F1 Grand Prix Meksyku 2016

Hamilton kontynuuje odrabianie strat

Kolejny wyścig, zbliżającego się do końca sezonu, za nami. Tor, który przez lata stał się klasykiem kalendarza Formuły 1, także dziś wnosi do rywalizacji zupełnie inną charakterystykę wyścigu, będąc na swój sposób południowoamerykańską Monzą, ze swoimi długimi prostymi i sekcjami wolnych zakrętów. W tegorocznym wyścigu do mistrzostwa, choć nie znamy mistrza, paradoksalnie większość rozstrzygnięć już za nami. Dodatkowo układ stawki w połączeniu z charakterystyką toru niestety nie poskutkowały najbardziej emocjonującym wyścigiem tego roku.

„Najbardziej emocjonującym” to delikatnie powiedziane. Do rzeczy jednak. W treningach tym razem pogrozić Mercedesowi próbowali wszyscy. Tak Red Bull, jak i Vettel w swoim Ferrari, nieco zaskakująco wygrywający drugi trening. Na nic się to jednak zdało w kwalifikacjach. Tam pierwszy rząd znów zajął Hamilton z Rosbergiem, drugi cały Red Bull, a potem lekkim zaskoczeniem był piąty Hulkenberg, który poprzedził duet Ferrari.

Wyścig rozpoczynał się baaardzo długą prostą toru Autódromo Hermanos Rodríguez. Wydawało się, że taki kolosalny dojazd do pierwszego zakrętu, spowoduje brak zamętu na starcie. Było zupełnie na odwrót. Hamilton pomimo idealnego startu i braku zagrożenia pozycji zablokował koła i by się ratować ściął całą pierwszą szykanę. O dziwo nie czekały go za to żadne konsekwencje, w dodatku na torze niemal od razu został wprowadzony wirtualny samochód bezpieczeństwa, po kontakcie na pierwszych zakrętach w tyle stawki.

Błąd Hamiltona na starcie

W wyniku zamieszania na starcie, kierowcy Red Bulla startujący na super miękkich oponach, zmienili strategię. Riccciardo założył średnią mieszankę, chcąc wyciągnąć z niej jak najwięcej okrążeń. Niestety po pierwszej serii pitstopów, na której zjechała reszta stawki, okazało się, że przyblokowany przez innych Australijczyk stracił swoją pozycję na rzecz Raikkonena.

Iiiii… szczerze mówiąc od tej chwili w wyścigu nie działo się kompletnie nic. Przez ponad 30 okrążeń mogliśmy jedynie oglądać próby ataku Pereza na Massę, ewentualnie jak to cały zespół McLarena utknął za Torro Rosso. Nieco w tle Vettel opóźniał swój drugi zjazd by pod koniec wyścigu dysponować świeższym ogumieniem od reszty czołówki, natomiast Verstappen zawzięcie gonił prowadzące Mercedesy, nie zważając na zużycie opon.

Pod koniec strategia Vettela i Ferrari przyniosła swój skutek i Niemiec zbliżył się do trzeciego Maxa. Ten jednak, z czego już jest dobrze znany, tanio skóry nie chciał sprzedać. Blokował Vettela dość skutecznie, co pozwoliło się zbliżyć Ricciardo do tej walczącej dwójki. W wyniku ataków na trasie, Verstappen musiał w końcu wyjechać poza tor i ściął pierwszą szykanę identycznie jak na starcie zrobił to Hamilton. Vettel został przyhamowany, co pozwoliło z kolei Ricciardo na atak, bardzo brutalnie odparty przez Sebastiana, któremu starczyło podzielności uwagi na tyle, by jednocześnie bluzgać przez radio na Maxa.

Vettel i Verstappen – przyjaźni nie rozkwitnie po tym wyścigu

Na czele nie zmieniło się już nic, czyli dojechał odrabiający straty Hamilton, przed minimalizującym straty Rosbergiem. Za nimi dojechał Verstappen, Vettel i Ricciardo. Potem mieliśmy ciąg dalszy nieudolności sędziów, którzy wyprosili Verstappena z pokoju dla trójki zwycięzców, stwierdzając nagle, że kara mu się należy i zaprosili tam Vettela. Jakby tego było mało, już dzień po wyścigu karę nałożono z kolei na Sebastiana za nieprzepisową obronę przed Danielem. Ostatecznie więc, według sędziów, wygrał Hamilton, przed Rosbergiem, Ricciardo, Verstappenem i Vettelem. Co do reszty stawki warto wspomnieć o dobrej formie Williamsa i Force India, czego można było się po nich spodziewać na tak szybkim torze oraz nieustająco przykro-słabej formie McLarena. Również Haasowi przydarzył się bodajże najsłabszy wyścig w sezonie.

To chyba jedyne konkrety, które można o rywalizacji w Meksyku napisać. Było niestety bardzo nudno, a weekend pozostawił spory niesmak, już pomijam emocje Vettela, fajnie że je ma, ale powinien także zachować klasę. Główny niesmak po raz kolejny od nie roku, ale od kilku już lat, pozostawiają dziwne, niejasne, czy wręcz irytująco głupie i nierówne decyzje sędziów, których owoce zbierają kierowcy (jeszcze są za to karani) oraz, co dużo gorsze dla sportu, fani. Dlaczego Hamilton nie dostał kary za identyczny manewr jaki wykonał Max? Dlaczego decyzja, o karze dla Verstappena, która miała zostać podjęta po wyścigu, nagle została na chybcika zorganizowana przed wejściem na podium? Niestety dokładnie ten sam nieprofesjonalizm ujawnia się co roku w regulaminach sportowych i technicznych królowej motorsportów. Miejmy więc nadzieję, że Panowie poświęcili tym na sezon 2017 więcej uwagi, niż swoim decyzjom w miniony weekend.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *