F1 Grand Prix USA 2016

Hamilton w swoim żywiole

Wyścigowego cyrku królowej motorsportów ciąg dalszy. Tym razem kierowcy zawitali na tor Circuit of The Americas w Austin, w Teksasie. Muszę przyznać, że choć dalej nieco w tym gorszym, nowoczesnym stylu, obiekt ten jest jedną z najciekawszych nowych konstrukcji. Jest to pewnie zasługą faktu, iż Hermann Tilke nie był jego projektantem, a jedynie konsultantem dwóch osób odpowiedzialnych za całokształt, czyli Tavo Hellmunda – byłego kierowcy wyścigowego, obecnie promotora wyścigów, odpowiedzialnego też za wyścig F1 w Meksyku oraz Kevina Schwantza – motocyklowego Mistrza Świata z 1993 roku.

Można uznać, że weekend zaczął się dość standardowo jak na obecny sezon, czyli od dominacji kierowców Mercedesa w pierwszych treningach. Trzeba jednak zaznaczyć, iż nie była to taka totalna dominacja, jaką już nie raz mieliśmy okazję obserwować. Cały team Red Bulla czasami trzymał się bardzo blisko Srebrnych Strzał, nie dając im poczucia bezpiecznej przewagi. Kwalifikacje były więc tylko formalnością i potwierdzeniem układu sił w stawce. Pierwszy rząd wywalczyli kierowcy Mercedesa, tym razem z Hamiltonem na czele, przed drugim rzędem Red Bulla i trzecim Ferrari. Dalej mieliśmy Force India, Williamsy i „mieszankę wszystkiego” włącznie z McLarenami, których zapowiadany ogromny postęp, wciąż objawia się raczej przypadkowo, natomiast standardem jest forma słabszych średniaków.

Na starcie Hamilton wykonał swoje zadanie w 100% zachowując czołową lokatę, co dawało możliwość na pełne wykorzystanie bolidu i rozpoczęcie wyrabiania przewagi nad resztą stawki. Za nim zamieszania było już nieco więcej. Bardzo dobrym startem popisał się Kimi Raikkonen, którego forma pod koniec sezonu wyraźnie zwyżkuje (w przeciwieństwie do jego partnera zespołowego). Fin wbił się przed Verstappena. Przed nim natomiast, na wejściu w pierwszy zakręt, bardzo dobrą pozycję na torze wypracował sobie Ricciardo, co wykorzystał by wskoczyć przed Rosberga i rozdzielić prowadzące Mercedesy.

Lewis prowadził od startu do mety

Za liderami także się działo. Konkretnie chodzi o kontakt między Williamsem Bottasa i Force India Hulkenberga. Dla pierwszego skończyło się to kapciem, dla drugiego wycofaniem z wyścigu. Kilka zakrętów później drugie Force India Pereza, zostało z kolei niemal podcięte z tyłu przez Torro Rosso, na szczęście bez większych konsekwencji. Z tyłu całkiem nieźle poczynał sobie także Alonso wbijający się do pierwszej dziesiątki.

Rozpoczęła się zacięta walka „kto utrzyma tempo Mercedesa Hamiltona”. Trzeba przyznać, że Red Bulle spisywały się w niej nad wyraz dobrze. Ricciardo jechał 3-4 sekundy za Hamiltonem, trzymając jednocześnie za sobą Rosberga, który nie mógł znaleźć miejsca, ani okazji do ataku. Za nimi z kolei walczyli Raikkonen z Verstappenem, także trzymający się blisko liderów. Nieco z tyłu został Vettel.

Bolid Bottasa po kontakcie na T1

Pierwsze pistopy zaczęły się dość szybko, bo już w okolicach dziesiątego kółka. Najpierw w alei pojawili się Ricciardo i Raikkonen, a zaraz potem Verstappen i kierowcy Mercedesa. Po zmianie opon Holender uporał się z Kimim i rozpoczął pościg za podium. W międzyczasie byliśmy świadkami ciekawej wymiany zdań między inżynierem wyścigowym, a znanym z ciętego języka Maxem. Na słowa inżyniera, by oszczędzał opony i pamiętał ile musi na nich przejechać, ten odpowiedział, że nie przyjechał tu by finiszować jako czwarty. Najlepiej podsumowali to komentatorzy telewizji Sky – „Someone please make a t-shirt of that” 😉 . Muszę przyznać, że Verstappen budzi moją sympatię. Facet jest nieco bucem – każdy indywidualista i talent, być nim musi, tak po prostu jest, ale w granicach zdrowego rozsądku, a przy tym hołduje temu, jak wyścigi powinny naprawdę wyglądać. Powinno być w nich ściganie i tyle.

Niestety moje pozytywne nastawienie Maxowi nie pomogło, kiedy po kolejnym pitstopie w jego bolidzie wystąpiła bliżej niesprecyzowana awaria. Verstappen zatrzymał się, zgodnie z instrukcjami zespołu, po próbie dotoczenia do boksów, w miejscu na torze, które wywołało wirtualny samochód bezpieczeństwa. To z kolei pokrzyżowało plany Ricciardo, który chwilę wcześniej odbył swoją zmianę opon, tymczasem właśnie reszta stawki otrzymała „darmowy pitstop”. Australijczyk spadł na trzecie miejsce, co było młynem na wodę awansującego Rosberga, minimalizującego stratę do Hamiltona.

Niespodziewany (także dla zespołu) zjazd Verstappena

Wydawało się, że w wyścigu wiele się już nie wydarzy, kiedy na swoją ostatnią zmianę opon zjechał Raikkonen. Wyjazd zakończył się… końcem wyścigu dla Fina, z powodu niedokręconego koła. Na torze z kolei zaciętą walkę o piątą pozycję, która właśnie została „udostępniona” w wyniku odpadnięcia Kimiego, rozpoczęli Alonso, Sainz i Massa. Fernando wykorzystał walkę Carlosa i Felipe by dogonić parę rywali, a potem jednego po drugim wyprzedził na dosłownie ostatnich okrążeniach. Z Massą skończyło się to kontaktem, na szczęście bolidy dotknęły się idealnie kołami, więc obyło się bez większych strat, niemniej sytuacja miała być analizowana po wyścigu.

W czołówce tymczasem już nic się nie działo i na mecie posłusznie zameldowali się Hamilton przed Rosbergiem i Ricciardo. Czwarty finiszował jadący bez błysku Vettel, a za nim Alonso, który trudno powiedzieć, czy uzyskał tak świetny wynik przez zawirowania w czołówce, czy tylko dlatego, że tak dobrze spisywał się w wyścigu.

Ferrari niby goni, ale nikt nie wie kogo

Lewis pozbierał się i pokazał, że do końca sezonu będzie robić co w jego mocy, by dominować w rywalizacji i redukować stratę. Czy to wystarczy? Zobaczymy, szczególnie, że w rywalizację mogą uderzyć kary za wymiany podzespołów w aucie Hamiltona, który wykorzystał już limity zmian m.in. na turbosprężarkę i MGU-H. Za to Red Bull poczyna sobie coraz lepiej, choć ich forma nie będzie miała już większego wpływu na wynik rywalizacji w sezonie 2016. No, chyba że zaczną na stałe rozdzielać kierowców Srebrnych Strzał. Z kolei Ferrari… co tu dużo gadać, cały zespół jak wydawał się zagubiony wcześniej, tak wydaje się teraz. Mechanicy robią błędy, stratedzy robią niewiele, rozwój auta pewnie już jest zawieszony, ale wygląda jakby był zawieszony od początku sezonu. Nie jest to zespół, który może walczyć o mistrzostwa, choć próbuje prężyć mięśnie. Kiedy tylko jednak przychodzi do rywalizacji na torze, słowa przestają mieć znaczenie, a czerwone bolidy chowają się za auta rywali. Z drugiej strony jeśli porównać ich do McLaren-Honda, to nie można narzekać. Ci Panowie z kolei mają lepsze występy, ale chyba bardziej wynikające z dobrego wykorzystywania okazji, niż osiągów bolidu. Silnik Hondy wprawdzie chyba spisuje się nieco lepiej, choć tylko nieco, jednak wydaje mi się, że to nie tylko silnik, ale i sam bolid jest po prostu nieudany.

Pozostaje nam zatem czekać na GP Meksyku i podziwiać kolejny odcinek walki o mistrzostwo, urozmaicony także walką za liderami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *