F1 Grand Prix Chin 2017

Druga runda nowego sezonu królowej motorsportów już za nami. Pomimo tego, że początkowo organizacja całego weekendu wyścigowego tonęła (dosłownie) w problemach i pogoda zmusiła organizatorów nawet do rozważania przeprowadzenia wyścigu w sobotę, wszystko przebiegło zgodnie z terminarzem. Sam wyścig z resztą, pomimo kolejnej wygranej Mercedesa, można zaliczyć do zdecydowanie ciekawszych niż otwarcie sezonu. Ponadto, widać, że w tym sezonie stawka jest tak wyrównana, że o zwycięstwach nieraz będzie decydować nie forma na torze, a strategia przyjęta w boksach.

Od początku znów widać było, że rywalizacja o główne laury rozstrzygać będzie się między dwoma zespołami Mercedesa i Ferrari. No dobra… od początku to lekkie nad użycie. Wszystko przez pogodę, której załamanie spowodowało rozegranie fragmentarycznie pierwszego treningu i zupełne odwołanie drugiej sesji. Dopiero trzeci, sobotni, przed kwalifikacjami, rozegrany został w miarę normalnych warunkach. Tam z najlepszymi wynikami zameldowali się zgodnie obaj kierowcy Ferrari, przed całym zespołem Srebrnych Strzał, potem Massą w Williamsie i kolejno całym teamem Red Bull Racing. Wcześniejsze treningi, a właściwie ich brak, dały jednak tak znikomy obraz sił w stawce i tak niewiele możliwości testowania, że aż do kwalifikacji można było niemal tylko przypuszczać, jak będzie wyglądać grid.

Kwalifikacje przebiegły dość standardowo. No może poza Q1. Najpierw przez problemy z bolidem z walki odpadł Max Verstappen, a potem niestety wypadek kontynuującego swoją przygodę Antonio Giovinazziego zakończył nie tylko jego walkę, ale także kilku innych kierowców, kończących swoje szybkie kółka. Ostatecznie jednak „znów wygrał Hamilton”, przed Vettelem, który z Bottasem za plecami przedzielił zespół Mercedesa. Co ciekawe, Fin przegrał raptem o jedną tysięczną z Sebastianem. Dalej ustawiło się Ferrari Raikkonena, Ricciardo, Massa i zaliczający świetne quale Hulkenberg w Renault. Z ciekawostek można było zaobserwować jak po wyjściu z bolidu Sebastian Vettel dokładnie oglądał bolidy rywali, szczególnie Mercedesa, i kierownicę Hamiltona z nowymi łopatkami do sprzęgła, mającymi poprawiać starty zawodników zespołu.

Sebastian lubi szpiegować – tu przy Red Bullu w Australii

Start zapowiadał się dość emocjonująco, ze względu na przesychający tor. Takie dynamiczne warunki zawsze zapewniają emocje i zmuszają zespoły do podjęcia ryzyka. Co ciekawe, w tym wypadku, jeśli chodzi o ogumienie, zaryzykował jedynie Carlos Sainz. Jako jedyny ze stawki, postanowił wystartować na slickach, podczas gdy reszta stawiła się bolidami z założonymi oponami przejściowymi.

O dziwo start i ciężki pierwszy zakręt toru w Chinach przebiegły dość spokojnie i bez kraks, co często się tu nie zdarza. Najwyraźniej jednak cięższe warunki wymusiły większą koncentrację i rozsądek u zawodników. Carlos Sainz szybko i słono zapłacił za swój ryzykowny pomysł i ledwo ruszył z miejsca, niemal od razu spadając na ostatnią lokatę. Panowie nie powalczyli jednak za długo, gdyż po uderzeniu Force India w Williamsa Strolla wprowadzono od razu okres wirtualnego samochodu bezpieczeństwa. To z kolei obudziło ryzykanta w wielu zawodnikach i zespołach, którzy postanowili jednak zjechać po opony typu slick. Wśród tych pionierów był także Sebastian Vettel, który jako jedyny z czołówki stwierdził, że przejściówki nie są potrzebne.

Nie trzeba było czekać długo po zniesieniu VSC (Virtual Safety Car) by stwierdzić, że decyzja ta nie była trafiona. Zawodnicy na przejściówkach spokojnie przemieszczali się po torze, podczas gdy reszta walczyła. Znów jednak nie na długo. Feralnie rozpoczął i feralnie zakończył ten weekend Giovinazzi, rozbijając się znów, tym razem na prostej startowej. Ponieważ teraz już było co sprzątać, na tor wysłano już prawdziwy samochód bezpieczeństwa, który w dodatku prowadził stawkę przez boksy. Sytuację szybko wykorzystała reszta stawki, która zmieniła opony na slicki, by zabezpieczyć swoje tempo na przesychającym torze, a jednocześnie stracić mniej niż Ci, którzy dokonali zmiany pod wirtualnym SC.

Tak zakończył walkę Giovinazzi

Przetasowania wywindowały wysoko kilku zawodników. Oto nagle niemal znikąd na 4. pozycji pojawił się startujący z tyłu stawki Max Verstappen. Siódmy był natomiast Fernando Alonso i wydawało się, że McLaren ma szansę na naprawdę solidny wynik. Tuż przed restartem na głównej prostej, raczej ku zaskoczeniu gawiedzi, obrócił się Bottas w swoim Mercedesie, spadając na tył ruszającej kawalkady. Po jednym błędzie, przy tak zbitej stawce, czekała go mozolna praca z odrabianiem straconych lokat.

Przemyślane pitstopy Hamiltona pozwoliły mu cały czas pozostawać na czele stawki i wypracowywać sobie przewagę. Tymczasem za nim, po stracie Bottasa, rozgrywała się ciekawa walka zespołów Red Bull Racing i Ferrari. Drugi Ricciardo powoli tracił tempo. Dojeżdżał go natomiast partner zespołowy. Maxa tymczasem gonił duet Ferrari z Raikkonenem na czele i Vettelem odrabiającym straty po strategicznych błędach w boksie. Daniel ewidentnie zwalniał Verstappena, na tyle, że utworzył się pociąg 2+2 RBR i Ferrari. Max nie kazał nam jednak czekać zbyt długo i przy pierwszej 100% okazji uporał się z kolegą zespołowym i ruszył w pościg za Hamiltonem, który dysponował już kilkusekundową przewagą nad grupą pościgową. Przyszła kolej na manewr w wykonaniu Raikkonena. Zdecydowanie to jednak Finowi nie szło, aż finalnie zamiast zyskać pozycję, stracił ją na rzecz Vettela. Ten po wyprzedzeniu kolegi, szybko „przykleił się” do tyłu Red Bulla Ricciardo. Walka zakończyła się efektownym manewrem na nawrocie numer 6 (Bez użycia DRS! Hurrrrraaa!), pod koniec którego Panowie dotknęli się kołami bolidów, przypalając ich brzegi i ścierając nadrukowane oznaczenia. Vettel szybko się oddalił i ruszył w pościg za liderującym Brytyjczykiem i goniącym Holendrem. Verstappena dogonił szybko i po raz pierwszy albo nie wytrzymał Max, albo nie wytrzymało ogumienie. Zablokowane koła na dohamowaniu uczyniły manewr Vettela dziecinnie prostym. Teraz już mógł w pełni oddać się pogoni za Hamiltonem.

W tym samym czasie niemal non stop toczyły się dyskusje zespołów z zawodnikami, odnośnie ile wytrzymają opony, gdyż stratedzy planowali przejechanie na założonych kompletach jeszcze całej drugiej połowy wyścigu. Kimi Raikkonen w charakterystyczny dla siebie sposób przekazywał zespołowi co o tym myśli. Sytuacja wynikała z tego, że po zaburzonych sesjach treningowych tak naprawdę brak było informacji co do zużycia tegorocznych opon na chińskim torze. Mimo optymistycznych założeń, wkrótce zawodnicy musieli jednak pojawić się po nowe ogumienie, a na pewno musiał zrobić to Verstappen, którego opony już miały zdecydowanie dość.

Zacięta walka i kontakt Red Bulla Ricciardo z Ferrari Vettela

Pomimo zjazdu do boksów Lewisowi udało się cały czas pozostawać na pozycji lidera. Vettel robił co mógł, ale poganiany Hamilton zawsze potrafił znaleźć odpowiedź na czas popędzającego Niemca, skutkiem czego przewaga między zawodnikami utrzymywała się na poziomie około sześciu sekund. Z wyścigu tymczasem odpadł ostatni pozostający w nim McLaren świetnie jadącego Alonso. Cóż – właściwie powinienem już opowiadać legendy, że kiedyś w mistrzostwach świata był team McLarena z wielkimi tradycjami i nawet całkiem nieźle sobie radził, wygrywając kilka tytułów mistrzowskich, a potem stwierdził, że powróci do współpracy z Japończykami. Oni zaś myśleli, że zrobienie współczesnego silnika F1 to takie podkręcenie Hondy Civic i dołożenie akumulatorków, do czego nieśmiało przyznali się po dwóch latach dostarczania kompletnego szajsu do najważniejszej serii wyścigowej na świecie.

Druga seria zjazdów właściwie zakończyła walkę na torze. Między Vettelem i Hamiltonem utrzymywał się status quo. Na ostatnie miejsce podium chrapkę miał Ricciardo. Nie znalazł się natomiast nigdy tak blisko Verstappena, żeby móc bezpiecznie atakować. Postanowił więc tego nie robić, żeby nie narażać wyniku całego zespołu. Max z resztą niesamowicie narzekał na przeszkadzające mu dublowane samochody, których… nie mógł dogonić.

Panowie finiszowali ostatecznie bez zmian, w kolejności Hamilton, Vettel, Verstappen. Co ciekawe po dwóch GP dwaj pierwsi Panowie są ex aequo na pozycji lidera mistrzostw świata. Dobry wynik zaliczył Red Bull z lokatami 3-4. Piąty Raikkonen zdecydowanie nie błysnął dziś talentem na tyle by zrobić różnicę i objechać Byki. Szósty Bottas będzie pluł sobie w brodę i wciąż przepraszał zespół, za głupi błąd, który pozwala Ferrari oddalać się w klasyfikacji konstruktorów. Siódmy finiszował natomiast Carlos Sainz, którego szaleńczy pomysł ze slickami na starcie, finalnie się opłacił. Któż mógł to wiedzieć? Niezły wyścig zaliczył też ósmy Kevin Magnussen, za którym uplasował się cały team Force India (czy jak teraz są nazywani: Pink India). Nieco śmiesznie wyglądało też, jak Lewis Hamilton nauczony doświadczeniem z kwalifikacji, że nie można Vettela zostawiać samego z bolidami, specjalnie zostawał obok swojego samochodu „niby” żeby gratulować Sebastianowi 😉 .

Muszę przyznać, że druga runda sezonu w zupełności spełniła moje oczekiwania. Choć może nie będzie to wyścig-legenda, to nie jest to też jedno z GP do zapomnienia. Swoje zrobiły warunki pogodowe, a ozdobą rywalizacji była na pewno walka zespołów z czołówki: Red Bulla i Ferrari.

Teraz przed nami Bahrajn. Gorący wyścig, a w takich warunkach to podobno Ferrari ma przewagę nad Mercem, więc układ znów może się odwrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *