F1 Grand Prix USA 2018

Ferrari od walki o mistrzostwo przed GP Włoch przeszło do stanu, kiedy sukcesem jest odwlekanie koronacji Lewisa Hamiltona na pięciokrotnego mistrza świata choćby o jeden wyścig. Na szczęście F1 Grand Prix USA 2018 dostarczyło sporo emocji, których nie daje już sama walka o tytuł.

Wyścig w Stanach Zjednoczonych od zawsze jest czymś specjalnym w kalendarzu F1. Specjalnym głównie dlatego, że oto europejska seria o randze mistrzostw świata stara się zdobyć fanów na gigantycznym rynku amerykańskim. Problem polega na tym, że gusta fanów jak i sam styl ścigania są zupełnie inne na obu kontynentach. To z kolei stawia przed organizatorami ogromne wyzwanie, które urosło do rangi kluczowego po przejęciu F1 przez firmę zza wielkiej wody. Dla nas, kibiców z Europy, Grand Prix USA chyba wciąż jest jednak pewnym folklorem i kolorowym „show” kontrastującym z resztą sezonu, co na szczęście nie znaczy, że nie ma nic do zaoferowania pod kątem czysto wyścigowym.

Frytki na przystawkę

Treningi przed wyścigiem nie pozwalały jednoznacznie wytypować mocnych faworytów z czołowej trójki zespołów. Wszystko dlatego, że pierwsze dwa z nich były na mokrym lub przesychającym torze i tu królował Lewis Hamilton. Ostatni z nich był natomiast już na suchym asfalcie i tu z kolei klasyfikacja wyników była wyraźnie podzielona zespołami – najpierw Ferrari, potem Mercedes, a za nimi Red Bull. Nie wyniki były jednak najważniejsze, a kary jakie posypały się po treningach. Toro Rosso kontynuuje bycie poletkiem doświadczalnym Hondy (i nie najgorzej na tym wychodzi), więc przed kwalifikacjami wymieniono jednostki w obu bolidach, co poskutkowało przesunięciem ich na koniec stawki startowej. Dużo bardziej kontrowersyjna i w teorii istotna z punktu widzenia mistrzostw była jednak kara, którą nałożono na Sebastiana Vettela. Podczas okresu czerwonej flagi, wprowadzonego by umożliwić oczyszczenie toru w czasie pierwszego treningu, Vettel nie zwolnił dostatecznie, co poskutkowało przesunięciem na starcie o trzy pozycje do tyłu. O dziwo nawet kierowcy byli po stronie Sebastiana i uznali ten system za bzdurę i wymagający zmiany, nic to jednak już nie mogło zmienić jeśli chodzi o karę przyznaną Niemcowi.

Podczas kwalifikacji sędziowie zgodnie z zapowiedzią nie mieli tolerancji dla wyjazdów poza tor, mogących poprawić wynik zawodników i bez zahamowań anulowali czasy zawodnikom, którzy nie trzymali się limitów toru. Najbardziej zaskakujące było chyba odpadnięcie Verstappena już w pierwszej sesji, a to wszystko z powodu połamanego na tarce zawieszenia bolidu Red Bull. Cóż, nie pierwsze to i pewnie nie ostatnie złamane zawieszenie w bolidach, przy których udzielał się Adrian Newey 😉 . Niemniej korzystając z i tak już zmarnowanych kwalifikacji, zespół postanowił wymienić skrzynię biegów w bolidzie Holendra, co przesunęło go na koniec stawki startowej. Tymczasem sama walka o pole position była dobrze nam znaną rozgrywką między Hamiltonem i resztą świata, zakończoną oczywiście zwycięstwem Lewisa. Pluć w brodę mogli sobie kierowcy Ferrari, którzy przegrali rywalizację o pierwsze pole startowe odpowiednio o sześć setnych sekundy u Vettela i siedem setnych u Raikkonena. Kara dla Sebastiana oznaczała jednak, że to Fin ustawi się w pierwszym rzędzie obok Hamiltona.

Krwisty stek

Start okazał się popisem umiejętności Kimiego. Raikkonen najpierw świetnie wystartował, potem umiejętnie utrzymał wewnętrzną stronę toru, nie dając się zamknąć Hamiltonowi, a następnie agresywnie lecz z rozsądkiem zamknął Brytyjczykowi drogę w pierwszym zakręcie i objął prowadzenie w wyścigu. Podręcznikowo przeprowadzony manewr jednego z najstarszych kierowców w stawce, którego tyle razy w tym sezonie nie potrafił niestety równie dobrze zrealizować walczący o tytuł Vettel.

Za nimi kilka zakrętów dalej działy się rzeczy, które (moim zdaniem) przynoszą wstyd stawce kierowców i w ogóle sportowi kreującemu się na najbardziej prestiżową serię wyścigową świata. Najpierw w serii szybkich łuków 3-4-5 rodem z Silverstone zupełnie pogubił się Lance Stroll, który nie mogąc znaleźć swojego miejsca pomiędzy jadącymi bolidami, pojechał fragment toru po prostu na wprost, wbijając się w bok McLarena Alonso i eliminując go w wyścigu. Następnie przed nawrotem numer 12. Romain Grosjean potężnie zablokował koła w swoim bolidzie, zupełnie tracąc nad nim kontrolę i wbił się w Saubera Charles’a Leclerca, eliminując z rywalizacji jego oraz siebie samego. Naprawdę poziom jazdy co najmniej kilku kierowców w stawce uwłacza całej serii i pokazuje, że coś niedobrego dzieje się w F1, skoro tacy zawodnicy nie tylko mogą się do niej dostać, ale także utrzymać posady. Z resztą Grosjean jest już tylko o dwa punkty karne od zawieszenia na jeden wyścig i nie był by to pierwszy taki przypadek w jego karierze. To chyba najlepsze podsumowanie poczynań jego i podobnych mu zawodników. Po raz nie wiem już który nie wykazał się także Vettel, który w walce z Danielem Ricciardo próbował bardzo agresywnie wypchnąć go za tor, co zakończyło się kolejnym obrotem czerwonego Ferrari już na pierwszym okrążeniu wyścigu. Jak bardzo kibicuję czerwonym i jak nie znoszę samouwielbienia Hamiltona, to zdecydowanie Sebastian swoimi występami w tym roku po prostu nie zasłużył na tytuł mistrzowski, szczególnie w porównaniu do formy konkurenta z wysp.

Na przedzie tymczasem Raikkonen dość pewnie prowadził stawkę przed Lewisem. Za nimi szalał Max Verstappen, który po kilku okrążeniach był już piąty i startując z końca stawki zapowiadał się na mocnego kandydata do podium. Pozycja Maxa w walce o najwyższe lokaty jeszcze się umocniła po dziewiątym okrążeniu, kiedy z wyścigu odpadł jego zespołowy kolega. W bolidzie Ricciardo posłuszeństwa znów odmówiła jednostka napędowa. Ja wiem, że pewnie tworzę teorie spiskowe, ale kurczę powoli przestaję wierzyć w to nagromadzenie awarii u Daniela, który już nie przedłuża kontraktu. Zespół Red Bull przez lata rywalizacji już nie raz był miejscem takiego podejrzanego nagromadzenia „zbiegów okoliczności”. Jeśli ktoś nie pamięta o co chodzi, polecam przeczytanie książki Marka Webbera.

Awaria bolidu Ricciardo wywołała wprowadzenie wirtualnego samochodu bezpieczeństwa. W czołowej dwójce mieliśmy pokaz jak niekonsekwentny i niejednoznaczny jest ten system. Hamiltonowi, z bodaj ponad dwóch sekund, udało się podczas jednego krążenia zbliżyć na odległość kilku metrów do bolidu Kimiego, mimo że wszyscy powinni teoretycznie podążać tym samym tempem. To nie miało jednak znaczenia, gdyż strategia w czasie neutralizacji miała się okazać rozstrzygająca dla losów wyścigu. Hamilton dostał komunikat by uczynić dokładnie na odwrót niż jadący przed nim Raikkonen. Jeśli zjedzie do boksów to zostać, jeśli zostanie to zjechać. Kimiemu przekazano informację i mijając zjazd zamarkował skręt do alei serwisowej, ale szybko znów odbił na tor, a Lewis nie dał się nabrać i zjechał po nowe opony. Chwilę później wznowiono rywalizację, a Hamilton zaczął w kosmicznym tempie odrabiać stratę do liderów, urywając nawet niemal dwie sekundy na okrążeniu. Bottas szybko przepuścił szarżującego kolegę, a ten kilka okrążeń później był już za tylnym skrzydłem Kimiego.

Wydawało się, że Ferrari znów kompletnie zbłaźniło się taktyką. Oto na czele jechał Raikkonen walczący na starym komplecie opon, a tuż za nim gnał Lewis na nowym ogumieniu i zdawało się, że nic go nie zatrzyma. O dziwo Kimi dostawał jednak bardzo spokojne komunikaty od swojego zespołu. Inżynierowie twierdzili, iż niemożliwe jest by Hamilton zdołał ukończyć wyścig na tym komplecie opon. Cóż… taktycy Ferrari twierdzili już podobnie nie raz w tym sezonie. Niemniej Fin dogoniony przez kierowcę Mercedesa pokazał to, co chyba wszyscy fani chcieli zobaczyć w jego wykonaniu. Bardzo mądrą, pewną, bezpieczną i co najważniejsze skuteczną obronę przed szarżującym Hamiltonem. Raikkonen robił dokładnie to, czego można było się spodziewać po „starym wyjadaczu”. Podczas gdy sam zaraz zjeżdżał po nowy komplet opon, zmuszał Lewisa do gotowania jego ogumienia dobrze wiedząc, że im cieplej tym większe problemy z temperaturami kół u Mercedesa. Chwilę później Kimi pojawił się w boksie na swój planowany zjazd.

Za tymi dwoma także się działo. Verstappen pojawił się w boksie okrążenie przed Bottasem i powrócił na tor na oponach supermiękkich. Świetne okrążenie wyjazdowe wystarczyło, by przeskoczyć kierowcę Mercedesa i ruszyć w pogoń za dwójką liderów, choć wydawało się niemożliwe, żeby kierowca Red Bulla mógł ukończyć wyścig na oponach z czerwonym paskiem. Max powoli odrabiał ułamki sekund do drugiego Raikkonena, ten z kolei gonił Hamiltona choć nie było to łatwe. Przewaga Lewisa wydawała się utrzymywać, kiedy nagle, po nieco ponad połowie wyścigu, zaczęła się dosłownie rozpływać. Szybko zmienione opony, które w bolidzie obciążonym jeszcze dużą ilością paliwa zostały zagotowane wcześniej w walce z Kimim, powoli się poddawały. Zdjęcia pokazywały ogromne pęcherze na oponach bolidu Lewisa. Przewaga topniała tak szybko, że zespół nie miał właściwie żadnej możliwości reakcji. Opcja była tylko jedna – kolejny zjazd.

Tort z fińskim masłem

Lewis wrócił na tor i po raz kolejny rozpoczął pogoń za liderami. Tym razem jednak opony nie miały już takiego obciążenia, ale i kierowcy z przodu mieli opony w niezłym stanie. Na kilka okrążeń przed końcem mieliśmy więc Lewisa doganiającego Verstappena, który z kolei uciekając przed nim doganiał prowadzącego Raikkonena. Kimi robił co mógł by utrzymać się na przedzie, tymczasem dwójka za nim walczyła o załapanie się do strefy DRS. Maxowi pomagało to bronić się przed atakami Mercedesa, Hamiltonowi natomiast spotęgować przewagę swojego silnika i podjąć próbę ataku na rywala.

Za podium toczyła się z kolei walka Vettela o powrót na znaczące miejsce w stawce i przeciągnięcie rozstrzygnięcia sezonu na korzyść Hamiltona, przynajmniej o jeden kolejny wyścig. Sebastian dogonił czwartego Bottasa i choć wydawało się, że go wyprzedzi, nie mógł uporać się z Finem przez kilka ładnych okrążeń. W końcu Mercedes Valtteriego wykonał jakiś dziwny manewr przez nawrotem nr 12.  i chwilowo zwolnił, co skrzętnie wykorzystał kierowca Ferrari.

Prawdziwa walka miała jednak miejsce przed nim. Tam, choć nie było ostatecznie żadnej jednoznacznej próby ataku, przez kilka okrążeń mogliśmy oglądać jazdę na najwyższym poziomie, gdzie każdy najmniejszy błąd oznaczał by zmianę na podium. Nikt jednak tego błędu nie popełnił i na metę pierwszy wpadł Kimi Raikkonen, ustanawiając tym samym rekord w największym odstępie między kolejnymi zwycięstwami, gdyż poprzednie odniósł podczas inauguracji sezonu 2013! Raikkonen pokonał też wreszcie pecha i wyeliminował własne błędy, które już kilka razy w tym sezonie odbierały mu najwyższe laury, choćby w kwalifikacjach. Naprawdę niewielu jest i było w stawce kierowców cieszących się taką sympatią kibiców, więc zwycięstwo Raikkonena wywołało uśmiech na wielu twarzach, nawet na jego własnej, co wydawało się niemożliwe 😉 . Tym bardziej, że wynik w pełni zasłużony i miły w kontekście pożegnania z Ferrari po tym sezonie.

Dalej finiszował Verstappen w kombinezonie stylizowanym na kowboja (marketingowcy Red Bulla to naprawdę mistrzowie w swoim fachu) i ze zniszczonym butem, pokazującym ile kierowcy czołówki dawali z siebie podczas kilku ostatnich okrążeń. Jego wynik tym bardziej musiał boleć Ricciardo, który przecież startował do wyścigu z drugiego rzędu i z podobnym tempem miałby ogromne szanse na zwycięstwo. Podium uzupełnił pewny swego Hamilton, który znów wykazał się wyścigową inteligencją, nie ponosząc nadmiernego ryzyka kiedy nie było to potrzebne i cierpliwie czekając, na przyznanie kolejnego tytułu mistrza świata.

Dodaj komentarz