej już wioski i poszliśmy na kemping, omijając pierwszy nocny trening przed Le Mans. Woleliśmy się zregenerować i mieć siły na resztę tygodnia. Pewnie dla niektórych zabrzmi to jak świętokradztwo, ale… być na wyścigu 24-godzinnym, to coś zupełnie innego niż go oglądać. Ba! Być na całym tygodniu wyścigowym, to coś zupełnie innego, niż być na weekendzie F1. Ilość atrakcji jest tak ogromna, że pominięcie jednej w tym gąszczu nie wydaje się ogromną stratą. Szczególnie, że dbaliśmy o swoje zdrowie na resztę pobytu. Dość powiedzieć, że przez cały wyjazd nie widziałem ani sekundy sesji Ferrari Challenge, które również było rozgrywane na torze. Tylko słyszałem silniki z kempingu 😉 .

Tego dnia, mimo gorącej nocy, poszedłem spać w zapiętym śpiworze i naciągniętej na siebie bluzie. Byle wygrzać ten mięsień.

Zwiedzanie toru

Chyba pomogło, bo czwartek rozpocząłem w świetnym humorze i z powrotnym nabyciem umiejętności samodzielnego zakładania plecaka. Pavel – alergik, choć nie doznał tak cudownego ozdrowienia, też czuł się lepiej. Skoro tak, to pora na większe wyzwania. Obeszliśmy jeszcze raz wioskę, zaglądając m.in. do namiotu słynnego domu akcyjnego RM Sothesby’s i po wizycie na trybunie poszliśmy na popołudniowe zwiedzanie toru. Całego. Czwartek, tak zakładałem, był ostatnim dniem, w który można obejść tor bez wielkich tłumów i dobrze zorientować się w jego topologii. Obejść to nadużycie – Circuit de la Sarthe obejść się nie da. Przeszliśmy z trybuny na prostej startowej wzdłuż toru do Mostu Dunlopa. Następnie przeszliśmy nim na wewnętrzną stronę toru. Obejrzeliśmy eSki za mostem i doszliśmy do Tertre Rouge, skąd widać było początek prostej Hunaudieres gdzie już nie ma wstępu. Tam też rosną legendarne platany – kto ogląda relacje Eurosportu z Grzegorzem Gacem, ten wie 🙂 .

Toyota na torze

Pewnie używam dużo zwrotów jak „słynne”, „legendarne”, ale dla fana Le Mans i sportów motorowych, każde z tych miejsc, każdy z tych zakrętów rzeczywiście taki jest. Co ważniejsze jednak – nie zawodzą i w rzeczywistości wyglądają jeszcze lepiej niż w TV.

Po Tertre Rouge wybraliśmy się na Mulsanne jednym z darmowych autobusów kursujących po torze i dookoła, podstawionym przez organizatorów. Następnie, znów autobusem, z Mulsanne do Arnage i Indianapolis. Południowa część toru to zupełne przeciwieństwo północnej. Zamiast gwaru, czy tłumu, ciche i kameralne kempingi w lesie obok toru. Niemal jak nad jeziorem, tylko ryk przejeżdżających co chwila aut psuje nastrój. To dwa różne światy, także ze względu na ukształtowanie toru.

Wieczorny trening na zakrętach Porsche.

Południe jest płaskie. Owszem Indianapolis ma słynne nachylenie, ale z zauważalnych różnic poziomu to w sumie tyle, aż do prostej startowej. Tymczasem początek okrążenia, to coś zupełnie innego. Każdy wie, że pierwszy zakręt na Le Mans jest pod górkę, ale dopiero widok jego na żywo uświadamia, jaka to jest górka. Mało tego eSki za mostem Dunlopa to istny rollercoaster zakończony podjazdem do Tertre Rouge, skąd zaczyna się zjazd w dół do prostej Hunaudieres. Różnice poziomów są zdecydowanie większe niż się spodziewałem. Przejście się po pierwszej części toru po niedzielnym wyścigu tylko spotęgowało to wrażenie.

Na koniec trafiliśmy na zakręty Porsche, do których idzie się… mijając ogródki działkowe. Serio. Przy samym torze, tam gdzie mkną prototypy i auta GT, ludzie mają swoje ogródki z pomidorkami. Zdjęcie dokumentujące ten fakt znajdziecie poniżej. Dla mnie oznaczało ono kolejną wizytę w centrum medycznym.

Pomidorki, papryczki, ogóreczki. Słowem RODOS przy samym torze.

Po powrocie z zakrętów Porsche już na piechotę, po zakończonej sesji hyperpole i nocnym treningu, usiadłem w namiocie. Złapałem się za nogę, a tam było coś niezbyt mojego. Kleszcz. Jeden jedyny dzień, kiedy nie wysmarowałem się DEETem i od razu kleszcz. No nic. O północy półtora kilometra do centrum medycznego, Pan doktor uśmiecha się i cieszy, że znów mnie widzi. Ja niezbyt. Kleszcz szybko wyjęty, nic nie napity. Na szczęście żadnych objawów po dziś dzień nie mam, ale kolejne badania asekuracyjnie jeszcze zrobię.

Regeneracja, muzeum i pokazy

Piątek! Po burzliwym i męczącym czwartku dzień odpoczynku dla całego padoku. My zwlekliśmy się późno, a kiedy już się udało, dopchaliśmy się do kolejki wejściowej Muzeum Le Mans. Tam była specjalna wystawa na stulecie. Szczerze? Nie wiedziałem na co patrzeć i czemu robić zdjęcia! Każde auto było legendą samo w sobie, każde chciałem kiedyś zobaczyć, a teraz były tam.. stały sobie jedno obok drugiego, jak gdyby nigdy nic. Najsłynniejsi uczestnicy i zwycięzcy Le Mans: Porsche 956, 917, 935 Moby Dick, Alfa Romeo Superleggera, Ferrari P4, Peugeot, Mazda 787B, Homwet z turbiną, Ford GT40, zwycięskie Audi i Porsche ery LMP1-H, cała aleja z pojazdami Matry, Rondeau, LMP Bentley’a, no po prostu wszystko! Nie było wiadomo na co patrzeć, serio. Musieliśmy się jednak powoli zwijać, bo muzeum otwarte było wyjątkowo tylko do 15:00, a Panie z obsługi roznosiły jakieś kartki i przyklejały do eksponatów. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy dlaczego.

Audi R18 e-tron quattro z 2012 roku z „ranami bojowymi”.

Poszliśmy więc na naszą trybunę, bo na wieczór zaplanowano pokazy najróżniejsze. Lotnicze, startu Le Mans, pokaz fajerwerków. Tu pozwolę sobie na dygresję: do piątku nikt się nie przejmował wejściówkami na trybunę. Nikt przy nich nie stał, więc można było sobie wchodzić właściwie na którąkolwiek, gdzie było miejsce. Dopiero w piątek zaczęto sprawdzać bilety. A propos biletów: do piątku nikt nie przejmował się zbyt nawet nimi! Nam jeden nie działał od samego przyjazdu i wszyscy machali na to ręką. Dopiero w piątek kazano nam wymienić felerny bilet w informacji, bo okazało się, że problem był powszechny.

Pokazy były całkiem spoko. Piloci myśliwców się nie opimpalali i przelatywali nisko nad prostą na dopalaczu. Także, widząc błyśnięcie myśliwca nad torem, miało się ułamek sekundy na instynktowne zatkanie uszu przed stratą bębenków. Szczególnie, że nad naszą trybuną Panowie jeszcze dodawali do pieca i wycinali świecą w górę.

Aleją Matr, aleją Matr idzieeeeeemy….

Wreszcie dowiedzieliśmy się, po co wcześniej zamykano muzeum. Oto wszystkie klasyki wcześniej oznaczone kartkami teraz wyjeżdżały na tor! To był świetny widok (i dźwięk!). Zobaczyć te wszystkie legendarne auta jadące, móc porównać je w ruchu i dźwięku, choć oczywiście nie przy ciśnięciu na 100%. Niemniej silnik Wankla Mazdy, a szczególnie V12 Matry robią robotę jak mało co.

Na wieczór zawitaliśmy na kempingu, gdzie obserwowaliśmy świetny pokaz fajerwerków, a potem także pokaz dronów. Powtórzono większość tego pokazu w czasie wyścigu. Szczerze przyznam, że był to bodaj najfajniejszy pokaz fajerwerków, jaki w życiu widziałem. Nie spodziewałem się, że zobaczę go na Le Mans 24h.

Mikrokosmos

Wrócę jeszcze na moment do kempingów na Le Mans. Widziałem te na Spa 24h. Widziałem te na F1. To były po prostu „kempingi fanów wyścigów”. Jednak to co jest na Le Mans, to coś zupełnie innego. To wioski osobliwości, z własnymi minimiasteczkami, całymi klubami i klubikami, minikulturami! Jak ta działkowa przy Mulsanne, ta z kojcami dla noworodków przy zakrętach Porsche, czy imprezowa przy Chateau du Houx, czyli niedaleko mostu Dunlopa. Kempingi zaczęły się porządnie zapełniać dopiero w piątek. Wtedy też zobaczyliśmy jak NAPRAWDĘ można być przygotowanym na wyścig.

Zwykły dzień na kempingu podczas Le Mans 24h.

Agregat i po dwie lodówki to nie był wyczyn. Podobnie jak telewizory i inne gadżety. Najlepsi mieli połączone po kilka namiotów, w tym jeden wielkości na wesele, w którym przez cały weekend trwała impreza z rozstawionym nagłośnieniem, lampami dyskotekowymi i stroboskopami. Były kluby supersamochodów przyjeżdżające na kemping, czyli stado Porsche, Jaguarów i innych, plus jedno auto na „cięższy sprzęt”. Były imprezy na dachach kamperów. Były barki z cegieł, gdzie Brytyjczycy polewali każdemu przechodniowi. Były jeżdżące kanapy. To oddzielny, równoległy świat, który po prostu trzeba zobaczyć i poczuć. Z resztą później doczytałem, że niektórzy nie są tam nawet dla wyścigu. W końcu przez cały weekend są koncerty i dla niektórych już one są dostateczną atrakcją i pretekstem do pojawienia się na torze. Kemping na Le Mans to jeden, czy raczej kilka równoległych wymiarów pojawiających się w naszej czasoprzestrzeni tylko na ten jeden tydzień. Atrakcja sama w sobie 😉 .

Sobota i niedziela, dni wyścigu i napięcia sportowego, już w kolejnej części relacji. Tymczasem zapraszam was do galerii z jubileuszowej wystawy w muzeum Le Mans 24h:

Leave a Reply

Discover more from 4 kolka i nie tylko

Subscribe now to keep reading and get access to the full archive.

Continue reading