F1 Grand Prix Japonii 2016

Pewne i bezproblemowe zwycięstwo Rosberga

Powoli zbliżamy się do końca sezonu. Po zakończonym w niedzielę wyścigu znamy już pierwsze rozstrzygnięcia, choć z drugiej strony, każdy po obejrzeniu pierwszych czterech wyścigów sezonu, mógł z niemal całkowitą pewnością powiedzieć, że tytuł dla Mercedesa jest tylko formalnością. Nieco inaczej miała się sprawa jeśli chodzi o kierowców pretendujących do tytułu mistrzowskiego, choć z czasem pewne stawało się, że wybór ograniczony będzie tylko do dwóch nazwisk. Po kolejnym, całkiem ciekawym trzeba dodać, wyścigu, w kategorii indywidualnej sytuacja też zaczyna się powoli klarować.

Opis wszystkich sesji przed wyścigiem można by podsumować podobnie jak większość takich opisów od niemal trzech lat. Kierowcy Mercedesa zdominowali wszystkie treningi. Konkretnie zdominował je Nico Rosberg nie dając kompletnie miejsca Hamiltonowi. Trudno powiedzieć, czy w Nico coś się obudziło, czy raczej w Hamiltonie załamało, po ostatnich wydarzeniach i wybuchu silnika w Malezji. Niemniej od początku rządził Mercedes z Rosbergiem na czele. Dominację swoją przenieśli na kwalifikacje. Pierwszy rząd zajął właśnie Nico przed Lewisem. W sesji za Srebrnymi Strzałami najlepsze wyniki uzyskał duet Ferrari, ale kary za wymiany podzespołów Kimiego i Vettela za kolizję w Malezji przesunęły ich na dalsze pozycje. W ten sposób drugi rząd zajęły Red Bulle przed Force India, Ferrari i zaskakująco dobrze spisującymi się Haasami.

Tor Suzuka w Japonii to jeden z tych klasycznych torów-legend wyścigów i Formuły 1. Jego nietypowy układ, charakterystyczny przejazd wiaduktem nad krzyżującymi się sekcjami, czy cały pierwszy sektor z bardzo szybkimi eskami, czynią go lubianym przez kierowców i kibiców. Jednocześnie jest to tor bardzo szybki i dość wąski, szczególnie jak na współczesne standardy, w dodatku cierpiący na brak mocnych dohamowań, przez co niełatwo na nim wyprzedzać. Tegoroczny wyścig pokazał, że wyprzedzanie wcale nie jest na nim niemożliwe i że obiekt, podobnie jak inne klasyczne tory, wciąż potrafi dostarczać emocjonującej rywalizacji.

Lewis już daleko za czołem stawki

Start nie był tak dramatyczny jak w Malezji, ale na pewno do udanych nie zaliczy go Lewis Hamilton. Z całej stawki tym razem to właśnie on kompletnie skopał start i po połowie pierwszego okrążenia z 2. pozycji spadł już na bodajże ósmą. Jego powolne ruszenie do rywalizacji wywołało też niemałe zamieszanie na prostej startowej i chyba tylko niezwykłe szczęście i umiejętności pozwoliły kierowcom Ferrari nie zderzyć się ze sobą i z mijanym naprędce Mercedesem. Tymczasem z przodu Rosberg od pierwszych metrów pewnie objął prowadzenie i niezagrożony powoli zaczynał się oddalać. Za nim jechał Verstappen liderujący “pościgowi”. Dalej, na trzeciej pozycji po starcie zawitał Perez. Niestety jego Force India nie było w stanie utrzymać na dłuższym dystansie tempa najlepszych zespołów i szybko stracił lokatę na rzecz kierowców Ferrari i Red Bulla, choć przedtem zdołał wytworzyć za sobą całkiem spory pociąg, dając czołowej dwójce czas na odskoczenie od reszty stawki.

Przez chwilę wydawało się, że coś w Hamiltonie po prostu pękło, czego potwierdzeniem miał być przekazany wybitnie zmarnowanym i beznadziejnym głosem komunikat, w którym Lewis przepraszał zespół za skopany start i brał winę na siebie. Brzmiał po prostu jak ktoś bez choć odrobiny woli walki. “Zwierzę torowe” jakimi są kierowcy F1, zawsze jednak z takiej osoby wyjdzie. Hamilton po kilku okrążeniach zebrał się w sobie i rozpoczął pościg za czołówką stawki.

W pościgu pomagał mu także zespół. Podczas pierwszej sesji postojów, gdzie większość kierowców założyła twarde opony, taktycy Lewisa świetnie wyliczyli czas zjazdu i kazali zjechać okrążenie po Raikkonenie, za którym podążał Hamilton. W wyniku ruchu na okrążeniu wyjazdowym Kimi stracił sporo czasu, podczas gdy Lewis dysponujący czystym torem na kółku zjazdowym, zdołał wyskoczyć przed Fina po powrocie na tor. Po sesji zjazdów do boksów na torze nastąpiło lekkie uspokojenie, choć trzeba przyznać, że podziwianie bolidów bardzo dynamicznie przemieszczających się po sekcjach zakrętów toru Suzuka, nie pozwalało się nudzić.

Ferrari było szybkie, ale nie kategoriach szybkości Mercedesa.

Hamilton nieprzerwanie kontynuował swój pościg i udało mu się awansować już na 4. miejsce, przed drugą i zarazem ostatnią serią zjazdów do boksów, a wypadała ona dla niektórych nawet przed połową wyścigu. Wszystko przez konieczność użycia jednego narzuconego przez Pirelli kompletu opon. Firma na ten weekend wytypowała opony twarde. Nie dość, że z założenia wytrzymują one długo, to potężne deszcze w noc przed wyścigiem spłukały wtartą w nawierzchnie mieszankę i spadła przyczepność, a więc i zużycie opon, do tego stopnia, że kierowcy jak na przykład Button, mieli problemy z utrzymaniem w warunkach wyścigowych odpowiedniej temperatury opon tej właśnie mieszanki.

Wracając do zjazdów, które miały rozstrzygnąć o losach wyścigu, rozpoczął je odpowiednio Verstappen, czujący na plecach oddech Vettela, potem kierowcy Force India, Rosberg, by nie ryzykować taktycznej zagrywki ze strony Red Bulla, w końcu Hamilton i Vettel. Po raz kolejny stratedzy Mercedesa spisali się na medal, planując zjazd Lewisa tak, że po powrocie znalazł się on przed Ferrari Sebastiana. Brytyjczyk znajdując się już na podium wreszcie “poczuł krew” i zaczął koncentrować wszystkie swoje zdolności, a przede wszystkim umysł, na pościgu za drugim Verstappenem. To właśnie popis Hamiltona oraz niekończące się narzekania czołowej ósemki na ignorowanie niebieskich flag, był głównymi atrakcjami końcówki wyścigu. Choć owe narzekania rozumiem, to zgodzę się w tym wypadku z głosami, że chyba Panowie liderujący stawce i toczący własne pojedynki zapomnieli, że na torze jest jeszcze nieco kierowców poza nimi, którzy też mają swoją walkę. Ponadto tor Suzuka przez swoją szerokość i charakterystyczne ciągi zakrętów daje miejscami bardzo niewiele możliwości ustąpienia pola. Czasem po prostu trzeba poczekać i zwolnić, a nie lamentować przez radio – taki urok wyścigów.

Walka Verstappena i Hamiltona

Pościg Lewisa odniósł skutek i na kilka okrążeń przed metą znalazł się on w zasięgu ataku na Maxa, a stratę do oszczędzającego silnik Rosberga zmniejszył z niemal dwudziestu do siedmiu sekund. Dziewiętnastoletni Verstappen po raz kolejny, przynajmniej jeśli chodzi o jazdę po torze, wykazał się niesamowitą dojrzałością i świetnie blokował Lewisa, który przez kilka kółek nie wpadł na to, by atakować rywala poza prosta startową, gdzie kierowca Red Bulla pewnym schematem działania ucinał wszelkie próby ataku. Wreszcie Hamilton zmienił taktykę i podjął próbę ataku na szykanie kończącej okrążenie. Wydawało się, że już uda mu się wejść na wewnętrzną, pod łokieć Verstappena, jednak ten w ostatnim momencie zamknął drogę przed rywalem. Lewis gwałtownie hamując musiał objechać szykanę alternatywną drogą i tym samym szanse na kolejne próby przepadły. Manewr Maxa był na granicy przepisów, jeśli nie poza nimi, bo do takich należy zaliczyć zmianę toru jazdy podczas dohamowania do zakrętu. Niemniej sprawa była na tyle płynna, że żadnej kary nie było, ale Holender został wezwany na pogadankę o swojej jeździe po wyścigu.

Szybkość McLarena najlepiej przemilczeć

Wygrał więc Rosberg, który zaliczył bezproblemowy, idealny wręcz weekend, przed Verstappenem i Hamiltonem. Nico tym samym dalej powiększył przewagę nad starającym się minimalizować straty Lewisem, ale na cztery wyścigi przed końcem wiemy, że jeśli nie będą miały miejsca żadne rewolucyjne zwroty akcji w przynajmniej połowie z pozostałych, to tytuł raczej wpadnie w ręce Niemca. Za podium uplasowały się dwa Ferrari, które mogłyby wywalczyć więcej, gdyby nie kary. Nie mówię tu jednak o walce z Mercami, ale raczej odebraniu lokaty na podium na rzecz Red Bulla. Ricciardo zaliczył tym razem słabszy wyścig od kolegi i przyjechał dopiero na 6. lokacie. Dalej zameldowały się dwa Force India i Williamsy. Niezła postawa Haasa nie pozwoliła niestety zespołowi na zdobycie punktów, ale wreszcie widać wzrost formy u tegorocznych debiutantów. Zupełnie co innego dzieje się znów z McLarenem, którego tempo było porażająco słabe i na torze kierowcy zespołu przegrywali nawet z Sauberem. Tak potężny zespół przecież kiedyś musi się odbić od dna, pytanie tylko kiedy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *