Elektrycznie – politycznie

Samochody elektryczne przez wielu traktowane są… no tak jak samochody. Urządzenie, do którego się wsiada, jedzie, wymaga komfortu i własności jezdnych, narzeka na mały zasięg itp. Tymczasem na pojazdy elektryczne trzeba potrafić spojrzeć w dużo szerszym zakresie, bo za elektryfikacją idą bodaj największe zmiany geopolityczne od czasów II wojny światowej.

Dziś będzie nieco mniej o samej motoryzacji, za to będzie ona dla nas punktem wyjścia do skomplikowanej dyskusji o tym, co stoi za rewolucją, którą właśnie przechodzi. Wszyscy rozprawiamy nad tym, że samochody elektryczne nie mają większego sensu, że energia którą są napędzane i tak wytwarzana jest w brudny sposób, że są zupełnie niepraktyczne przez krótki zasięg, a stacje ładowania przy autostradzie, gdzie każdy musi czekać minimum pół godziny, aby przejechać 300 kilometrów, to kompletna abstrakcja. Podobnie z resztą, jak np. ładowanie samochodu elektrycznego stojącego na parkingu pod blokiem. Nie mówiąc już o gigantycznych kosztach rozbudowy infrastruktury elektrycznej dla Państw. Przecież wiele krajów (w tym Polska) balansuje już na granicy blackoutu. Teraz wyobraźmy sobie, że o 16:30 dwa miliony Polaków wraca do domu i podłącza swoje samochody do szybkich ładowarek, które mają bardzo duży pobór mocy. Katastrofa gwarantowana.

Mimo to rządy wielu Państw usilnie forsują wprowadzenie pojazdów elektrycznych w Europie, a za tym idą działania wielkich koncernów. Łatwo więc zadać sobie pytanie, skąd bierze się całe to szaleństwo i czy Ci ludzie nie są po prostu głupi lub przekupieni (nie wiem co gorsze)? Cóż… patrząc na elektryczną motoryzację nie z punktu widzenia zwykłego użytkownika, ale z dużo szerszym spojrzeniem na układ geopolityczny, czy bezpieczeństwo energetyczne kontynentu, można dojść do ciekawych i zaskakujących wniosków.

Przeciętny człowiek zapytany o to jakie zna supermocarstwa od razu wymieni Rosję i Stany Zjednoczone. Tu mała dygresja – dużym błędem jest pomijanie Chin. Kraj uważany przez wielu za producenta T-shirtów i guzików staje się obecnie światowym potentatem innowacyjności. Dlaczego? Otóż taką sytuacje stworzyły tak naprawdę inne rozwinięte państwa. Przez lata transferowano produkcję prostych części do Chin, podczas gdy np. w Europie czy USA pracowały w centrach R&D zastępy inżynierów skupione nad nowymi rozwiązaniami, robiącymi użytek z tych części. Co się teraz okazało? Ano nagle państwa i firmy krajów rozwiniętych zorientowały się, że zaginęła u nich całkiem podstawowa wiedza produkcyjna jak toczenie, frezowanie itp. Głównie dlatego, że od lat przekazywano tą produkcję Chińczykom. Dlatego obecnie następuje odwrót i są próby ściągania tej najbardziej podstawowej produkcji do krajów rozwiniętych, gdyż jest ona niezbędna dla poprawnego działania łańcucha innowacyjności i po prostu niezależności gospodarczej od Chin. Tymczasem firmy państwa środka zaczynają korzystać ze zdobytej wiedzy, rozwijać ją dalej i wprowadzać nowatorskie rozwiązania, ze wsparciem swojego rządu, obwarowując je przy tym patentami. Dlatego obok potęg gospodarczych wymienionych na początku należy wymieniać także Chiny, a po prawdzie to powinno się je wymieniać na pierwszym miejscu.

Tyle dygresji. Wracając do tematu. Unia Europejska powstała głównie właśnie po to, by społecznie, gospodarczo i politycznie państwa Unii mogły konkurować z mocarstwami, gdyż pojedynczy głos Francji, czy nawet Niemiec nic by nie znaczył. Z resztą UE walczy obecnie właśnie o to by jej głos znaczył jak najwięcej na arenie międzynarodowej, a do tego potrzebna jest jednogłośność państw w jej składzie. Kluczem do niezależności w nowożytnym świecie jest z pewnością energetyka. Domy można grzać węglem, drewnem, czy prądem pozyskanym w dowolny sposób: z wiatru, elektrowni jądrowych lub słonecznych oraz co najmniej kilku innych typów. Transport, który jest podstawą dobrze prosperującej gospodarki, to już z goła inna sprawa. Szczególnie transport drogowy. Od ponad 100 lat na naszych drogach królują pojazdy napędzane silnikami zasilanymi przez benzynę lub po prostu ropę. Tu dochodzimy powoli do meritum sprawy i zazębienia się dawki informacji, którą przekazałem wam wcześniej. Kto bowiem jest największym producentem ropy naftowej na świecie? Rosja, USA i Arabia Saudyjska. Zaczynacie łapać całą tą rozgrywkę?

To jednak dopiero początek zabawy. Żaden ze mnie ekspert z ekonomii, ale każdy dysponujący podstawową wiedzą w tej dziedzinie wie, że o sile waluty na światowym rynku stanowi także jej powszechność (w końcu to wszystko są spekulacje), użycie w istotnych transakcjach itp. itd. Teraz – na pewno wiecie, że ropa naftowa sprzedawana jest na całym świecie za dolary. Stany Zjednoczone mają największe zadłużenie na świecie, przekraczające 21 BILIONÓW DOLARÓW, a także drugie największe zadłużenie na świecie w przeliczeniu na mieszkańca. Co by się stało, gdyby nagle część świata przestała kupować ropę za dolary? Cóż, waluta pewnie by straciła, a to pociągnęło by za sobą konsekwencje dla gospodarki, których skutkiem mogło by być to, że cały domek z kart w końcu by runął.

Oczywiście kupowanie i sprzedawanie ropy w dolarach jest też po prostu wygodne, ale problemy stojące za sprzedawaniem jej np. w euro da się rozwiązać – trzeba po prostu mieć (jako państwo) jak to euro wykorzystać. W te zawiłości ekonomii nie będę już jednak wnikał. Części z was mogło jednak nasunąć się pytanie: dlaczego niektóre kraje nie próbują kupować ropy w innych walutach? Otóż próbują! Zacznijmy od Iraku, będącego czwartym największym na świecie producentem ropy. Koło 2000 roku Irak ogłosił, że zamierza sprzedawać ropę za euro, na co uzyskał zgodę Organizacji Narodów Zjednoczonych. W 2003 roku rozpoczęła się inwazja Stanów Zjednoczonych na ten kraj. Od kilku lat Iran (piąty największy producent ropy naftowej) sprzedaje do Indii ropę za ich walutę – rupie. Jak wiemy państwo to jest obecnie obłożone sankcjami przez cały świat, ale głównie przez USA właśnie. Oczywiście nie chcę tu naciągać, czy tworzyć teorii spiskowych, bo w obu przypadkach sama ropa nie była jedynym powodem sporu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można jednak założyć, że była jednym z głównym powodów, a Stany Zjednoczone dobrze wiedzą jak bronić swoich interesów. Obecnie cały czas się mówi o tym, że kilka krajów Zatoki Perskiej także myśli o zakończeniu sprzedaży ropy za dolary, ale dziwnym trafem rodzą się tam coraz to nowe konflikty, wspierane oczywiście przez dobrze nam znane mocarstwa.

W całym tym zamieszaniu włodarze Europy mogli znaleźć inną, całkiem sprytną drogę. Chcemy (jako Europa) być niezależni od mocarstw, a nawet być jednym z nich, móc występować ze swoimi interesami przeciw ich interesom, móc dbać o własny dobrobyt i siłę gospodarki. Co należy zrobić? W pierwszej kolejności uniezależnić się energetycznie. To już się dzieje. Zasłane po horyzont pola paneli słonecznych w Niemczech, bardzo duża rozbudowa sieci elektrowni wiatrowych w Polsce – przynajmniej była, dopóki obecny rząd jej nie zablokował byliśmy wśród liderów w UE. Łatwo znaleźć w sieci też informacje, że kolejnym krajom Starego Kontynentu udało się działać np. cały tydzień na energii odnawialnej. Nie znaczy to, że tradycyjne źródła wtedy nie pracowały. Znaczy to tyle, że przez tydzień źródła odnawialne wyprodukowały tyle energii, ile kraj przez ten tydzień zużył. Niestety źródła odnawialne są zależne od wiatru, nasłonecznienia itp. a elektrownie konwencjonalne mogą bez problemów całą dobę dostarczać wymaganą ilość energii. Dlatego właśnie w tym temacie jeszcze jest tak wiele do zrobienia.

Wracając do tematów motoryzacyjnych. Jeśli Unia chce być niezależna od mocarstw musi także uniezależnić się od ropy naftowej. Nie ma co bić się na zmianę waluty opłacania zakupów ropy, znaleziono więc inną drogę. Stworzenie transportu, który tej ropy po prostu nie potrzebuje. Oczywiście Stany Zjednoczone nie zaatakują Unii, ale… cóż, popatrzcie tylko co się właśnie dzieje. Donald Trump rozpoczął wojnę na cła z UE (choć teraz dołączyły do niej także inne państwa). Nie bez powodu jednym z jej głównych punktów jest oclenie europejskich samochodów. Skoro nie można bezpośrednio zatrzymać elektryfikacji, to może chociaż uda się ją spowolnić, uderzając w dochody koncernów. Może uda się doprowadzić do zapaści największy z nich, czyli Volkswagena, płacącego już ogromne kary na całym świecie za dieselgate. Amerykanie dobrze wiedzą co się dzieje i szukają wszelkich środków obrony swojej pozycji i potęgi gospodarczej, z resztą trudno ich za to winić. Oczywiście ktoś powie, że widzę wszędzie spiskową teorię dziejów, ale poza moimi domysłami odnośnie powiązań konfliktów z walką o dolara, reszta to same fakty. Z resztą nikt nie ukrywa, że przyczyną większości konfliktów jest wojna o ropę a to, że przy okazji we wszystkich ze wspomnianych kryzysów przewija się temat ropa vs. dolar, to oczywiście zupełny przypadek!

Tak więc państwa Starego Kontynentu mocno idą w elektryfikację motoryzacji nie dlatego, że jest to genialnym rozwiązaniem – bo nie jest. Za to genialnie łączy ona wszystkie ważniejsze wartości, do których świat, a w szczególności nasz kontynent, chce dążyć. Raz to interes polityczny i gospodarczy, dwa ekologia, trzy za tą ekologią idzie zdrowsze społeczeństwo, a kolosalne sumy jakie pochłania ochrona zdrowia coraz starszej populacji nie są czymś co można przemilczeć. Kolejny aspekt to to, że z podobnymi problemami mierzą się np. Indie czy Chiny, czyli także swoiste potęgi gospodarcze. O ile Indii jeszcze nie należy się obawiać, to Chiny są poważnym zagrożeniem w wyścigu o rozwój najnowszych technologii.

Wady pojazdów elektrycznych nie są niczym nowym i są dobrze znane, prawdopodobnie także „tym tam na górze”. Czas jednak pomyśleć nad tym, że może warto im choć raz zaufać i za całym zamieszaniem stoi jakiś większy, ważniejszy i bardziej ambitny plan. Z resztą motoryzacja nie jest pozostawiona sama sobie, by stała się ofiarą zawirowań polityczno-gospodarczych. Pojazdy elektryczne przecież nie stały się jeszcze standardem, a już rozwija się gałąź motoryzacji napędzanej wodorem, którego to napędu jestem dużym fanem. Ma on po prostu dużo więcej logicznych i praktycznych zalet użytkowych, a przy tym realizuje wszystkie cele gospodarcze, które idą z motoryzacją elektryczną. Dodatkowo (oczywiście wizja utopijna) wodór do zbiorników teoretycznie mógłby łatwo pozyskiwać samemu każdy właściciel pojazdu, dysponując odpowiednim urządzeniem. Wodór to przecież najpowszechniejszy pierwiastek na Ziemi. Tankowanie trwało by tyle co tankowanie gazem na obecnych stacjach, a zasięg obecnych konstrukcji to już około 500 kilometrów na zbiorniku.

Na całym świecie powstały w zeszłym roku 64 stacje tankowania wodorem, z czego aż 24 w Niemczech. To powinno mówić wiele. Ba! Punkt tankowania wodorem otworzył nawet Orlen, ale… zrobił to właśnie za naszą zachodnią granicą. Warto podkreślić, że to nie jest tak, że USA nie mają pojazdów elektrycznych (bo przecież Tesla), czy stacji tankowania wodorem, choć w całych Stanach jest ich mniej, niż w samych Niemczech. Jest to dla nich gałąź przemysłu, która się rozwija i dobrze, że są z niej pieniądze, ale w ujęciu globalnym nie jest to środek, którym podbijają świat. Nim jest właśnie ropa.

Dlatego kiedy kolejnym razem ktoś z nas – maniaków samochodów – zacznie psioczyć na elektryczną przyszłość motoryzacji, warto może ugryźć się w język i pomyśleć o ogromnej liczbie aspektów, która wprowadza ją na nasze drogi. Byle by nikt nam nie zabronił potem wrócić do domu i odpalić swojego nieekologicznego, nieekonomicznego antyka 😉 .

Dodaj komentarz