F1 Grand Prix Malezji 2016

Słynny (acz niesmaczny) bucik Ricciardo!

Czas powrócić do nieco zaniedbanej ostatnio przez „4 kółka” królowej motorsportów. Tam zaostrza się walka o tytuł mistrza pomiędzy kierowcami Mercedesa, bo nie ukrywajmy, że tytuły w tym sezonie są już przydzielone jednemu zespołowi. Sformalizowanie ich to tylko kwestia czasu. Ostatnie wyścigi pokazały, że choć reszta stawki próbuje się zbliżyć, to kiedy trzeba Srebrne Strzały potrafią z nich zrobić jedynie tło dla swojej wewnętrznej walki. Podobnie miało być także w Malezji, która jest niemalże drugim domowym wyścigiem niemieckiego zespołu, ze względu na głównego sponsora tej imprezy.

Wszystko z resztą zapowiadało, że tak właśnie będzie. W treningach kierowcy Mercedesa nie dali rywalom żadnych złudzeń, prezentując same najlepsze czasy. Nie inaczej miała się sytuacja także w kwalifikacjach, gdzie zajęli cały pierwszy rząd. W ogóle tor w Malezji sprzyja dominacji sprzętu nad umiejętnościami kierowców. Świetnie to widać po układzie na starcie właśnie. Dwa Mercedesy, przed zespołem RBR, przed Ferrari, przed Force India, przed McLarenem Buttona, który jest pojedynczym rodzynkiem, tylko dlatego, że Alonso nie opłacało się zajeżdżać auta na kwalifikacjach, z powodu przyznanych kar. Gdyby nie to, mielibyśmy pewnie dwójkę McLarena. Dalej z resztą także mieliśmy dwójki Williamsa, Haasa, Saubera itp. Poza Alonso z tego układu „dwójkami marsz” wybił się jedynie Kevin Magnussen, który zdystansował Jolyona Palmera. Układ na starcie świetnie oddawał więc także formę poszczególnych zespołów. Mercedes jak był na czele, tak dalej bezproblemowo jest liderem. Ferrari dalej jedynie straszy swoimi postępami w przeciwieństwie do RBR, który to zespół mniej mówi, a bardziej pokazuje postępy. Wreszcie zaczyna być widać także progres tandemu McLaren-Honda. Zupełnie inaczej z kolei z Williamsem…

W połączeniu z prognozami, które zwykle w Malezji przewidują obfite opady, a tym razem negowały nawet lekki kapuśniaczek. Istniała niemała groźba wyścigu, w którym po starcie każdy pojedzie naprzód w swoim tempie i tyle będzie z rywalizacji. No może poza sytuacją Fernando Alonso, który musiał przebijać się z samego ogona.

Kontakt Vettela i Rosberga na T1

Wszystkie przypuszczenia legły w gruzach tuż po starcie. Starcie bardzo dziwnym, którego zgodność z przepisami wiele osób by zapewne kwestionowało. Po dojechaniu na pola startowe, kończąc okrążenie formujące, kierowcy stali bowiem bardzo długo, co w tych warunkach klimatycznych dla silników F1 jest wybitnie niekorzystne. Przed początkiem okrążenia formującego zgasł silnik w bolidzie Massy, który musiał rozpoczynać rywalizację z alei serwisowej. Tuż przed startem z kolei, wystawiając ręce z bolidu, o zgaśnięciu swojej jednostki informował Sainz. Chwilę potem jednak ręce schował, a silnik udało się odpalić. Wszystkiemu temu przyglądali się biernie sędziowie startowi, którzy zamiast puścić stawkę na jeszcze jedno okrążenie formujące czekali chyba aż sytuacja sama się naprostuje. W końcu po wiekach oczekiwania uruchomiono światła startowe. Kilkanaście sekund później wyścig wystartował.

W pierwszy zakręt najpierw wpadli oczywiście kierowcy Mercedesa. Jechali agresywnie, ale z szacunkiem dla siebie, mając jakby z tyłu głowy każdy punkt, który mogą stracić w wyniku nieodpowiedzialnego manewru. Za nimi natomiast wchodził w zakręt zespół Red Bulla, z którym zrównywał się, po świetnym starcie, Sebastian Vettel. Max Verstappen chcąc zapewnić sobie lepszy kąt wejścia w zakręt, zostawił po wewnętrznej nieco miejsca, nawet nie przypuszczając, że ktoś może próbować się tam wepchnąć. Wejście tamtędy w zakręt wiązało się bowiem z niemal pewnym wywiezieniem czoła stawki na zewnętrzną i przy tym tłoku także kontaktem. Vettel nie patyczkował się jednak i instynktownie postanowił wykorzystać szansę, choć wcale nie atakował z daleka, a raczej jadąc już na równi, czy nawet minimalnie przed Verstappenem. Ten, choć zaskoczony znalazł się w kanapce między Sebastianem a swoim kolegą zespołowym, gwałtownie zahamował panując nad samochodem pomimo uślizgu. Wydawało się, że manewr może się powieść, kiedy nagle przed Vettelem zabrakło toru. Będący z przodu Nico Rosberg wchodził w zakręt szeroko, ścinając do wewnętrznej, by mieć lepszy kąt i dać sobie możliwość ataku na Hamiltona. Nie mógł wiedzieć co dzieje się za nim. Z kolei Vettel, któremu drogę tuż przed nosem nagle zamknął bolid Mercedesa, nie miał się zupełnie gdzie podziać. Uderzenie, złamane przednie zawieszenie i koniec wyścigu dla Vettela, obrót Rosberga i konieczność nadrabiania z samego końca stawki już po starcie wyścigu – to wyniki całego zdarzenia. Nie zgodzę się ze znanym z ciętego języka Verstappenem, który zbluzgał za całe zdarzenie Vettela. Seb widział miejsce, wykorzystał je, zaryzykował. Wszystko jednak w obrębie przepisów, ale także zdrowego rozsądku i dopuszczalnego ryzyka, a nie zupełnie nieprzewidzianego manewru. Czasem po prostu nie wychodzi, czy brakuje nieco szczęścia.
Już na początku mieliśmy więc wirtualny samochód bezpieczeństwa, który niektórzy wykorzystali na zmianę opon. Niesamowity awans (z 22. miejsca na 12.) zaliczył Alonso, choć oczywiście pomogło mu zamieszanie na T1. Mniej szczęścia miał Rosberg, który Lewisa musiał po restarcie gonić zaczynając z szesnastej pozycji. Powrót do rywalizacji przyniósł lekkie prowadzenie Hamiltona, który jednak nie był w stanie uciec siedzącemu mu na ogonie Ricciardo dalej niż na dwie sekundy. Za nimi podążało jedyne w stawce Ferrari, kierowane przez Raikkonena, który poradził sobie z Perezem wywindowanym na podium przez początkową kraksę. Z tyłu Alonso dawał popis jadąc już jako dziewiąty.

Kiedy w czołówce z Hamiltonem na czele, wydawało się, że zapada status quo, znów wprowadzono wirtualny samochód bezpieczeństwa. Jego przyczyną była (kolejna już) awaria hamulców w Haasie Grosjeana na ostatnim zakręcie toru. Ten okres neutralizacji na zmianę opon wykorzystała także czołówka. Najważniejszą z przeprowadzonych zmian była ta w bolidzie Rosberga, na najtwardszą mieszankę gumy. Nico po powrocie na tor od razu wznowił pogoń za podium, a jego świetne czasy i brak problemów wraz z upływającymi okrążeniami pokazały, że wybór opon był słuszny i dały do myślenia reszcie stawki. Nie tak dobrze trafiona wydawała się z kolei strategia Lewisa, w której zakładano, że uda mu się przejechać wyścig z jednym pitstopem. Być może było to realne, ale nie z siedzącym na ogonie Red Bullem Ricciardo, od którego Hamilton zaczął wyraźniej się oddalać dopiero w okolicy połowy dystansu. Niemniej wydawało się bardzo ryzykowne, by przejechać na twardych oponach taki kawał wyścigu, nawet pomimo optymistycznych danych z samochodu Rosberga.

Tym razem kontakt Rosberga i Kimiego

Po zjazdach „w pół drogi” prowadził Hamilton przed Ricciardo i Verstappenem, który zjechał po nowy komplet gum jako ostatni z czołówki i zaczynał odrabiać stratę do Australijczyka. W wyniku pitstopowego zamieszania trzecią pozycję stracił Raikkonen i zamiast gonić, musiał raczej myśleć nad obroną miejsca tuż za podium przed zbliżającym się szybko Nico. Ten, po dojechaniu do Fina, utrzymał się za nim przez nieco ponad jedno okrążenie, po czym najwyraźniej niecierpliwiąc się, czy nie widząc innej możliwości, przypuścił dość… no nie ukrywajmy – głupi manewr na drugim zakręcie, praktycznie wbijając się w bok Ferrari Raikkonena. Na szczęście nie miało to poważnych konsekwencji dla żadnego z Panów, poza (chyba zbyt) małą karą dla Nico i drobnymi uszkodzeniami aerodynamiki włoskiej maszyny.

Z kolei świetną walkę mogliśmy oglądać w starciu kierowców Red Bulla, po tym jak Maxowi udało się dogonić Daniela Ricciardo. Starszy z tej dwójki nie zamierzał jednak odpuścić i w świetnym stylu pokazał Maxowi, że on tu jest liderem. Holender nie wykorzystał swojej szansy i nie mogąc później znów zaatakować Ricciardo zaprzepaścił także możliwość pogoni za liderem.

Liderem, którym… sam by po wyprzedzeniu Daniela został. Kilka okrążeń później bowiem byliśmy świadkami awarii silnika w bolidzie Hamiltona. Nieprzyjemne, metaliczne „chrząknięcie” silnika Brytyjczyka dało się słyszeć na prostej startowej, aż cała trybuna wychyliła się wodząc oczami za jego autem z donośnym „ooooooo” wydobywającym się z tysięcy gardeł. Hamilton zdaje się także nie mógł w to uwierzyć, krzycząc we wnętrzu swojego bolidu. W jednej chwili Nico z przegranego w tym wyścigu, stał się zwycięzcą, a mistrzowskie szanse Lewisa może nie legły w gruzach, ale bardzo się oddaliły.

Koniec wyścigu dla Hamiltona

Po awarii Merca podjęto decyzję o kolejnym okresie wirtualnego samochodu bezpieczeństwa. Red Bull postanowił zagrać taktycznie i ustawić sobie wyścig, układając także kierowców na torze. Ściągnięto obu, jadących kilka metrów za sobą, na zmianę opon. W wyniku tego kilkanaście metrów odległości między bolidami RBR, zamieniło się w kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset. Verstappen czekał przecież na swoją zmianę, za obsługiwanym bolidem Ricciardo. Nie twierdzę, że zwycięstwo się Danielowi nie należało, ani że pewnie by go nie obronił, ale cały manewr był widocznym ustawieniem sytuacji wśród liderów. Myślę, że Verstappen także znalazł by się jeszcze w sytuacji by zaatakować. W każdym razie gdyby byli to kierowcy z innych zespołów, na pewno sytuacja i walka zostałaby rozegrana inaczej.

Tymczasem Nico Rosberg robił wszystko by znaleźć się na trzecim miejscu o ponad dziesięć sekund przed Kimim. Właśnie tyle miało mu zostać dodane do czasu wyścigu, jako kara za kolizję z Finem.

Do końca nic już się nie zmieniło i wygrał Daniel Ricciardo, przed Maxem Verstappenem oraz Nico Rosbergiem, któremu udało się uciec na ponad 10 sekund od Raikkonena i utrzymać pozycję. Tym samym RBR zaliczył pierwszy dublet od 2013 roku. Za nimi finiszował Bottas, następnie Perez, a po nim Fernando Alonso, który zaliczył świetny wyścig i dał kolejną iskierkę nadziei, że coś się naprawdę poprawia z osiągami jego bolidu, przy okazji przypomniał też ile wciąż są warte jego umiejętności. Na pewno do udanych tego wyścigu nie zaliczy Haas, który po awarii bolidu Grosjeana stracił także auto Guitierreza, po tym jak odpadło z niego koło.

Pierwszy dubler RBR od 2013 roku!

Czy rywalizacja jest już rozstrzygnięta? Na pewno nie. Chyba zrozumiał to także Hamilton, który wykręcił się z bzdurnych oskarżeń, rzucanych tuż po wyścigu, że ktoś celowo psuje jego bolid, by nie wygrywał. Szkoda, że nie mówił tak w 2014 roku, kiedy Rosberga nękała awaria za awarią. Ciekawe wreszcie też, czy sprzyjające w końcówce sezonu Red Bullowi tory pozwolą wbić się bykom w rywalizację Mercedesów i utrudnić Panom walkę wewnątrz zespołu. Ferrari jakby znów straciły rozpęd i chwilami mam wrażenie, że prędzej to McLaren dogoni czerwonych, niż Włosi znajdą sposób (tak jak zrobił to Red Bull), by próbować gonić Mercedesy.

Więcej odpowiedzi pewnie za tydzień w Japonii, na kolejnym porannym wyścigu. Warto jednak poświęcić nieco snu, dla wyścigów gdzie dzieje się tyle, ile akcji widzieliśmy w Malezji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *