Roborace i wyprzedzanie w F1

Podczas właśnie zakończonego festiwalu prędkości w Goodwood swój publiczny przejazd zaliczył autonomiczny pojazd wyścigowy. Mimo ogromnego podziwu dla technologii, oglądając to wydarzenie nie sposób nie zadać sobie pytania – po co?

No ok najbardziej podstawowa odpowiedź brzmi: pewnie żeby ktoś na tym zarobił. Jednak podstawową cechą sportu, który komukolwiek się opłaca, jest jego zdolność przyciągania widowni. W tym miejscu idea Roborace dla mnie kompletnie traci sens. Dlaczego twierdzę, że Roborace nie przyciągnie widowni? Może się mylę i ją przyciągnie, ale na pewno nie będzie to widownia zafascynowana wyścigami, raczej co najwyżej ta pasjonująca się technologią samą w sobie. Wszystko z prostego powodu – braku czynnika ludzkiego.

Roborace to nic innego jak wyścigi pojazdów autonomicznych. Co to oznacza? Otóż każdy zespół zakupi podwozie z osprzętem, a jego zadaniem będzie napisanie algorytmów i stworzenie oprogramowania sztucznej inteligencji dla pojazdu. Jeśli ktoś z was kiedyś grał w gry wyścigowe i widział jak zachowują się pojazdy sterowane przez AI komputera, to właśnie tak wyobrażam sobie rywalizację podczas zawodów Roborace. Dla niewtajemniczonych – sztuczna inteligencja w grach jest z reguły niezdolna do jakichkolwiek manewrów wyprzedzania, ataków, a przede wszystkim… popełniania błędów! To właśnie one są  przecież głównym motorem akcji na torze.

No ale dobrze, spróbujmy się zagłębić w temat, bo nie jest to tak proste. W końcu poza napisaniem oprogramowania będą to wciąż samochody wyścigowe. Pozostaje więc ustawienie samochodu, geometrii zawieszenia dopasowanie jej do preferencji… oprogramowania? No właśnie tu kolejny element, którego nie widzę. Tak naprawdę nie ogłoszono jeszcze czy możliwe będą ingerencje w setup pojazdu, tak jak we wszystkich typowych wyścigach. Jeśli jednak taka możliwość zaistnieje, to powstaje poważny problem jak taki pojazd ustawić i czym ów ustawienia mają się różnić między poszczególnymi zespołami. W końcu te drobne niuanse tworzą na torze różnice, które są podstawą nawiązania walki. Oczywiście, gdyby całością sterowała prawdziwa sztuczna INTELIGENCJA, to było by z kim porozmawiać o ustawieniach pojazdu. Nie ma co natomiast ukrywać, że od takiego stanu rzeczy nasz świat jest (może i dobrze) bardzo daleko, a Roborace to tak naprawdę zawody sztucznej „inteligencji”, czyli oprogramowania potrafiącego zbierać i analizować szczególne dane, które wskażą mu programiści i na które musi umieć reagować w określony sposób. Określony, ale w pewnych ramach, więc tu pozostaje element niepewności i dreszczyk emocji twórców, którzy nie zawsze w pełni wiedzą jak na daną sytuację zareaguje pojazd.

To rodzi też kolejny problem Roborace. O ile wypuszczając na tor bolid z zawodnikiem za kierownicą zespół mniej więcej wie czego się spodziewać  (no chyba, że to Romain Grosjean :P), to tutaj już zaczyna robić się nieciekawie. Jazda po ulicach publicznych jest pełna nieprzewidywalnych zdarzeń, ale jazda po torze wyścigowym składa się wyłącznie z nich. Jeśli jeden zespół napisze agresywne oprogramowanie atakujące byle jak i z każdej sytuacji, a drugi nie napisze oprogramowania, które takie ataki umie inteligentnie odpierać, to wyniknie z tego katastrofa i przerzucanie się winą. Kto by chciał wypuszczać na tor samochód warty miliony, jeśli jeden zespół jest w tyle i jego pojazdy często pakują się w tył konkurencji albo przypadkowo wycinają w ścianę? No chyba, że wszystko będzie z góry ustalone i ułożone, a tu znów wracamy do znanej z gier komputerowych jazdy sztucznych przeciwników, którzy jedyne co potrafią to poruszać się gęsiego, ewentualnie spowodować katastrofę jeśli czynnik nieprzewidywalny (gracz), włączy się w walkę, której ich algorytmy nie przewidują. Sport staje się bezsensowny.

Na chwilę obecną jest więc tak wiele pytań i tak mało odpowiedzi, że sama idea Roborace wydaje mi się jedynie fanaberią i prezentacją technologii. Wiele wody w Wiśle jeszcze upłynie nim stanie się czymkolwiek więcej, jeśli w ogóle to nastąpi. Jednak problemy Roborace skłaniają do nieco innego spojrzenia na problemy Formuły 1, szczególnie te dotyczące braku wyprzedzania. Kilka ładnych lat temu jeden z najlepszych i najsłynniejszych dziennikarzy zajmujących się F1 Pan James Allen, opublikował na swojej stronie notkę przesłaną mu przez Franka Dernie. Frank jest jednym z najsłynniejszych inżynierów nowożytnej F1. W wieku 26 lat zaprojektował swój pierwszy bolid tej kategorii, a był nim Hesketh 308E. Był pierwszym, który używał oprogramowania do projektowania pojazdów Formuły 1. Pracował w Williamsie, Lotusie, Toyocie, Ligierze, Arrows, czy w Loli w Champ Car.

Frank w swojej notce z 2010 roku stwierdził, że nie rozumie nagonki na aerodynamikę jako głównego winowajcę braku wyprzedzania w F1. Wspomina o tym, że 30 lat temu to nie brak aerodynamiki był powodem wyprzedzania na torze, ale błędy popełniane przez kierowców. Mało tego w 1983 bolidy straciły prawie 80% siły docisku w stosunku do poprzedniego, a mimo tego manewrów wyprzedzania wcale nie było więcej.

Co więc ten spec uważa za powód mniejszej ilości walki na torze? Przede wszystkim opony oraz skrzynie biegów. Kiedyś opony w bolidach były twardsze i wystarczały na cały wyścig, szczególnie kiedy w sporcie była firma Michelin. Od kiedy został sam Bridgestone nie ma na to raczej szans. Twardsze opony to gorsza przyczepność, ale też mniejsza różnica w jeździe po idealnym torze i po jego brudnej stronie. Dzięki temu można było atakować. Teraz wyjazd na brudny fragment toru jest właściwie równoznaczny z potężną utratą przyczepności z opon, a to uniemożliwia atak. Co do skrzyni biegów, to w dawnych dziejach F1 były one po prostu manualne. Kierowca musiał wykazać się dużo większym kunsztem już przy samym wybieraniu przełożenia.

Gorsza przyczepność, mniejsze jej zróżnicowanie na szerokości toru i manualne skrzynie biegów powodowały błędy, a błędy pozwalały na ataki. Tymczasem obecnie sport, jak wszystko z resztą, dąży do perfekcji. Skomputeryzowane skrzynie, jednostki hybrydowe zarządzane przez elektronikę no i opony, które właściwie definiują każdy wyścig. O konieczności oszczędzania paliwa już nie wspomnę, natomiast Frank narzeka również na format kwalifikacji. Obecny system niemal gwarantuje, że najszybszy samochód (chodzi o ogół), znajdzie się na czele. Tymczasem kwalifikacje z jedną dłuższą sesją i zniesienie limitu silników dały by możliwość pokazania się samochodom, które mają lepsze tempo na pojedynczym okrążeniu, tymczasem te lepsze na dystansie wyścigu musiały by odrabiać straty już po starcie. Samo to by rodziło wiele sytuacji na torze. Teraz każda sesja jest selekcją zapewniającą, że awansujący dalej już niżej nie spadną, a konieczność oszczędzania silników limituje możliwość podejmowania ryzyka.

Oczywiście w wielu punktach można się z Frankiem Dernie spierać. Twierdzi on, że przez ostatnie niemal 4 dekady nie było żadnych jednoznacznych dowodów na to, że winę za brak wyprzedzania ponosi aerodynamika. Dość powiedzieć, że kiedy wprowadzono kontrowersyjne podwójne dyfuzory, mające jeszcze bardziej utrudniać jazdę za innym samochodem, kierowcom Toyoty najgorzej jechało się z bolidami Renault, które… nie miały takiego rozwiązania. Przede wszystkim Frank jest sam specem od aerodynamiki, więc każdy może powiedzieć, że po prostu broni swojej dziedziny i miejsca pracy. Myślę jednak, że błędem jest nie branie w ogóle pod uwagę jego spostrzeżeń. O ile powrót do manualnych skrzyni biegów wydaje się niemożliwy, to kombinacje z oponami tylko czekają, by ktoś się nimi poważnie zajął. Tak samo jak sprawą formatu weekendu wyścigowego. Z kolei co do skrzyni to zapomina się, że kiedy skrzyni półautomatycznej użyto po raz pierwszy w historii F1 podczas inauguracji sezonu 89′, pojazd z takim mechanizmem od razu wygrał. To powinno dać do myślenia.

Tymczasem wszyscy skupiają się na samej aerodynamice. Jak na razie zmiany w regulaminach jej dotyczących nie dały nam nic poza najbrzydszymi bolidami w historii F1 (sezon 2009) i… taką samą, jeśli nie mniejszą, ilością walki na torze. Próbowano sobie z tym poradzić wprowadzając sztuczne wyprzedzanie, a raczej mijanie przy pomocy systemu DRS. Tego jednak nikt orientujący się w temacie nie zaakceptuje. Co to za sport, gdzie daje się przewagę przegrywającemu? To tak jakby w piłce nożnej przegrywająca drużyna mogła mieć jednego gracza więcej na boisku. Na tym polega sport? Nie wydaje mi się. Z resztą DRS oprócz popsucia sportowej idei wcale nie rozwiązał problemu.

Tak więc perfekcja jest do bani. Dziesięć pojazdów Robocar jadących idealną linią nie ma sensu, bo niby jakim cudem mają walczyć, skoro algorytmy już wyznaczyły niepodważalnie najszybszą drogę. Tak samo nie ma sensu perfekcyjna F1, gdzie nie ma miejsca na błędy prowokujące walkę na torze.

Dodaj komentarz