Pakt włosko-niemiecki

Ferrari – niemożliwe stało się możliwe?

Za nami drugi wyścig sezonu 2015 Formuły 1, czyli Grand Prix Malezji na torze Sepang, zakończony wynikiem raczej niespodziewanym przez zdecydowaną większość gawiedzi. Mało tego, niespodziewanym chyba także przez zespół Mercedesa i Hamiltona, którego mina po wyścigu zdecydowanie dawała znać, że świat dominacji Srebrnych Strzał legł w gruzach. Z kolei zwycięstwo Ferrari z Vettelem za kierownicą winduje Niemca znów na czołówki, tym samym przywracając dyskusje o jego umiejętnościach. Innymi słowy koniec srebrnej nudy i wreszcie coś się dzieje. Świetnie, bo ożywi to nużącą rywalizację w królowej motorsportów, z drugiej strony źle, bo będzie pretekstem by ukrócić podnoszące się głosy o koniecznych zmianach. Po Malezji zdecydowanie jest więc o czym dyskutować, zapraszam więc do czytania moich spostrzeżeń.

Dlaczego Mercedesowi może nie podobać się taki stan rzeczy, poza oczywistymi aspektami czysto sportowymi? Otóż nie wiem, czy wiecie i niewiele osób ma prawo to pamiętać, ale Mercedes w znacznym stopniu swoją markę wykreował właśnie na wyścigach Grand Prix w latach 30, kiedy to miażdżył konkurencję, wcale nie mniej niż w 2014, którego już wszyscy byliśmy świadkami. Wtedy narodziły się „mityczne” Srebrne Strzały. Mit ten został utrwalony w latach 50, kiedy za kierownicą W196 m.in. Juan Manuel Fangio i Stirling Moss królowali na torach, a sam pojazd wygrał 9 z 12 wyścigów w których wystartował i tym samym dwa sezony Grand Prix, w których brał udział. Potem jednak miejsce miał straszny wypadek Mercedesa 300 SLR na Le Mans w 1955 roku, po którym niemiecka firma wycofała się ze sportu motorowego na lata. Kto wie na jaką dominację było ich jeszcze wtedy stać? Nowa era F1 jest przełomowa pod tym właśnie względem, że pierwszy raz od pamiętnego 55′ roku znów możemy oglądać Srebrne Strzały w wyścigach Grand Prix. Nie bez powodu, jak zapewne się domyślacie, bo czas nawiązać do obecnego stanu rzeczy. Motoryzacja stanęła przecież u progu nowego dnia, nadeszły nowe wyzwania, problemy ekologii i wiele innych. Tymczasem marka i prestiż Mercedesa zaczęły się powoli zamazywać, czego dowodem niech będzie, że już nikt patrząc na salon Merca nie myśli o legendarnej niezawodności. Tymczasem ten zaczął inwestować w F1. Czy to się opłaca? A jakże! Przy wydatkach na sezon 2014 rzędu 400 mln $, szacowany zysk niemieckiego producenta na działalności marketingowej i wartości marki przekroczył 2,5 mld $ (!!!). Jeśli więc jeszcze kiedyś będziecie się zastanawiali, jakim cudem taki sponsoring się komuś opłaca, to już wiecie. Żyjemy w świecie wirtualnych, marketingowych wartości, czego idealnym przykładem jest choćby Apple.

Mercedes-Benz W196

Koniec dygresji o Mercedesie. Ci Panowie nie działają na ślepo. Pakują ogromne pieniądze w rozwój i zespół, w inżynierów ślęczących dniami i nocami przy komputerach, maszynach, odwalających 10x cięższą robotę niż kierowcy za kółkiem, w dodatku przez cały rok, bez przerwy, pod ogromną presją. W końcu nawet najlepszy kierowca nie wygra wyścigu słabym samochodem. Innymi słowy kalkulują wydatki, oczekując konkretnych zwrotów. Coś jak zakładało BMW, tylko tam góra nie potrafiła zrozumieć skali przedsięwzięcia i że sport, to sport. Potem zrealizował to Red Bull inwestując w F1 wszystko co się dało, czas, pieniądze, ludzi, bo tylko angażując się w pełni można zacząć dominować. W zeszłym roku osiągnął to w końcu Mercedes i zapowiadało się na kolejną erę jednego teamu, jednak… no właśnie. Vettel i Ferrari zwyciężyli już w drugim wyścigu sezonu 2015. Wcale nie chaotycznym, wcale nie przypadkowym, wcale nie przez błędy konkurencji. Śmiem sądzić, że Ferrari (oba bolidy) na Sepang było po prostu najszybsze. Nie pod względem prędkości maksymalnej, kwalifikacyjnego czasu okrążenia, czy szybkości na zakręcie, ale po prostu pod kątem tempa wyścigowego.

Hamilton w tym wyścigu prowadził, ale tylko przez chwilę.

Oczywiście jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale twierdzę, że nie był to przypadek. Sebastian od początku trzymał się bardzo blisko Hamiltona, a Nico Rosberg nie był w stanie dotrzymać tej dwójce kroku. Mało tego już pierwsza seria pitstopów pokazała kolejną przewagę Ferrari nad Mercedesem. Czerwone bolidy po prostu mniej „zżerały” opony. To z kolei oznacza, że Raikkonen i Vettel dysponowali jeszcze pewnym zapasem tempa. Niemniej to Hamilton pierwszy zjechał zostawiając Niemcowi wolny tor. Ten zaś znalazł się w sytuacji, do której jest przyzwyczajony i świetnie sobie z nią radzi, czyli samotnej jazdy na czele, połączonej z wyrabianiem przewagi nad rywalami. Vettelowi przez te lata triumfów udało się wykształcić coś czemu nikt nie zaprzeczy, czyli umiejętność utrzymania maksymalnej koncentracji przy jeździe bez bezpośredniego zagrożenia na torze, co jest niełatwe, jak wspomina wielu kierowców. Inżynierowie włoskiego zespołu na pewno też wiedzą o predyspozycjach Sebastiana i wykorzystali je, pozostawiając go samotnego na torze najdłużej jak to tylko było możliwe. Prawda jest więc taka, że Hamilton był w opałach już od pierwszego okrążenia wyścigu, a od pierwszego pitstopu na horyzoncie było już widać to, co myśleliśmy, że jest nierealne.

Co ciekawe, w przyzwyczajonym do spokojnej walki jedynie o dwa pierwsze miejsca Mercedesie zaczęła pojawiać się panika, szczególnie wśród kierowców, kiedy tylko zrozumieli co się dzieje. Reszta zespołu także to widziała, lecz nie była w stanie dać kierowcom odpowiedzi na pytanie „Co robić?!”. Nie dało się bowiem nic zrobić, gdyż Srebrne Strzały w minioną niedzielę po prostu nie były najszybsze, dlatego też Hamilton dostał prostą odpowiedź. Jedyne co można zrobić to dogonić ich na torze jadąc szybciej. Bolid szybciej jechać już nie mógł, a różnice między kierowcami są zbyt małe by ową przewagę zniwelować. Jak duża ta przewaga była niech potwierdzi wynik Raikkonena, który na samym starcie przejechał pełne okrążenie tocząc się na trzech kołach, potem zaś musiał dłużej zostać na torze by zapobiec konieczności wykonania dodatkowego zjazdu do boksów, do tego przebijać się przez stawkę, a mimo to finiszował czwarty i to bez większych problemów. Gdyby więc nie niezawinione problemy Raikkonena niemal pewne byłyby dwa czerwone bolidy na podium, a kto wie, czy nie na pozycjach 1-2.

Nawet takie problemy nie były przeszkodą dla tempa Ferrari.

Za dwoma czołowymi zespołami tego weekendu poruszały się dwa Williamsy, które choć do wolnych nie należą, to nie miały możliwości ataku na podium. Zresztą wyniki wyścigu dobitnie świadczą o tym, że główną rolę w Malezji odgrywają bolidy. Oto z przodu Mercedes przemieszany z Ferrari, najpewniej przez problemy Raikkonena, za nimi dwa Williamsy (Bottas przed Massą), następnie dwa Torro Rosso (Verstappen, następnie Sainz) i dwa Red Bulle – tu Kwiat przed Ricciardo, co jest dla mnie zaskoczeniem. Na plus zdecydowanie można odnotować jazdę młodych gniewnych z STR, którzy bez kompleksów walczyli z resztą stawki w dość dorosły sposób, choć pewne grzechy młodości i gorące głowy, czasem biorą górę. Negatywnie zaprezentował się Red Bull, który pierwszy raz od niepamiętnych czasów w wyścigu nie istniał, mało tego tak wyraźnie przegrał ze swoim zespołem „młodszym, uboższym kuzynem”. Lotus i Sauber mimo obiecujących wyników na testach przedsezonowych to zespoły, które można by zwyczajnie pominąć przy opisie wyścigu, gdyby nie to, że jest ich po prostu szkoda. Manor z kolei pojawił się na torze chyba tylko po to, by nie narażać się FIA z kolejnym niewystawieniem żadnego bolidu do wyścigu.

Czas wreszcie na McLaren-Honda. Wynik końcowy jest porażką, choć na przykład Alonso twierdzi co innego. Twierdzi tak, gdyż jest realistą i wie, że cuda są niemożliwe, natomiast nie sposób nie zgodzić się z nim, że tempo wyścigowe było całkiem niezłe, czyli lepsze od Red Bulla i chwilami na poziomie STR. Jak na drugi weekend silnika, który jeszcze na testach nie chciał pracować, można to uznać za spory postęp. Problemem może być limit silników, gdyż obaj kierowcy brytyjskiego zespołu zużyli już po dwa silniki spalinowe Hondy, limit ten ma być jednak zwiększony do pięciu jednostek na sezon.

Internet zatrząsł się od memów naśmiewających się z Alonso. Po części je rozumiem, po części muszę skrytykować ich autorów za niezdolność do obserwowania świata i wyciągania wniosków z tych obserwacji. Niektóre duety po prostu nie grają i tak już jest. Nie grają nawet jeśli tego nie widać. Alonso z Włochami układało się tak dobrze, że mimo braku wyników obie strony wygodnie rozsadzały się w fotelach i jadły sobie z dziubków świeżą paste, ewentualne konflikty rozwiązywało się dodatkowo butelką wina. Gdzieś pogubili sportowego ducha, który czasem budził się w Alonso, ale szybko był obłaskawiany. Tak widzę to teraz, z perspektywy czasu. Druga strona medalu to kryzys personalny głębiej w zespole. Odejście Alonso było jednocześnie kopem dla władz, że to ostatnia chwila do zmian, zanim zespół stoczy się na dno. Hiszpan z kolei musiał coś zmienić, by przestać tkwić w miejscu kolejny rok swojej kariery.

Alonso, o dziwo, pełen optymizmu mimo problemów.

Nasycony tytułami Vettel to wykorzystał i, zakładając czerwony kombinezon, zrealizował marzenie chyba każdego kierowcy wyścigowego. Emocje towarzyszące jeździe dla Ferrari potwierdzają też łzy Niemca na podium. Może coś w tym jest? Może tak już jest, że połączenie niemieckiego kierowcy i włoskiego zespołu, często daje dobre wyniki? Czas pokaże, niezależnie jednak komu kibicujecie dobra forma Ferrari może być zapowiedzią naprawdę ciekawego sezonu, w którym Mercedes będzie mieć godnego rywala.

PS. Na koniec jeszcze garść ciekawych statystyk, bo wyścig w nie obfitował. Jak już wspomniałem Torro Rosso po raz pierwszy od wielu lat finiszowało dwoma bolidami przed całym RBR, konkretnie to od GP Australii w roku 2009 (!). Zwycięstwo Vettela było jego pierwszym od 20 wyścigów, 222. dla Ferrari w całej historii F1, jednocześnie odniesione przez 38. kierowcę, który kiedykolwiek wygrał dla tego teamu. Z kolei Max Verstappen został najmłodszym kierowcą punktującym w F1 mając 17 lat i niecałe 6 miesięcy (!!!). Na koniec rekord smutny dla McLarena. GP Malezji było pierwszym wyścigiem od GP USA 2006, czyli 158 wyścigów temu, w którym żaden kierowca tego zespołu nie został sklasyfikowany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *