Arri-szopki ciąg dalszy

Znów z góry przeproszę wszystkich lokalnych patriotów i nadmiernych optymistów, ale ja jestem uparty i nie mogę znieść istnienia w naszej rzeczywistości takiej szopki jak Arrinera, nad którą już chyba większość przeszła do porządku dziennego. Gwoli przypomnienia: po wszystkich perypetiach od 2008 roku, szumnych acz niekompetentnych zapowiedziach, wielu kompromitacjach i wyciągnięcia kasy typu szybka emisja akcji, czy dorabianie się teraz na czapeczkach z logo nieistniejącego auta – wciąż nie ma pojazdu jeżdżącego po drogach. Zamiast tego po raz kolejny mamy prezentację na targach w Poznaniu i (uwaga, uwaga!) debiut wyścigowy.

Każdy choć minimalnie zaangażowany i spostrzegawczy obserwator dostrzeże jednak, że to tylko dalszy ciąg dobrze znanej, nieprofesjonalnej „inscenizacji”, w której minimalnym kosztem stara się zbić maksymalną kasę. Kwestia powstania samochodu jest tylko pretekstem, bo taki w rzeczywistości raczej nigdy nie powstanie, no chyba, że Panowie zbiją takie miliony na t-shirtach, że rzeczywiście zainwestują w motoryzację.

No, ale na pewno zaraz mi ktoś zarzuci, że przecież w miniony weekend Arrinera Hussarya GT zaliczyła debiut wyścigowy! A jakże! Ja tymczasem biegam po 10km, więc jestem konkurencją dla Usaina Bolta! No dobrze, ale na serio. „Polski supersamochód”, czyli rama z częściami sprowadzonymi zza granicy, które może kupić każdy z nas, z nadwoziem z włókna szklanego zaprojektowanym przez Ukraińca (nic nie mam do naszych sąsiadów, żeby nie było) bardzo doświadczonego w swoim fachu, gdyż praca dla Arrinery jest dla niego pierwszą pracą w ogóle, a został zatrudniony w firmie, po tym jak Pan Prezes zobaczył jego prace gdzieś w sieci. Taki American Dream w Polszy. Samochód ten rzeczywiście pojawił się w zeszłym tygodniu na rundzie niemieckiej serii DMV GTC na torze Hockenheimring. Jak przystało na debiut supersamochodu, którego twórcom zależy na dobrej promocji i pozyskaniu nowych klientów – w końcu sprzedaż już RUSZYŁA i ktoś zamówił podobno jedną sztukę – wszystko zostało profesjonalnie przygotowane. Panowie rozsądnie podeszli do tematu, czyli wystartowali w krajowej drugo/trzeciorzędnej serii (biorąc pod uwagę poziom niemieckich wyścigów), acz jednak i w niej pojawiają się pełnoprawne auta GT3 i choć większość stawki to tzw. gentleman drivers lub półamatorzy, to pojawiają się także nazwiska znane z serialu Blancpain. Tak czy siak, jak przystało na Arrinerę, wszystko profesjonalnie przygotowano. Także za kierownicą naszego rozchwytywanego produktu krajowego usiadł… członek zarządu Arrinery, który w dodatku jest (tak, to nie błąd) – dziennikarzem. Usiadł także inny Pan, który podobno też jest w zarządzie, ale o nim to już w ogóle nic nie wie, nawet Internet. Jak się można spodziewać sukces był niemal na miarę powrotu Pani Premier Beaty ze szczytu UE. Samochód tracił po 20 sekund do lidera na dwuminutowym okrążeniu. Zgłoszona w najwyższej klasie Arrinera była wolniejsza od wszystkiego innego na torze, poza Toyotą GT86. Z drugiej strony nie wiadomo, czy wolniejszy był samochód, czy kierowcy przy takim ich poziomie. W jednym z dwóch wyścigów nawet udało się przejechać tyle okrążeń żeby zostać sklasyfikowanym!

Oficjalne zdjęcie wnętrza z targów. Nawet widać postęp, ale…

Oczywiście całość na kilometr zalatuje amatorszczyzną i wygląda jak jawna kpina, szczególnie w wykonaniu firmy, która twierdzi, że zamierza się na serio zajmować produkcją luksusowego, sportowego samochodu za milion złotych. To jednak nie wszystko i Arrinera w tym tygodniu zaliczyła kolejny „sukces”.

Targi Poznańskie, na których niestety w tym roku nie mogłem być, rozrastają się i są prawdziwą dumą naszego kraju w branży około-motoryzacyjnej. Poziom targów i coraz poważniejsze firmy, jakie przyciągają, zachęcają by się tam pojawić, co z resztą wszystkim polecam. Arrinera też się tam od kilku lat uporczywie wystawia, podobnie i w 2017 roku.

Na stanowisku pokazano drugą „sportową” Hussaryę i model z limitowanej kolekcji 33. Niezwykłe, że może być coś jeszcze bardziej limitowanego, niż samochód który nie jest produkowany! Niemniej firma pokazała w mediach społecznościowych wnętrze modelu cywilnego. Znów zupełnie inne. Kurczę, naprawdę mają rozmach, co roku zmieniać zupełnie wnętrze auta. Tak, czy siak, muszę przyznać, że w porównaniu do tego ci widziałem wcześniej, wnętrze wyglądało naprawdę nieźle. Z resztą popatrzcie na fotkę powyżej.

No może kłuje w oczy jakaś plastikowa szybka na ekranie na konsoli, z taniej i podrapanej pleksy, czy materiały o podejrzanej fakturze, no ale w porównaniu z ramą z profili jest to niebo a ziemia. Po chwili nawet pozytywnego zaskoczenia pojawiły się jednak komentarze i zdjęcia odwiedzających targi, przynajmniej nie zdążyli jeszcze ich skasować kiedy widziałem. Tak czy siak pokazywały z bliska kolosalne niedoróbki, włącznie z tym, że w samochodzie reprezentacyjnym na targi, który docelowo ma kosztować ponad bańkę, brakuje części wewnętrznych paneli poszycia. Zdjęcie kolumny kierownicy poniżej:

… odwiedzający też potrafią robić zdjęcia.

Pomijając już tą oczywistą kolejną ściemę, czyli złożenie czegoś, żeby wyglądało przez cztery dni targów, logika wymaga zadania kolejnych pytań. Ano skoro już mają taki piękny kompletny pojazd, z kompletnym wnętrzem, to kiego u licha wciąż nie ma żadnej oficjalnej daty premiery, rozpoczęcia produkcji itp.? Dodam tylko do tego perełki w postaci informacji, że wersja drogowa ma mieć „specjalny, autorski i zaprojektowany od podstaw system klimatyzacji”. Hmmm… znając poczynania Panów spodziewam się wiadra z lodem.

Logika kazała zadać pytanie, logika odpowiada. Zrobienie „samochodu wyścigowego” z podzespołów do kupienia w sklepie z częściami wyścigowymi i wybebeszonej Corvetty to nie sztuka. Sztuką jest zaplanować produkcje, zamówić matryce, komponenty, podpisać umowy na wielkie dostawy, zatrudnić ludzi. to jest sztuka która nigdy nie będzie miała miejsca. Choćby dlatego, że Panowie sprzedają teraz czapeczki i t-shirty z logo firmy reklamując to wszystko wprost hasłem „wspieraj polski supersamochód”. Cóż, jeśli zamierzają produkować taki samochód, finansując go ze sprzedaży chińskiej odzieży, to po raz kolejny objawiają skale farsy. Wszystko poszło już tak daleko, że nie wiem, czy ktoś stopień tej kpiny dostrzega. Jak jednak można się sprzeczać, jeśli do prostych obywateli nie trafiają argumenty typu: a gdzie badania do homologacji drogowej? Gdzie homologacja FIA do grupy GT3? Ni ma, ni ma, ni ma i nie będzie. Będą za to t-shirty.

Co z tego, skoro naród i tak kupi i napcha paru naciągaczom kieszenie, bawiąc mnie przy tym do rozpuku, choć przeradzającego się czasem w płacz nad tą kpiną. Powodzenia.

PS. Jeśli kiedyś ten samochód wejdzie do produkcji, to tak samo możecie się śmiać ze mnie, bo pierwszy polecę po czapeczkę i t-shirta. Na razie jednak jest jakiś 1 000 000:0 dla reprezentacji logicznie myślących.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *