Historia prędkości

Historia prędkości to historia ludzkości. Takim oto filozoficznym stwierdzeniem rozpocznę wpis. W sumie jak się tylko chwilę zastanowić, to jest w nim sporo prawdy. Od kiedy tylko zeszliśmy z drzewa szukamy sposobu by wszystko sobie ułatwiać, wykonywać szybciej i lepiej. Podstawowym ograniczeniem zawsze był czas przemieszczania się i choć Internet to częściowo zmienił, to żaden przesył danych nigdy nie zastąpi człowieka. No i te marzenia. Ludzie od zawsze marzą o biciu rekordów, o kosmosie, przemierzaniu go daleko i szybko, o ogromnej adrenalinie. Od kiedy okiełznaliśmy konie, ruszyliśmy koleją, wzbiliśmy się w powietrze, czy zorganizowaliśmy pierwszy wyścig samochodowy na dystansie choćby kilkudziesięciu metrów, zawsze szukaliśmy metody jak robić to jeszcze szybciej.

Właśnie mija 20 lat od ustanowienia w październiku 1997 roku aktualnego rekordu prędkości na lądzie i oczywiście na tej dziedzinie się skupimy. Nie trzeba było bowiem długo czekać od pierwszego pojazdu Carla Benza w 1886 roku, by ludzie całkiem na serio wzięli za osiąganie coraz większych prędkości na kołach. Już w 1902 roku swoje regulacje w tej kategorii wprowadził Francuski Automobilklub. Oczywiście później każdy lokalny klub ustanawiał swoje, odrębne regulacje, aż wreszcie w 1924 roku Międzynarodowe Stowarzyszenie Automobilklubów (AIACR) ustanowiło regulacje dla wszystkich jego członków, mówiące o średniej z dwóch przejazdów w przeciwnych kierunkach, by zniwelować oddziaływanie wiatru, o dozwolonym nachyleniu terenu podczas bicia rekordu, a także choćby o precyzji pomiaru czasu. AIACR dwadzieścia lat później przekształcił się w dobrze już nam znaną FIA i tak oto praktycznie od początków istnienia samochodów mamy oficjalny przebieg ustanowionych rekordów szybkości na lądzie.

Nie zgadniecie, ale wszystko zaczęło się od samochodu… elektrycznego! Tak, tak – pod koniec 1898 roku francuski arystokrata Gaston de Chasseloup-Laubat zabrał swój elektryczny pojazd Jeantaud Duc na równiny pod Paryżem i zmierzył prędkość swojego przejazdu jednego kilometra, która wyniosła 63,15 km/h. Co ciekawe Jeantaud był marką elektrycznych dorożek produkowanych już od 1881 roku. Jak można było się spodziewać, szybko pojawił się ktoś twierdzący, że potrafi pojechać szybciej. Belg Camille Jenatzy rozpędził swój (także elektryczny!) pojazd do 66,66 km/h w tym samym miejscu, zaledwie miesiąc później. Żaden z tych samochodów nie był specjalnie przeznaczony do tego celu, były to zwykłe maszyny użytkowe. Rywalizacja między oboma dżentelmenami rozgorzała na dobre i przez kolejne miesiące rekord prędkości był na przemian przez nich poprawiany, jeszcze trzykrotnie, z użyciem tych samych wehikułów. Wreszcie pod koniec kwietnia 1899 Pan Jenatzy podszedł do sprawy na serio i pod Paryżem pojawił się z pierwszym pojazdem, zbudowanym specjalnie w celu bicia rekordów prędkości. Samochód „La Jamais Contente” dysponował napędem elektrycznym, tak jak jego poprzednicy. Podczas przejazdu rozpędził się do 105,88 km/h, a jego kierowca stał się tym samym pierwszym człowiekiem, który przekroczył magiczną barierę 100 km/h. Był to ostatni Światowy Rekord Szybkości ustanowiony w pojeździe elektrycznym.

Na trzy lata rekordowi dano spokój, aż wreszcie w 1902 roku kolejny Francuz, Léon Serpollet, postanowił pojechać szybciej. Tym razem jednak próba miała miejsce w Nicei, a kierowca zasiadł w parowym, całkiem zwykłym, cywilnym pojeździe pojeździe swojej firmy Gardner-Serpollet. Auto rozpędziło się do 120,8 km/h będąc pierwszym, ale nie ostatnim, pojazdem parowym dzierżącym ten rekord. Raptem kilka miesięcy później do rywalizacji po raz pierwszy włączyli się Amerykanie. Mało tego, po raz pierwszy użyto też samochodu z konwencjonalnym silnikiem spalinowym. William K. Vanderbilt rospędził swojego Morsa Z do 122,438 km/h i rozpoczął nową erę w walce o tytuł najszybszego człowieka na lądzie. Przez kolejne trzy lata rekord był bity dziesięć razy, a ścigali się Francuzi i Belgowie. Poza nimi do rywalizacji włączył się nawet sam Henry Ford ze swoim Fordem 999.

Wreszcie pod koniec 1906 roku Amerykanin Fred Marriott postanowił udowodnić na słynnej Daytona Beach we Florydzie, że kres pojazdów parowych jeszcze nie nadszedł i potrafią one konkurować z samochodami napędzanymi benzyną. Stanley Rocket rozpędził się do 205,44 km/h i po raz pierwszy złamał barierę 200 km/h na lądzie. Co ciekawe, ten oficjalny rekord szybkości pojazdów parowych utrzymał się aż do 2009 roku. Trzy lata później spalinowy Benz No 1 także przekroczył barierę 200 km/h, ale nie pokonał Stanley Rocket. Był to natomiast pierwszy przejazd oficjalnie mierzony z użyciem przyrządów elektrycznych.

Temat rekordu prędkości na kilka lat znów ucichł, aż wreszcie w 1914 rozpoczęła się nowa era – era Brytyjczyków. Lydston Hornsted rozpędził swojego Benza do 199,70 km/h zgodnie z najnowszymi regulaminami, mówiącymi o średniej z dwóch przejazdów w przeciwnych kierunkach. Choć rekord nie był w rękach brytyjskich, to zwrócił on prawdziwą uwagę tej nacji 10 lat później, kiedy Ernest Eldridge rozpędził we Francji swojego Fiata „Mefistofelesa” do 234,98 km/h. Prędkość okazała się tak duża, że zaczęto szukać specjalnych miejsc do bicia kolejnych rekordów, a ten pozostaje po dziś dzień ostatnim oficjalnie pobitym na drodze publicznej. Ziarno zostało już zasiane i zaczęło kiełkować, a kolejni mieszkańcy Wlk. Brytanii ruszyli do boju.

Aż do 1947 roku rekord pozostawał w brytyjskich rękach. Bili się o niego Malcolm Campbell ze swoim słynnym Sunbeam’em, Parry Thomas, Henry Segrave, Ray Keech, który na krótką chwilę wyrwał rekord dla Ameryki, George Eyston i John Cobb z pojazdami serii Railton. W czasie 20 lat „brytyjskiego panowania” rekord został wywindowany do nieco ponad 634 km/h. Standardem stało się rozgrywanie prób na dobrze znanych solniskach w Bonneville, używanych po dziś dzień przez maniaków prędkości. Przez wszystkie te lata do napędzania pojazdów bijących rekord prędkości używano ogromnych silników lotniczych w najróżniejszych konfiguracjach, na przykład dwa silniki V12 Rolls-Royce’a o pojemności 36,7l każdy (!!!) w Thunderbolcie Eystona. Wreszcie, po kolejnych niemal 20 latach zastoju, Amerykanie postanowili zdobyć rekord, kończąc jednocześnie erę konwencjonalnych silników spalinowych w tej kategorii sportu.

W 1963 roku Craig Breedlove rozpędził pojazd Spirit of America do 655,722 km/h, ale jego rekord prędkości nie został uznany. Dlaczego? Po pierwsze Spirit of America poruszał się na trzech kołach, co wedle przepisów kwalifikowało go jako motocykl. Po drugie i zdecydowanie bardziej istotne, samochód napędzany był silnikiem odrzutowym, konkretnie siłą jego odrzutu, a nie przez konwencjonalny silnik przekazujący moc na koła, co także było wbrew obecnym regulaminom. Zamieszanie zrobiło się jeszcze większe, kiedy w 1964 roku Donald Campbell (syn rekordzisty Malcolma Campbella) w samochodzie Bluebird CN7, którego sylwetkę na pewno już gdzieś widzieliście, z turbiną gazową napędzającą koła, ustanowił rekord 648,73 km/h. Ten pojazd spełniał wszelkie regulaminy, więc rekord uznano, lecz Campbell nie krył niezadowolenia z niepobicia osiągnięcia Breedlove’a i sam niezbyt uznawał swój rekord za obowiązujący. W końcu pod koniec ’64 FIA zdecydowała się wyjaśnić sytuację i utworzono nowe klasy, które pozwoliły zalegalizować rekord Spirit of America. Tym razem rozpoczęła się era USA.

Przez następne siedem lat Amerykanie regularnie poprawiali rekord. Podczas spotkań na Bonneville Breedlove ze Spirit of America, Tom Green w Wingfoot Express i Art Arfons w Green Monsterze, regularnie wymieniali się rekordami, które czasem wytrzymywały raptem kilka dni. W końcu w 1970 roku Gary Gabelich postanowił „pomóc” Panom rozstrzygnąć spór i zasiadł za kierownicą samochodu zupełnie nowego typu, bo o napędzie rakietowym. Pojazd Blue Flame stał się pierwszym, który przekroczył na lądzie prędkość 1000 kilometrów i zarazem 1000 mil na godzinę, ustanawiając rekord na poziomie 1014,656 km/h. To skutecznie odstraszyło konkurentów.

Jednak Brytyjczycy nie mogli nie spróbować odbić rekordu, by wreszcie do nich powrócił. Trzynaście lat później, w 1983 roku na Bonnevile pojawił się Richard Noble z odrzutowym samochodem Thrust2. Niestety pogoda nie sprzyjała i po ostatnich opadach powierzchnia solnisk zamieniła się w grząską papkę. Noble znalazł inne miejsce i wraz z zespołem pojechał na oddaloną o 500 kilometrów od Bonneville pustynię Black Rock. Co ciekawe, cały projekt Thrust2 zaczynano z budżetem… 175 funtów. Dopiero zainteresowanie mediów i sponsorzy pozwolili na jego ukończenie. Dziennikarze relacjonujący bicie rekordu w USA nie kryli zdumienia, kiedy jak tylko mechanicy kończyli pracę przy pojeździe, zostawiano go stojącego na pustyni pod najzwyklejszą plandeką.

Sukces nie przyszedł więc łatwo, ale udało się. Podczas przejazdu na pustyni Black Rock Thrust2 osiągnął 1020,406 km/h i ustanowił nowy rekord. Co ciekawe po przejrzeniu i przeliczeniu danych Panowie później stwierdzili, że kilka kilometrów szybciej i samochód oderwałby się od ziemi, a to zakończyłoby się tragedią. Rozochocony Noble nie poprzestał na tym i w głowie miał już bicie kolejnej niewyobrażalnej granicy. Po piętnastu latach powrócił na tą samą pustynię z pojazdem Thrust SSC. Nazwa mówiła wszystko – SSC to skrót od supersonic, czyli naddźwiękowy. Ten samochód, wyposażony w nie jeden, ale dwa potężne turbowentylatorowe silniki odrzutowe (zainteresowanych różnymi rodzajami silników odrzutowych zapraszam na Wiki) miał pobić nie tylko rekord prędkości, ale też po raz pierwszy przekroczyć barierę dźwięku na lądzie. Udało się to w październiku 1997 roku, kiedy za kierownicą (a właściwie sterami) usiadł doświadczony pilot myśliwców Andy Green. Co ciekawe rok wcześniej także Amerykanie próbowali pobić barierę dźwięku na lądzie, ale im się nie udało. Thrust SSC osiągnął natomiast średnią z dwóch przejazdów równą 1223,657 km/h i przekroczył barierę dźwięku rozpędzając się do 1,02 Macha. Huk podobno był tak ogromny, że mieszkańcy miejscowości położonych na granicy pustyni myśleli, że to początek trzęsienia ziemi. Z bicia obu rekordów przez zespół Noble’a są w sieci bogate materiały foto i wideo, do oglądania których zachęcam wszystkich zainteresowanych.

Rekord prędkości Thrust SSC jest wciąż aktualny, ale to wcale nie oznacza, że nikt nie zabiera się za jego bicie. Od 2008 roku nad kolejnym projektem pracuje nie kto inny, jak znów pan Richard Noble. Konstruktorzy Pojazdu Bloodhound SSC (bo tak będzie się nazywał) postanowili sobie bardzo ambitny cel pobicia rekordu prędkości o największą wartość w historii w stosunku do poprzedniego. Zamierzają pojechać ponad 33% szybciej niż Thrust SSC i przekroczyć barierę 1000 mil na godzinę, czyli 1609 km/h! Nie będzie to jednak łatwe i by rozpędził auto potrzebny będzie skomplikowany układ napędowy składający się z silnika turbowentylatorowego z Eurofightera i hybrydowego systemu rakietowego. Silnik odrzutowy rozpędzi pojazd do „marnych” 480 km/h, po których włączy się napęd rakietowy. Co ciekawe, utleniacz zasilający rakietę będzie pompowany przez trzeci silnik, czyli całkiem potężne turbodoładowane V8 Jaguara. Niestety, choć projekt wciąż się rozwija, to jest na tyle skomplikowany, że potrzebuje ogromnych funduszy na realizację, które wciąż są zbierane. Wedle pierwotnych planów jazdy testowe miały mieć miejsce już w 2013 roku, ale na chwilę obecną dopiero niedawno udało się po raz pierwszy odpalić silnik odrzutowy zamontowany już w pojeździe. Niedługo mają odbyć się pierwsze publiczne testy przy małych prędkościach i ze sprawdzeniem działania systemów, a o próbie bicia rekordu mówi się, że nastąpi dopiero w 2019 roku. Warto czekać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *