Jazdy: Volkswagen Golf VII

Niedawno miałem okazję do bliższego obcowania z popularnym Golfem, konkretnie z generacją VII. Auto musiało się sprawdzić w najróżniejszych warunkach i na bodaj wszystkich kategoriach dróg, jakie mamy w kraju, a wszystko na dystansie prawie półtora tysiąca km. Zebrało się więc z tego całkiem sporo konkretnych wrażeń i odczuć, które postanowiłem wam przedstawić poniżej, wracając do cyklu „Jazdy”, który rozpoczął mój mini test Audi Q2.

Marka VW nie jest znana z samochodów budzących skrajne emocje (no może poza dieselgate), a Golf jest tego koronnym przykładem. Oczywiście są wersje GTI i inne, ale to tak jakby traktować wszystkie Audi A6, na podstawie odmiany RS6. To są wersje specjalne, a to czym samochód jest i do czego został stworzony określa zdecydowanie jego podstawowa odmiana.

Tak się akurat złożyło, że mój Golf był chyba najbardziej podstawową odmianą, jaką można nabyć. Podstawowy szary kolor, na stalowych felgach, z podstawowym silnikiem, raptem trzycylindrowym benzyniakiem o mocy 85 koni mechanicznych. Także pod względem wyposażenia był to prawie kompletny golas, choć podstawowe udziwnienia współczesnej motoryzacji, jak system Start&stop, już oczywiście posiadał. Prawdziwy szaraczek, ale w sumie całkowicie mi to odpowiadało, może dlatego że nie jestem fanem tych udziwnień robiących z samochodu smartfon, a może dlatego, że właśnie wtedy widać czym auto tak naprawdę jest.

A jaki jest Golf? To troszkę jak tłumaczenie kształtu koła, bo przecież Golfa zna każdy. Najnowsza odmiana po lifcie to właściwie tylko zmiany kosmetyczne w stosunku do tej i trzeba mieć niezłe oko by je wychwycić względem poprzednich roczników. Z tym, że kierownictwo VW mówi, że jest to zabieg celowy, tak jak i całą historia stylistyki Golfa. Klienci to lubią, klienci chcą otrzymać to co znają, zero zaskoczeń i właśnie dla tej grupy przeznaczony jest Golf. Nie powala wyglądem, ale też nie odrzuca. Nowa, nieco bardziej agresywna stylistyka VW na pewno działa na jego plus, ale na próżno tu szukać jakichkolwiek smaczków, czy polotu. To nie ten typ auta.

Środek to nieco inna bajka. Nie dlatego, że przywita was feeria barw i designerskie wariacje, o nie. To ten sam stateczny i przewidywalny Golf, którego znamy z wyglądu zewnętrznego. Tutaj jednak, już dosłownie na własnej skórze, odczujemy jakość wykonania samochodu. Ta, jak na auto klasy średniej, a nawet średniej-niższej wedle niektórych źródeł, jest bardzo dobra. Długo szukałem i naprawdę nie znalazłem nic, czego można by się czepić, poza zapalniczką która w dotyku jest tandetna i zupełnie nie pasuje do reszty wnętrza. Ciężej powiedzieć jak całość sprawuje się po latach, jako że auto miało raptem 5 tyś. km, ale wykończenie VW raczej nie miewa problemów z trwałością. Fotele są wygodne, nieźle trzymające na boki. Kierownica względnie mała, ze spłaszczonym wieńcem. Środkowy, wysuwany podłokietnik pomaga zająć ergonomiczną pozycję i nie męczyć się na większych dystansach. No i widoczność jak na nowoczesne auto jest w Golfie na naprawdę solidnym poziomie, we wszystkich kierunkach. Często nowoczesne auta przez zewnętrzną stylistykę tworzą kokon dookoła kierowcy, przez który mało co widać. Nie tutaj. Tutaj samochód ma być praktyczny i pod tym względem sprawdza się świetnie.

Ruszamy. Tutaj znów chciałbym napisać cokolwiek złego, ale byłoby to po prostu naciągane. Golf prowadzi się świetnie. Pewnie, bez niespodzianek, bez nadmiernych przechyłów nadwozia, pozwalając wchodzić w niektóre łuki z nadmierną pewnością siebie. Mały silnik pod maską nie czyni z samochodu oczywiście rakiety i w życiu sam bym podobnego nie wybrał do własnego samochodu ze względu na nieufność w downsizeing, ale trzeba przyznać, że do standardowego codziennego użytku jest w pełni wystarczający. Nieważne czy jedziecie na dłuższym dystansie z prędkościami autostradowymi, a nawet nieco ponad, czy przemieszczacie się po mieście chwilowymi zrywami, czy walczycie z dziurawymi drogami lokalnymi, prowadzącymi gdzieś przez pole i składającymi się bardziej z braków nawierzchni, niż samej nawierzchni. Golf zawsze dziarsko prze przed siebie, a zawieszenie, w idealnym punkcie między sztywnością a odpowiednim komfortem, pozwala pokładać ufność w podwoziu. Przy okazji wychodzi też niezłe wygłuszenie kabiny, na dobrą sprawę szum powietrza przy prędkościach dozwolonych w naszym kraju ledwo osiąga poziom wyraźnie słyszalnego. Zawieszenie także pracuje względnie cicho, choć w starciu z naszymi drogami jest oczywiście słyszalne. Układ kierowniczy jest precyzyjny i choć nie zasypuje informacjami z przednich kół, to znów – daje po prostu poczucie pewności prowadzenia. Przełożenia pięciobiegowej przekładni wchodzą gładko, bez problemów z trafianiem, czy dodatkowymi oporami, ale i bez luzów. Tym samochodem po prostu się jedzie bez problemów, ale i bez fajerwerków. Jedzie się wygodnie, pewnie, bez zaskoczeń.

Czy jedzie się ekonomicznie? Hmmmm… Oto jest pytanie. Średnie spalanie na poziomie 6.5 litra jakie udało mi się osiągnąć jeżdżąc naprawdę dość spokojnie i płynnie, w dodatku z użyciem systemu Start&stop, mogło wydawać się małe jeszcze klika lat temu. Nie należy jednak zapominać, że jest rok 2017, samochód wcale nie jest ogromny, a pod maską jest silniczek, którego głównym celem, zdaje się, ma być właśnie minimalizacja spalania. Gdyby wynik był o litr mniejszy jeszcze bym się zastanawiał, ale ten osiągnięty w żadnym stopniu nie przekonuje mnie do downsizeingu i posiadania małego, wysilonego silniczka pod maską, którego wytrzymałość pewnie pozytywnie nie zaskoczy. Ah no i jest jeszcze jeden aspekt, do którego w małych uturbionych silnikach się nigdy nie przyzwyczaję, a który mnie strasznie irytuje i jeszcze męczy podczas jazdy. Do 2000 obr. nie dzieje się właściwie nic, a dopiero potem, gdy rozkręci się turbina, możemy liczyć na obiecane 85 kuni. Przy tak małym silniczku jest to irytujące, w dodatku czasami skutkuje tym, że jeździ się jak palameta, bo nie można płynnie przyśpieszyć na krótkim dystansie, a kiedy już turbina załapie, nagle dojeżdżamy do czyjegoś zderzaka i musimy gwałtownie hamować. Oczywiście wyolbrzymiam, ale nie mogłem pozbyć się podobnego wrażenia jeżdżący tym samochodem.

Czy, poza spalaniem, jest to dla Golfa „świat bez wad”? Nie, choć obawiam się, że za część negatywnych odczuć należy obwiniać całą współczesną motoryzację i kierunek w jakim idzie, a nie konkretnie ten model. Co do samego Golfa, to nie podobało mi się rozmieszczenie pedałów tzn. bardzo duża różnica wysokości między pedałem gazu i hamulca, co powoduje że w sytuacji awaryjnej można zaczepić o pedał i mocno opóźnić reakcję. Zaznaczam przy tym, że mam dość standardowy rozmiar buta. Obejściem tego jest odrywanie pięty od podparcia przy każdej zmianie pedału, ale nie zwykłem tak robić i nie uważam tego za wygodne. Podobnie miałem problem z oparciem kolana prawej nogi. Kładę je sobie zwykle na środkowym tunelu, tutaj jednak trafiałem na jedyną twardą krawędź tunelu obok skrzyni, która naciskała na jakieś miękkie tkanki i powodowała ból. To wszystko w połączeniu z niemożnością znalezienia idealnej pozycji za kierownicą skutkowało napięciem mięśni w udach i ich zmęczeniem. Nie podobały mi się także standardowe już kierunkowskazy w lusterkach. Jest to rozwiązanie, którego szczerze nienawidzę i zastanawiam się po co? Włączając kierunkowskaz wydawało mi się, że coś pokazuje mi się w lusterku, a w Golfie dodatkowo lampka na obramowaniu lusterka odbijała mi się w samym zwierciadle, więc widziałem dwa błyski. Nie wiem czemu służy ten wynalazek, przypominaniu ludziom, że mają włączony kierunkowskaz? Wydawało mi się, że po to jest deska rozdzielcza… Kolejny „genialny pomysł” to elektryczny ręczny. Okej przyznaję – w połączeniu z systemem Start&stop (który swoją drogą działał dobrze i nie mam zastrzeżeń) sporo sytuacji w miejskim ruchu ułatwiał i pozwalał odpocząć nogom. Jednak wystarczył raz kiedy parkowałem równolegle na wąskim miejscu między autami na dość stromej górce i ręczny odpuścił, kiedy on uznał, że już może, podczas gdy ani gaz, ani sprzęgło nie były w dostatecznej pozycji aby pozwolić autu podjechać. Skutkiem tego zacząłem się staczać na samochód za mną i skończyłem kilka centymetrów od jego zderzaka. Wtedy poczułem, że nie mam kontroli nad pojazdem, którym kieruje i to dla mnie wystarczy.

Są jeszcze dwa, trzy detale wnętrza, o których muszę wspomnieć. Bagażnik może nie jest mały, ale nowy Hyundai i30 ma większy. Ponadto nie wiem co, ale coś jest z nim nie tak. Może jest niski, może bardzo obudowany. W każdym razie wymiar praktyczny był taki, że ciężko pakowałem do niego to, co normalnie bez problemów układam w swoim własnym aucie z kufrem o kilkadziesiąt litrów mniejszym. Druga rzecz to podstawowe radio w konsoli. Wsiadając do VW nie chcę czuć się jak w Skodzie, którą każdy zna u nas zbyt dobrze, choćby przez ogromną ilość takich firmówek na naszych drogach. Grupa VW sama sobie na to zapracowała przez unifikację i wcale mi się to nie podoba. Pokłosiem unifikacji i oszczędności jest także kolejna bolączka nie tyle Golfa, co współczesnych aut, szczególnie w uboższych wersjach – wszechobecne ZAŚLEPKI. Wszędzie! Drzwi, konsola, deska rozdzielcza, podsufitka, gdzie tylko. Kurczę, czy kupując rower z 5 przerzutkami zamiast 7 macie na manetce napisane 6 i 7, tylko przekreślone? Czy kupując kolumny o mniejszej mocy dostajecie produkt z dziurą na kolejny głośnik, od mocniejszej wersji? No nie. Wygląda to źle i szczerze mówiąc nie wiem czemu klient kupujący tańsze auto albo bez systemów, których po prostu nie chce, jest traktowany gorzej. Naprawdę nie można wykombinować nic lepszego? Wstyd.

Na koniec napiszę o jeszcze jednym zgrzycie i aż nie wierzę, że muszę to robić w XXI wieku. Otóż Golf, którym się poruszałem miał standardowe światła halogenowe, zakładam że dobrze ustawione jeszcze w fabryce ze względu na minimalny przebieg auta. Jednakże na skrajnym ustawieniu w gorę, świeciły one żenująco blisko i nisko, tak że nawet w kompletnych ciemnościach nie błyszczały znaki, specjalnie pokryte przecież odblaskami. W dodatku miały dość mocną granicę świecenia i niemal zero światła rozproszonego dalej. Skutek był tego taki, że w kompletnych ciemnościach czy to na drodze krajowej, czy ekspresowej musiałem zwalniać, bo czułem, że zmierzam ku katastrofie i nie widzę kompletnie nic. Jak na ekspresówce jeszcze lunęło w nocy, to już myślałem, że będę musiał zwolnić do 60km/h. Nie chce mi się wierzyć, żeby to było maksimum możliwości świateł samochodu z 2017 roku, ale że coś takiego opuszcza fabrykę, to w ogóle jest niedorzeczne, już nie chcę komentować, jeśli to prawdziwe maksimum…

Podsumowując, czy Golf VII jest świetną „maszyną marzeń”? Nie. Jest świetnym urządzeniem. Pewnym, czy budzącym poczucie pewności i zaufania. Świetnie wywiązującym się ze swojej roli. To samochód, w którym od razu poczujecie się u siebie, swobodnie i komfortowo, jakbyście jeździli nim od lat, no może dopóki na podjeździe nie zaskoczy was elektryczny ręczny. Świetnie zestrojony, dobrze wykonany, przemyślany na każdym kroku. Przemyślanym do bólu. Przemyślanym tak bardzo, że aż nie zostawia miejsca na emocje, bo te można wygenerować większe wchodząc szybko w zakręt 10-cio letnim samochodem, jeszcze mocno się przechylającym. Tylko że to nie jest wada. To jest samochód kierowany do konkretnej grupy klientów i z tego wywiązuje się znakomicie, dlatego od lat jest wzorem w swojej klasie. Pytanie tylko, czy się do tej grupy zaliczacie. Szczerze mówiąc pewnie tak. Dlaczego? Ano jednak większość z nas, nawet pasjonatów motoryzacji, koniec końców nie dysponuje funduszami, żeby się tym „bawić”. Raczej po prostu chcemy być pewni, że dobrze wydaliśmy nasze ciężko zarobione pieniądze i kupujemy sprzęt, który dobrze wywiązuje się ze swoich zadań. Z resztą – wystarczy popatrzeć na nasze drogi i sukces grupy VW.

One thought on “Jazdy: Volkswagen Golf VII

  • Październik 31, 2017 at 10:21 am
    Permalink

    Dla mnie wnętrze gra kluczową rolę. Dobrze słyszeć, że w tych ze średniej-niższej półki też coś się dzieje.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *