Jazdy: Audi Q2

W miniony weekend miałem okazję dłużej pojeździć nowym Audi Q2. Było to nieco niespodziewane, stąd brak nawet moich autorskich zdjęć. Niemniej na tej stronie nie było jeszcze artykułów tego typu, zachęcony więc postanowiłem podjąć wyzwanie i spróbować podzielić się moimi wrażeniami z kontaktu z autem. Od razu zaznaczę, że wpis ten nie pretenduje nawet do miana dziennikarskiego testu. Po pierwsze dlatego, że by w pełni ocenić auto, trzeba mieć na kontakt z nim przynajmniej kilka pełnych dni, po drugie będzie to opinia całkowicie subiektywna i zapewne niedziennikarska (bo do tego trzeba być dziennikarzem?), czy też pozbawiona encyklopedycznych faktów. To co, gotowi?

Samochód z którym miałem kontakt to Q2 w wersji wyposażenia sport ze skrzynią S tronic i silnikiem 1.4 TFSI (150 KM) cylinder on demand. Ostatni zwrot oznacza, że auto ma tryb jazdy “efficiency”, w którym odłącza dwa cylindry dla oszczędności paliwa. Samochód był wyposażony w 80% tego, co można w niego włożyć, jeśli chodzi o opcje. Z ważniejszych (i droższych) dodatków nie miał zawieszenia z adaptacyjnym tłumieniem i świateł w pełnej technologii Matrix LED. Oczywiście nie miał też haka, panoramicznego dachu i nagłośnienia Bang & Olufsen oraz paru innych bajerów, niemniej raczej nie wpływałyby one mocno na ogólny odbiór samochodu.

Zanim zacznę, to po pierwsze przyznam, że nie jestem fanem SUVów. Większość rzeczy na świecie musi mieć dla mnie logiczne uzasadnienie swojego istnienia, a SUVy są kompletnie wbrew logice. Po co komuś bowiem VAN o niższej kabinie, ale podwyższonym zawieszeniu, który nie ma własności terenowych, ani więcej miejsca, natomiast jest z reguły droższy i więcej pali? No właśnie nie wiem, ale różne są mody. Zamiast tego wolałbym na przykład spore rodzinne kombi z napędem 4×4 albo zawieszeniem o zmiennym prześwicie, bo potrzebny jest dwa razy w roku. Szczyt tego co rozumiem, to na przykład Skoda Octavia Scout, czyli kombi o ciut podniesionym zawieszeniu i napędzie 4×4. W obliczu istnienia takich pojazdów oraz normalnych rodzinnych Vanów (nieraz zawieszonych wyżej, a z reguły równie wysoko), SUVy nie mają dla mnie prawa istnienia, a jednak przecież są. Teraz – od powyższych reguł jest jeden wyjątek, czyli mniejsze samochody, o głównym przeznaczeniu do walki w miejskiej dżungli z odświętnymi wyjazdami. W tym przypadku trudno zrobić małe autko (które z założenia nie będzie przecież sedanem ani kombi z podniesionym zawieszeniem), żeby wyglądem nie kojarzyło się z SUVem, wcale nim nie będąc. Będąc tylko autem miejskim o większym prześwicie, ale broń boże nie hatchbackiem z plastikowymi dokładkami. Ten prześwit ma w dodatku swoje uzasadnienie bo świetnie sprawdza się w warunkach miejskich, szczególnie naszych miast. Wiem, że pewnie dla części czytelników powyżej zaprzeczyłem sam sobie, ale wierzcie – naprawdę rozróżniam te podtypy “uniesionych” aut. Aha i jeszcze jedno. Istnienie wspomnianych wynalazków typu Hyundai i20 Active itp. w ogóle przemilczę. Auto stworzone w danym celu jest tylko do tego, zmiana zderzaków, dodanie kilku cm prześwitu i kilku tysięcy do ceny tego nie zmienia, a raczej wprowadza komedię. Tak czy siak, jestem posiadaczem “podwyższonego auta miejskiego”, stworzonego w tym właśnie celu (żeby nie było), o prześwicie 16 cm i czasem, nawet w centrum naszej stolicy, bywa nieciekawie – wierzcie mi. Podobno minimum dla bezstresowego poruszania się po naszym kraju to 15 cm, ale jak widać i to nie jest gwarancją. Podsumowując: w autku miejskim wyższy prześwit rozumiem. W aucie rodzinnym udawania terenówki, już nie.

Ten tył jakiś taki…

Chyba po tej przydługiej dygresji czas wrócić do małego, błękitnego pojazdu, którym miałem okazję się poruszać. Z zewnątrz przyznam, że na żywo prezentuje się zdecydowanie lepiej niż na zdjęciach. Szczególnie, jeśli chodzi o przód, gdyż tył za bardzo do mnie nie przemawia. Niemniej to całkiem zgrabne, nowocześnie kanciaste autko. Wsiadając, nie ma co ukrywać, czuć że to Audi. W dobrym tego słowa znaczeniu. Nie ma fajerwerków stylistycznych, ale jest bardziej nowocześnie i kanciasto. Nie liczcie na ferie barw, ale na pewno jest bardziej młodzieżowo i mniej poważnie niż we wszystkich większych, bardziej dorosłych modelach marki. Czuć, do kogo Q2 jest kierowane. Zamykamy drzwi i… jest zgrzyt. Poważny. Plastik na drzwiach jest jakości takiej, jak w pudełkach na szczoteczkę do zębów. W górnej części płaski, śliski i po postukaniu, wydaje charakterystyczny dźwięk, jak każde pudło puste w środku. Mało tego powyżej, dookoła szyby, pięknie widać stalowe drzwi. Sorry, ale w aucie startującym od 100 000 zł, a w którym z opcjami można bez problemu przekroczyć 150 000 zł, coś takiego jest nie na miejscu. Szczególnie, że to element występujący w każdej wersji wyposażenia.

Na szczęście dalej już jest tylko lepiej. No może spora połać plastiku na górze deski rozdzielczej nie jest ideałem, ale też ani jakością, ani wyglądem nie odpycha, także ten punkt tylko dla bardzo wybrednych. Przed sobą mamy małą kierownicę, tutaj była ze spłaszczonym na dole wieńcem. Fajny sportowy bajer, ale przy ciągłym, mocnym kręceniu kółkiem w mieście nieco traci swój urok. Za nią albo zegary analogowe, albo ekran LCD z możliwością wyświetlania zegarów, nawigacji, danych z samochodu, generalnie miliardem kombinacji tego co i w jakim układzie chcemy widzieć. Rzecz zupełnie oddzielna od ekranu na środku konsoli samochodu, skąd przy użyciu kontrolera z touchpadem mamy dostęp do wszystkich funkcji auta. Funkcji, których chyba nie warto opisywać bo w te bajery wyposażone są wszystkie współczesne auta wyższej klasy. Czytanie SMSów, byście nie musieli na nie ślipiać na ekranie, ustawienia pracy podzespołów pojazdu (skrzyni, wspomagania itp.), monitorowanie parametrów, personalizacja oświetlenia, zachowania i działania podsystemów samochodu i tak dalej. Z ciekawszych rzeczy warto przypomnieć, że Audi korzysta z nawigacji z danymi Google, a więc… mamy prawdziwą nawigację, czyli taką, która daje przewagę nad osobami nie korzystającymi z podobnego systemu. Przecież Google ma bieżące dane o korkach i zatorach, a więc ma je także nasz samochód i w mig proponuje alternatywne trasy. Dla mnie każda nawigacja, która tego nie posiada jest jedynie zeskanowaną papierową mapą, a na miano nawigacji nie zasługuje. Za to plus.

Wnętrze ładne, ale te drzwi!

Ruszamy. Standardowy system nagłaśniający gra bardzo solidnie. Wycofanie z miejsca parkingowego i rzut oka do tyłu. No cóż – nie widać nic. Winne szerokie tylne słupki. Taką cenę płaci się za większe bezpieczeństwo i lepsze wygłuszenie, choć nie ukrywam, że w aucie o przeznaczeniu miejskim, chciałoby się widzieć więcej. Jedziemy. Pierwsze wrażenie – tak, nie lubię automatów. Po prostu nie przekonują mnie one. Co innego półautomat z łopatkami, gdzie to ja wciąż decyduję o momencie zmiany biegu. Tutaj zmiana może trwać nawet jedną miliardową sekundy, ale co z tego, skoro to zawsze ja wiem wcześniej, że będę chciał depnąć, a kontroler skrzyni musi dopiero zobaczyć, że depnąłem, że trzymam, a więc wniosek z tego taki, że chcę się zbierać ostrzej, a co za tym idzie jest decyzja elektroniki o redukcji. Jasne, że nie trwa to wieki, ale wciąż jest to element niedoskonały dla mnie, choć z pewnością bardzo wygodny. Manual dalej jednak daje lepsze wrażenie kontaktu z samochodem i władzy nad tym, co się z nim dzieje. A propos braku doskonałości. Zdecydowałem się na test autonomii nowego Q2 na drodze ekspresowej, czyli przy prędkościach w okolicach 120 km/h. Małe Audi oczywiście autonomiczne nie jest, ale ma systemy, pozwalające mu “myśleć” za kierowcę. Należą do nich m. in. aktywny tempomat i asystent pasa ruchu. Jeśli chodzi o aktywny tempomat to działa bezproblemowo, jako wynalazek już dość dopracowany i w trasie sprawdza się fajnie. Testem ostatecznym miało być włączenie obu systemów, puszczenie kierownicy i patrzenie jak auto samo podróżuje 120 na godzinę i trzyma się w drodze. Cóż… żyję, więc dramatu nie było, ale auto potrafiło trzymać się na pasie chyba najdłużej około dwóch minut. Po prostu gubiło linie pasa i nie wiedziało gdzie jest, a zaznaczyć muszę, że dwie minuty to okres maksymalny, były też takie po kilkanaście sekund. Mówimy tu przy tym o czystej, dobrze oznakowanej i mało krętej drodze. Dodatkową funkcją asystenta pasa ruchu są ostrzegawcze hamowania. Jeśli gubicie pas i nie reagujecie na ostrzeżenia samochód próbuje was w nim utrzymać i ostrzega dźwiękami oraz komunikatami. Jeśli kierowca nie reaguje, samochód wykonuje pierwsze ostrzegawcze hamowanie. To tak naprawdę tylko bardzo szybki impuls na hamulce, który rzuca pasażerami, aby ich dobudzić, a nawet nie redukuje zbyt prędkości. Jeśli wciąż brak skutku, auto powtarza hamowanie, tym razem nieco mocniej. Wszystko fajnie, ale w tym momencie sprawdzając działanie systemu, już nie tylko patrzyłem na drogę, czy samochód nie zgubi pasa, ale także w tył, czy ktoś się mi nie wpakuje w bagażnik. Jeśli znów brak skutku, to auto przeprowadza kompletne wyhamowanie, włącza światła awaryjne i po zatrzymaniu odblokowuje wszystkie drzwi uznając, że kierowca stracił przytomność i potrzebuje pomocy, a więc trzeba ułatwić dotarcie ratownikom. Ciekawe tylko, czy ktoś przewidział, że hamowanie możne poskutkować kasacją auta od tyłu… Równie sprawnie co ów asystent działało wskazywanie dozwolonej prędkości, które potrafiło wskazywać 90 na normalnej ekspresówce. Podsumowując te doświadczenia: aktywny tempomat – miodzio, reszta autonomicznego badziewia – dziękuję, wkładajcie do Tesli.

Choć trudno we współczesnych samochodach, to oddzielmy to wszystko i przejdźmy do samej jazdy. Siedzi się zaskakująco “niepionowo” jak na auto bardziej miejskie. Bardzo to wygodne, ale znów na widoczność pozytywnie nie wpływa. 150 koni mechanicznych pod maską to ilość w pełni wystarczająca do takiego pojazdu, choć wersja quattro będzie tylko z silnikami 2.0 o jeszcze więcej mocy. Fabryka uznała więc, że napęd na cztery koła wymaga jeszcze więcej. Niemniej moc, którą miałem pod pedałem, bez problemu wystarczała do wszystkiego, co można chcieć zrobić takim autkiem w ramach obowiązujących przepisów i nie tylko, gdyż samochód bez żadnych problemów i bardzo żwawo rozpędza się dalej po dobiciu do naszych krajowych limitów. Na szczęście siedmiobiegowy automat zadba o to, byście mieli czas zerknąć na szybkościomierz. Dodatkowo bardzo fajne jest to, że samochód jest dość sztywny. Oczywiście dobrze wybiera nierówności, jak przystało na auto tej klasy, ale niestety mimo wszystko na wybojach czuć trochę sztywność zawieszenia, szczególnie z tylnej belki skrętnej. W dieslach z tyłu można mieć zawieszenie wielowahaczowe, może więc nie być podobnego efektu. Tak czy siak, samochód prowadzi się bardzo pewnie, a układ kierowniczy nawet w trybie comfort nie jest zbyt rozlazły i na kierownicy czuć przyjemny opór. Dzięki temu wszystkiemu nie czuć, że podróżujemy mniejszym autem i można bez problemu komfortowo ruszyć w dłuższą trasę, pewnie czując się na szybkich drogach, bo auto jest odporne nie tylko na prędkość i zakręty, ale też np. podmuchy przejeżdżających tirów.

Skoro już mowa o trasie, to z tyłu nie spodziewajcie się hektarów miejsca. Nie jest jednak źle, a linia dachu nie opada za wcześnie. Z tyłu więc, jako typowy przedstawiciel płci brzydkiej, czyli ze wzrostem 180 cm, czułem się lepiej jeśli chodzi o przestrzeń nad głową, niż np. we Fiacie 500X, który jest bardzo obły. No i bagażnik.. Oficjalne komunikaty mówią o 405 litrach pojemności. Niestety to ściema. Tyle uzyskacie razem z przestrzenią pod podłogą bagażnika, gdyż między podłogą, a kołem zapasowym jest jeszcze kawałek miejsca. Oszustwo nieciekawe, ale manewr z podwyższoną podłogą także rozumiem, gdyż dzięki temu mamy spód bagażnika na równi z progiem załadunkowym. Na koniec w temacie dłuższych tras warto wspomnieć, że w tylnej części nie uświadczycie żadnych nawiewów w słupkach, czy między fotelami. W tak małym samochodzie możliwe, że się po prostu nie zmieściły. Także schowki nie są ani liczne, ani zbyt dużej pojemności, a to już trochę bardziej przeszkadza.

Bagażnik nie powala, niestety na zdjęciu brak odniesienia.

Mówiłem, że będzie bez analiz technicznych, a zdaje się, że mówię głównie o takich. Może jako człowiek techniczny, nie potrafię po prostu ich uniknąć. W takim razie, technicznie rzecz biorąc, Audi Q2 jeździ bardzo przyjemnie. Z ciekawości sprawdziłem więc spalanie. Osoba jeżdżąca nim przede mną nieźle cisnęła i dobiła do 8,4l na 100 km. Ja natomiast “jedynie” do 7,5l. Uznaję to za całkiem solidny wynik, szczególnie że nie szczędziłem samochodowi gwałtownych zrywów. Trzeba pamiętać o wyższym nadwoziu i 150 koniach pod maską, a mamy przecież jeszcze tryb wyłączający dwa cylindry (można pozwolić systemom samemu decydować kiedy to mają robić) i Start&Stop, który z radością wyłączyłem. Może z ich pomocą jest szansa zbliżyć się do deklarowanego przez producenta wyniku poniżej sześciu litrów na setkę. No i ten wysilony mały silniczek z turbiną. W dalszym ciągu idea downsize’ingu mnie nie przekonuje, szczególnie że sami producenci się z niej wycofują. Koncern VW na przykład, zapowiedział powiększenie pojemności swoich flagowych silników o 0.1 litra. Tu bardziej podoba mi się podejście Mazdy, która robi silniki o większej pojemności, ale ograniczonej mocy, przez co są mniej obciążone i wytrzymują więcej. Jakby tego było mało jest jeszcze znana wszystkim jeżdżącym autem z jednostką doładowaną kwestia dbania o turbinę. Z politowaniem patrzę pod moją pracą na kolegów, stających na parkingu i czekających potem minutę albo dłużej w odpalonym aucie, by zadbać o odpowiednie smarowanie turbiny. Jak powiedział mi Pan z Audi Polska w linii RS jest system, który po zgaszeniu jednostki spalinowej, podtrzymuje obroty turbiny i dba o jej smarowanie za kierowcę. Nie zapowiada się jednak, by podobny system miał się pojawić w innych autach koncernu. Szkoda.

Kończąc przyznam, że auto mi się podobało. Jadąc nim, nie miałem tylko do końca pewności, czy jest autem tak bardzo miejskim w swoim charakterze, za jakie się podaje. Z jednej strony chętnie ruszyłbym nim w dalszą trasę, ze względu na układ napędowy, kierowniczy i zawieszenie, a z drugiej musiałem pamiętać, że przecież mam za sobą względnie mało przestrzeni. Nie można chyba być idealnym we wszystkim, może więc lepiej szukać kompromisu? Ale, ale! Jest to auto miejskie, w wersji którą jeździłem, za 150 tysięcy złotych, a więc segment premium. W tym segmencie mniejszych aut o podwyższonym prześwicie mamy jeszcze Mercedesa GLA i Infinity QX30. Oba auta właściwie powinienem przemilczeć, bo są nie dość, że bliźniakami, to wyśmiewanymi przeze mnie uterenowionymi wersjami miejskich hatchbacków, a co za tym idzie miejsca z tyłu nie rozpatruje się w kategorii ile go jest, tylko jak szybko pasażerowie dostaną ataku klaustrofobii. Z kolei w tej cenie możemy też dostać średnio wyposażone BMW X1, czyli “prawdziwego” małego SUVa. Auto większe, bardziej dorosłe. Gdyby się tak poważnie zastanowić, to Q2 konkurencji… nie ma. Wspomniane Infinity i Mercedes to przebrane hatchbacki (choć z ciut większymi bagażnikami od Q2), a X1 to auto większe. Audi to z kolei samochód stworzony by był, tym czym jest. Nie udawał, nie przeinaczał, choć opakowanie klasy premium nieco przeszkadza w zaznaczeniu jego miejskiego klimatu, to przecież trudno odbierać to jako wadę. Słowem – fajny maluch! Tylko błagam! Poprawcie te drzwi!

Front i profil, całkiem zgrabny z resztą.

PS. Tak, zgadliście! Skoro to pierwszy tekst tego typu, to będę wdzięczny za wszelkie uwagi i krytykę, tak negatywną, jak i pozytywną 😉 .

PPS. Aha i przypominam, że zdjęcia nie moje, za co przepraszam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *