F1 Grand Prix Kanady 2018

Klasyczne tory i wyścigi mają do siebie to, że zawsze zapewniają spore emocje, nawet jeśli cały sezon jest dość monotonny. Do kategorii klasyków z pewnością zaliczają się wyścigi na Circuit Gilles Villeneuve, ale czy Grand Prix Kanady 2018 spełniło pokładane w nim oczekiwania?

Od pierwszych treningów mieliśmy pewne zaskoczenie, gdyż w wynikach królowały Red Bulle, a konkretnie Max Verstappen. Tendencja utrzymała się przez wszystkie sesje testowe. Wydawało się, że Ferrari i Mercedes także są niedaleko, a więc w perspektywie był pierwszy wyścig z całą trójką walczącą na równi. Za nimi standardowo plasował się raz to Alonso, innym razem cały zespół Renault, a nawet kierowcy Haasa, który zdawał się tu być w lepszej formie niż ostatnio. Niestety ani drgnęła forma Williamsa, czyli wciąż spoczywa gdzieś na dnie Rowu Mariańskiego.

W kwalifikacjach zdecydowanie negatywnie zaskoczyła forma McLarena, którego kierowcy zajęli 14. i 15. pola startowe. Największym „zaskoczeniem” był chyba jednak wynik Grosjeana, który udział w kwalifikacjach zakończył… w momencie wyjazdu z garażu, kiedy to w towarzystwie widowiskowych kłębów dymu jednostka napędowa w jego bolidzie padła jeszcze w alei serwisowej. Szkoda, bo Magnussen zdobywając 11. pole na prostej startowej pokazał, że Haas naprawdę może wychodzić z kryzysu. Lepiej niż dotychczas prezentowało się też Force India, którego kierowcy walczyli z zespołem Renault o miejsca w drugiej połowie pierwszej dziesiątki. Nie można też zapomnieć o Leclercu, któremu udało się uplasować przed zespołem McLarena, a to już naprawdę wyczyn, którego nikt po Sauberze się nie spodziewał. Sam Charles coraz poważniej wyrasta na młodą gwiazdę F1, pomimo że nie pomaga mu w tym słaby zespół.

Co zaś się tyczy finalnej rozgrywki na szczycie, to niestety poza Vettelem nikt się nie spisał. No może kierowcy Red Bulla dali z siebie wszystko, ale w trybie kwalifikacyjnym Mercedesy i Ferrari pokazały, że wciąż mają więcej asów w rękawie. Swoje asy kwalifikacyjne pogubił chyba Hamilton, który, będąc podobno królem kwalifikacji, tym razem na dwóch kluczowych kółkach w trzeciej części popełnił ten sam błąd, blokując koła na dojeździe do nawrotu. Podobnie Raikkonen, który już seryjnie w tym sezonie popełnia błąd w kluczowym okrążeniu. Tu zepsuł je już na drugim zakręcie. Kwalifikacje wygrał ostatecznie Vettel przed Bottasem i, pokazującym, że „wciąż umie jeździć”, Verstappenem. Hamilton był dopiero czwarty przed Raikkonenem i Ricciardo.

Pierwsze zakręty wyścigu obyły się bez dramatów. Na te nie musieliśmy czekać długo, bo tylko do piątego zakrętu, kiedy to Williams Strolla stracił przyczepność i wpadł w bandę na zewnętrznej, dodatkowo popychając na nią także Toro Rosso Hartleya. Dla obu kierowców był to koniec wyścigu, a zespoły od razu rozpoczęły dyskusję który kierowca jest winny, mimo że jasno było widać coś zupełnie innego. Winę ponosił bowiem bolid Williamsa, który stracił przyczepność w połowie zakrętu. Kierowca nie wykonał żadnego manewru, który mógł spowodować ten uślizg, a samo zdarzenie idealnie wpisuje się w problem, który opisywał Robert Kubica – bolid Williamsa nagle i bez ostrzeżenia traci docisk z dyfuzora i nikt nie wie dlaczego. To wydarzenie wyglądało jak książkowy przykład, z tym że nikt w Williamse tego nie przyzna. Łatwiej tworzyć fikcję i mówić, że (chyba przez działania w równoległym wymiarze) winę ponosi Hartley.

Na torze pojawił się samochód bezpieczeństwa, by uprzątnąć spory bałagan. Kiedy zjechał na pierwszym zakręcie toru doszło do kontaktu Hulkenberga z Perezem, po którym ten drugi chyba tylko cudem uniknął kontaktu z innymi bolidami, wypadając na tor w połowie drugiego zakrętu. Sergio wedle swojej filozofii stwierdził od razu, że Hulkenberg powinien za swój manewr zostać wykluczony z wyścigu. Problem tylko w tym, że Hulkenberg jechał… na wprost swoją linią jazdy, a zahaczył go mijający Perez. Z resztą potwierdzili to sędziowie, którzy nie stwierdzili niczyjej winy. Czasem jednak warto by było, żeby Perez pomyślał zanim się wypowie, chyba, że naprawdę nie pamięta, iż jego wypowiedzi słucha spora część świata.

W boksach dość szybko zameldował się Hamilton. Jak się potem okazało przyczyną takiej strategii były problemy z chłodzeniem, a podczas postoju mechanicy zdjęli specjalne taśmy ograniczające przepływ we wlotach. Dzięki temu problem rozwiązano, ale Lewis prawie od początku był na przegranej pozycji z punktu widzenia taktyki. Tymczasem kierowcy Ferrari swobodnie przedłużali jazdę na ogumieniu jeszcze z kwalifikacji, co Vettelowi udało się niemal do połowy wyścigu. Do tego momentu bez problemu kręcił świetne czasy i budował bezpieczną przewagę nad Bottasem.

Chwilę po etapie zjazdów swój 300. wyścig pechowo zakończył Fernando Alonso, w którego bolidzie nawalił wydech. Jak pokazuje ten sezon, to jednak nie silnik Hondy mógł być największym problemem McLarena, ale jego podwozie, które wbrew zapewnieniom wcale nie jest jednym z najlepszych w stawce, nawet gdy nie ogranicza go jednostka napędowa.

Odpadnięcie Alonso było niestety ostatnią „atrakcją” Grand Prix Kanady 2018. Niby pod koniec Bottas odrabiał stratę do Vettela, ale kierowca Ferrari pokazał na ostatnich okrążeniach, że było to przez niego ściśle kontrolowane i prawdopodobnie po prostu już oszczędzał swój silnik. Niby Hamilton zbliżał się do Ricciardo, ale także i tu do niczego nie doszło.

Koniec końców mieliśmy więc chyba najnudniejszy wyścig w sezonie 2018 i to na torze, który nigdy nie dostarcza nieciekawej rywalizacji. Jeśli tak się stało to tylko oznaka, że dotychczasowe poczynania władz F1 wcale nie rozwiązały kryzysu z brakiem walki na torze, a być może nawet go pogłębiają. Szkoda, bo ten tor zawsze budzi sentyment, szczególnie wśród Polaków – z wiadomych powodów. Z kronikarskiego obowiązku powiem tylko, że wygrał Vettel przed Bottasem i Verstappenem. Dalej uplasowali się Ricciardo, Hamilton i Raikkonen, a dziesiątkę uzupełnił duet Renault, Ocon w Force India i świetny Leclerc, który zapisał na swoim koncie kolejny punkcik osiągając wynik, którego teoretycznie Sauber osiągnąć nie mógł.

Oby jak najmniej takich wyścigów. Rywalizację zakończyło dodatkowo błędne pokazanie flagi w szachownicę o jedno okrążenie za wcześnie. Tyle w temacie. Teraz jednak wybaczcie, ale czas przełączyć się w tryb innego święta motorsportów: Le Mans 24h 😉 .

Dodaj komentarz