F1 Grand Prix Abu Dhabi 2016 – taki dziwny finał

Nico Rosberg Mistrzem Świata!

Oglądając ostatni wyścig zakończonego właśnie sezonu Formuły 1 nie mogłem oprzeć się pewnemu obrzydzeniu. Wszystko przez instrukcje wydawane Lewisowi Hamiltonowi przez radio. Jak Brytyjczyka fanem nie jestem, tak tym razem obronił się w moich oczach jako sportowiec, jednostka i indywidualista. Nie ukrywajmy – większość najszybszych kierowców, szczególnie w F1, jest tymi nieco zadufanymi w sobie bucami i wydaje się, że tego potrzeba by być najlepszym. Mercedes w Abu Dhabi próbował udowodnić, że wcale nie i po części im się to udało.

Od początku, choć trudno cokolwiek opisywać. Treningi jak zwykle zdominowane były przez Mercedesa, poza jednym, w którym królowało Ferrari Vettela. Nie przypadkiem, bo jak się okazało kierowcy Srebrnych Strzał już wtedy oszczędzali silniki na wyścig. Kwalifikacje rozwiały już wszelkie wątpliwości, gdyż zostały pewnie wygrane przez Hamiltona, przed drugim Rosbergiem i Danielem Ricciardo. Obok niego stałby zapewne Verstappen, ale ten zepsuł swoje najszybsze okrążenie kwalifikacji i partnerów z Red Bull Racing rozdzieliły oba Ferrari.

Układ stawki nie zapowiadał wielkich emocji, bowiem wszystko co mógł zrobić Hamilton to wygrać, a wszystko co musiał zrobić Rosberg, to być tuż za swoim głównym konkurentem. Wydawało się więc, że obaj Panowie po starcie pomkną przed siebie uciekając od reszty i w ten sposób tytuł zostanie rozstrzygnięty.

Start bez większych zwrotów akcji

Było jednak inaczej. Po w miarę spokojnym starcie, szybko, na pierwszym zakręcie mieliśmy pierwsze “zdarzenie”, czyli obrót bolidu Verstappena, po kontakcie z autem Force India. Na szczęście, jakimś cudem, nikt w tym zamieszaniu nie ucierpiał, a Max szybko wrócił do stawki i odrabiał straty w piorunującym tempie.

Z przodu tymczasem Daniel Ricciardo, złapany w kanapkę z dwóch Ferrari, wspólnie z nimi gonił dwa Mercedesy na przedzie. Mercedesy, które wcale nie uciekały reszcie stawki. Szybko jasne stało się, jaką strategię wymyślił dla siebie Hamilton i prawdę mówiąc, nie licząc na przypadkowe zdarzenia, była to jedyna strategia, którą mógł realizować by zdobyć tytuł. Lewis mianowicie postanowił jechać przed Nico na tyle wolno by nie uciekać reszcie stawki, ale na tyle szybko we fragmentach toru z DRS, by ten nie mógł go wyprzedzić. Egzamin zdawało to całkiem nieźle, ale nie na tyle by pozostałe dwa zespoły mogły znaleźć się w zasięgu ataku na Nico. Szczególnie, że Ferrari i Red Bulle były zajęte walką między sobą.

Obrót Verstappena zaraz za pierwszym zakrętem

Do tej walki szybko dołączył Verstappen, który pokonał ponad 20 okrążeń na oponach supermiękkich i oczywiste stało się, że podróżuje na jeden pitstop, co z resztą szybko dostrzegli stratedzy Mercedesa, którzy nakazali Nico poradzenie sobie z Maxem, kiedy po pierwszej serii zjazdów Rosberg znalazł się za nim. Verstappen z resztą trzymał się całkiem nieźle i nie był dla Niemca łatwym celem, pomimo mocno zużytych opon. Na pierwszej serii zjazdów do boksu Red Bullowi udała się jeszcze jedna rzecz, czyli strategiczne “podcięcie” wcześniejszym zjazdem Ferrari, w wyniku którego Ricciardo znalazł się przed oboma czerwonymi bolidami. Po raz kolejny zdawało się, że Ferrari dało się ograć Bykom na strategii wyścigowej.

Z tyłu toczyła się, trudno powiedzieć że walka, bo nawet nie mieliśmy jej okazji podziwiać, ze względu na ciągłe pokazywanie liderów. Niemniej, całkiem dobrze radził sobie Fernando Alonso, który przedarł się do strefy punktowej. Niestety jego kolega miał mniej szczęścia. Jadący prawdopodobnie swój ostatni wyścig F1 w karierze Jenson Button złamał zawieszenie najeżdżając bardzo mocno na wysoką tarkę na szykanie. W taki właśnie, bardzo pechowy sposób, Jenson zakończył swoją karierę. Dla odmiany Felipe Massa poczynał sobie nieźle, choć bez fajerwerków, ale wchodząc do strefy punktowanej.

Po drugim zjeździe Hamilton jeszcze mocniej zaczął wcielać w życie swoją strategię zwalniając Rosberga na ile tylko mógł. Szczególnie, że z tyłu Ferrari chyba po raz pierwszy zaskoczyło i to ich strategia dla Vettela zaczynała pracować lepiej, od strategii przyjętych dla kierowców Red Bulla. Sebastian w piorunującym tempie dogonił Kimiego i dwóch kierowców RBR, po czym sobie z nimi poradził i zaczął pogoń za prowadzącymi Mercedesami. Pogoń nie za długą, gdyż Lewis w dalszym ciągu coraz mocniej przytrzymywał Nico i jechali raptem sekundy przed ścigającą ich stawką. Już chwilę wcześniej Lewis zaczął otrzymywać dziwne komunikaty od swojego zespołu, ale po objęciu przez Vettela trzeciej pozycji zjawisko zdecydowanie się nasiliło.

O co chodziło? Lewis robił jedyne co mógł by wygrać mistrzostwo, ale zarazem nie robił nic niebezpiecznego, ani wbrew przepisom. Nico natomiast nie potrafił wyprzedzić wolnego rywala przed sobą, trudno także zrozumieć by mógł mieć do kogokolwiek pretensję. Tymczasem do Hamiltona docierały przez radio informacje, że musi przyśpieszyć bo zostanie dogoniony przez Vettela. Lewis na to całkiem przytomnie odpowiadał, że jak na razie to on prowadzi, nie widząc Vettela nawet w lusterkach (i zapewne wiedząc jak duży zapas szybkości jeszcze ma), a teraz walczy nie o zwycięstwo w wyścigu, ale o tytuł mistrzowski. W kolejnej serii komunikatów miał już nie radę, ale INSTRUKCJĘ od zespołu (czyli rozkaz), by przyśpieszyć. W tym momencie Vettel już siedział na ogonie Rosbergowi, a pierwszą trójkę dzieliły raptem 3 sekundy. Gdy i ten komunikat został przez Lewisa zignorowany następny na linii tor-bolid odezwał się już sam Paddy Lowe, czyli szef ekipy Mercedesa, wydając Hamiltonowi kolejny rozkaz. Rozkaz oczywiście zignorowany.

Hamilton robił co mógł, by zachować szanse na tytuł.

Pomimo próby ataku Sebastianowi nie udało się wyprzedzić Rosberga. Z resztą to wciąż nie dałoby tytułu Hamiltonowi. Rosberg musiałby zostać wyprzedzony jeszcze przez Verstappena, który jednak zaczynał powoli tracić dystans do czołowej trójki. Tak więc na metę “wczołgał się” Hamilton przed Rosbergiem i Vettelem. Czwarty był wspominany Verstappen, który po raz kolejny pokazał świetną jazdę, nie tylko jeśli chodzi o szybkość, ale także umiejętność wykorzystania opon do maksimum i jego powrót z dalszej pozycji na czwartą lokatę znów przypomina fanom, że chłopak naprawdę ma zmysł i umiejętności, by w przyszłości zostać mistrzem świata.

I tak to już się zakończyło. Taki dziwny finał sezonu, w którym lider starał się jechać jak najwolniej, reszta jak najszybciej, a pomimo to nikt nie mógł go wyprzedzić, z czego obie strony były niezadowolone. Jedno z bardziej nietypowych zakończeń sezonu, jakie dane mi było śledzić.

Co do obecnego mistrza. Czy zasługuje, czy nie zasługuje…. Mistrzostwa Świata nie przyznaje się za zasługi, tylko za punkty. Rosberg zdobył ich w tym sezonie najwięcej i za to wielkie gratulacje, na pewno dla kierowcy wyścigowego jest to spełnienie marzeń i życiowe. Spełnienie, które się Nico chyba należało, choć oceniając samą jazdę, powiedziałbym że było wielu kierowców, którzy jazdą przez cały sezon prezentowali więcej przebłysków niż Nico, a mimo to musieli znieść gorycz porażki i nigdy nie będą tak spełnieni jak Rosberg (choćby Massa w swoim najlepszym sezonie 2008). Prawda jest taka, że ze zdjętym tak wielkim ciężarem z serca i rozumu, Nico może mieć przed sobą najlepsze sezony swojej jazdy, kiedy będzie mógł się wyluzować za kółkiem i jeździć bez kalkulowania.

Właśnie! Kalkulowanie. Bardzo nie podobało mi się to co robił zespół Mercedesa, próbując wpłynąć na losy mistrzostwa. Lewis nie robił nic nielegalnego, tymczasem zespół próbował na nim wymusić by wpychał tytuł w ręce swojego rywala, który nie potrafił go wyprzedzić. Jak nie lubię Hamiltona jako człowieka, to jako sportowiec jest tym, czego od mistrza F1 oczekuję. Bycia nieco zadufanym bucem, bo to on w końcu siedzi w kokpicie i to on powinien decydować o swojej jeździe, brać za nią odpowiedzialność. W dzisiejszych czasach nieco się to zatarło, przez wkład i ogromne zaplecze zespołów, których kierowca jest niemal tylko kolejnym pracownikiem. Na szczęście niemal, bo to on wciąż trzyma kierownicę. Myślę jednak, że właśnie to jest głównym aspektem odróżniającym współczesną F1 od tej dawniejszej i być może kluczem do większej atrakcyjności sportu. Przecież w hokeju, piłce nożnej, czy tenisie nikt nie realizuje poleceń trenera. Próbuje jedynie realizować taktykę mającą dać zwycięstwo, ale w danej chwili i momencie decyzja należy do zawodnika. Tu natomiast mamy nieraz realizować strategię, która zwycięstwo nam odbiera. Gdzie tu logika? Niech to zawodnicy obejmą kontrolę nad tym co na torze, a sport znów stanie się sportem. Każdy na tym zyska, nawet właściciele zespołów, których kierowcy będą podejmować złe decyzje, bo po prostu całkowite zainteresowanie sportem wzrośnie.

Świętujący Nico Rosberg

Lewis? On pokazał swój talent. Nie dość, że jechał bezbłędnie to jeszcze pokazał, że potrafi zarządzać swoim tempem, ogumieniem, tym co się dzieje z tyłu zupełnie sam, bez wsparcia zespołu, który wręcz mu całą zabawę utrudniał. To jest dopiero wyczyn.

Teraz pozostaje nam czekać na pierwsze testy i prezentacje bolidów na sezon 2017. Sezon, który może być decydujący dla Formuły 1. Zmiany wprowadzone na szybko, by jakkolwiek rozwiązać problem nieatrakcyjnych wyścigów. Do tego są jeszcze wycofujący się organizatorzy wyścigów (już na pewno Niemcy, a prawdopodobnie także Singapur i Malezja). Wszystko to wskazuje, że przyszły rok albo na nowo scementuje nową Formułę 1, albo ostatecznie pogrąży zmierzający w zadanym kierunku koncept. Co by się nie działo, na pewno będzie budzić ogromne emocje!

Wszystkie użyte w tekście zdjęcia pochodzą ze strony www.f1.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *