F1 Grand Prix USA 2017

Wyścig w USA niemal od zawsze jest dla Formuły 1 swoistym wydarzeniem. Najwyższa kategoria sportów motorowych od lat próbuje podbić Amerykę i serca jej mieszkańców. Udaje się to tylko pośrednio. Nowi właściciele F1 zza wielkiej wody z pewnością chcieliby by wyścig w Austin był gwiazdą kalendarza. Czy w obecnym sezonie udało się zbliżyć do tej wizji?

Circuit of the Americas to jeden z bodaj najciekawszych torów wybudowanych w XXI wieku. Być może przyczyną tego jest, że osławiony Hermann Tilke, czyli mistrz torów usypiających kibiców, był tu jedynie pomocnikiem. Za sam projekt odpowiadał natomiast zespół składający się m.in. z motocyklowego mistrza świata z 1993 roku. Mieszanka długich prostych ze sporymi różnicami poziomów i bardzo szybkich łuków premiuje samochody z mocnymi silnikami. Ważna jest też aerodynamika. Dodatkowo tor wybudowano na dość błotnistym i ruchomym terenie przez co, mimo zaledwie kilku lat użytkowania, pojawiają się już na nim wybrzuszenia i nierówności. Kierowcy muszą nauczyć się je omijać, a zawieszenie powinno sobie z nimi radzić.

Opis obiektu mówi wszystko. To idealne warunki dla Mercedesa i niemiecki zespół od początku weekendu pokazywał rywalom, że tym razem nie będzie się bił z samochodem by uzyskać odpowiednie tempo. Hamilton królował we wszystkich treningach, Bottas także spisywał się nie najgorzej pomimo problemów z dogadaniem się z oponami. Za Srebrnymi Strzałami plasowało się Ferrari, niemal na równi z Red Bull Racing. Jak można się było spodziewać, nieźle prezentowały się także inne zespoły z silnikami Mercedesa, czyli Force India i Williams, konkretnie Felipe Massa. Stroll raczej nie błyszczał w żadnym aspekcie.

W kwalifikacjach nie mieliśmy niestety cudownego objawienia Hartley’a, który zastępował Gasly’ego. Tak naprawdę nikt od Nowozelandczyka cudów nie wymagał i wiadomo, że pierwszy start jest raczej zapoznaniem i przystosowaniem. Z resztą prawdopodobnie dostanie także drugą szansę w Meksyku. Do ostatniej części kwalifikacji udało się wejść Alonso i debiutującemu w Renault Carlosowi Sainzowi. Hulkenberg, niestety przez problemy techniczne, w ogóle nie pojawił się na torze w Q2. Ostatecznie czasówka zakończyła się już niemal standardowym zwycięstwem Hamiltona, z nowym rekordem toru. Brytyjczyk na początku kręcił czasy z kolosalną przewagą nad resztą, w tym Ferrari. W ostatnim swoim przejeździe popisał się jednak Sebstian Vettel i wywalczył drugie miejsce startowe, tracąc niecałe 0.3 sekundy do Lewisa. To i tak sporo, ale pokazywało, że Ferrari nie zamierza oddać pola Mercedesowi w wyścigu. Dalej uplasowali się Bottas, Ricciardo, Raikkonen, Verstappen. Temu ostatniemu postanowiono przed wyścigiem wymienić jednostkę napędową, co poskutkowało karą cofnięcia o 10 miejsc na starcie. Jak się później okazało, Max dostał silnik w nowej specyfikacji, o czym nikt nie poinformował Daniela Ricciardo. W Red Bullu zrobiło się znów małe zamieszanie z wewnętrzną komunikacją. Pozwolę sobie tylko przypomnieć przypadek Webbera i zapytać – czy oni naprawdę nie lubią australijskich kierowców?

W niedzielę po odśpiewaniu amerykańskiego hymnu, wybieleniu zębów i zatknięciu każdemu w cztery litery amerykańskiej flagi na maszcie, mogliśmy wreszcie przystąpić do śledzenia rywalizacji. Sam start przebiegł bez incydentów, wykazał się za to Vettel. Startując z pierwszego rzędu i to po brudnej stronie toru, zdołał zrównać się z Hamiltonem, a następnie wykorzystać pozycję na torze i po początkowym nawrocie wyjść na prowadzenie. Zapowiadało się na cięższą przeprawę dla Lewisa. Z tyłu Raikkonen stracił pozycję na rzecz Ocona. Dobrze wystartowali też Massa i Alonso, którzy przesunęli się w górę w klasyfikacji.

Wyścig nie był łatwym otwarciem także dla drugiego z Mercedesów. Tuż za Bottasem podążał Daniel Ricciardo i już na pierwszych okrążeniach mogliśmy podziwiać kilka bardzo odważnych ataków. Szczególnie na pierwszym zakręcie toru Daniel mocno ryzykował atakując z bardzo daleka. Przy jednym z takich ataków przed kraksą uratowała go tylko szybka reakcja Bottasa, który zrobił miejsce dla lecącego niemal na wprost bolidu RBR.  Valtteri ostatecznie jednak obronił swoją pozycję i choć dalej z Ricciardo na plecach, to jechał już bez konieczności odpierania ataków, gdy w Red Bullu opony zaczęły mówić, że mają dość takiej zabawy. Z kolei po 4 okrążeniach zabawę zakończył Hulkenberg, którego problemy z kwalifikacji najwyraźniej przeniosły się też na wyścig. Pozycję na rzecz Ocona odzyskał Raikkonen, a Verstappen z nowym silnikiem szaleńczo przedzierał się do przodu i już po kilku okrążeniach znów był w pierwszej dziesiątce.

Z przodu natomiast sen Vettela powoli się kończył, wraz z rosnącym tempem Hamiltona, który już siedział Ferrari na zderzaku. Przez chwilę mogliśmy oglądać ładną walkę mistrzów świata. Po niej prowadzenie odzyskał Lewis i rozpoczął marsz po zwycięstwo, podczas gdy za nim Sebatian robił wszystko, by utrzymać tempo rywala. Verstappen odrabiał straty w porażającym tempie i był na szóstym miejscu kiedy zjazdy w czołówce rozpoczął Ricciardo, szukając sposobu na jadącego przed nim Bottasa. Na nic to się jednak zdało, bo chwilę później w jego bolidzie doszło do awarii jednostki napędowej. Podobnego manewru podcięcia spróbowało Ferrari z Vettelem. Zjeżdżający później do boksu Hamilton pojawił się na torze koło w koło z Sebastianem, ale udało mu się obronić prowadzenie. Być może gdyby nie błąd kierowcy Ferrari kilka zakrętów wcześniej, objąłby on prowadzenie. Generalnie jednak Lewis był mocno zaskoczony, że Ferrari było na torze tak blisko. Zdecydowanie dalej w stawce swój wyścig właśnie zakończył Alonso po (nie zgadniecie) kolejnej usterce silnika.

Za ścisłą czołówką ładną walkę mieliśmy pomiędzy kierowcami Force India i Sainzem w Renault, który zaliczał niemal wymarzony debiut. Perez bardzo uprzejmie prosił zespół, by pozwolił mu wyprzedzić Ocona, gdyż jak twierdził ten go spowalniał. Po wyczynach w tym sezonie zgody być nie mogło, natomiast Sergio został upomniany, że Ocon dba o opony, czego on nie robi i zaraz mu się przez to skończą. Słowa były niemal prorocze, bo po chwili Francuz zaczął oddalać się od partnera zespołowego, a Carlos Sainz przypuścił udany atak na Pereza i rozpoczął pogoń za kolejnym Force India. Na przedzie ujawniały się powoli strategie liderów. Mercedes i Ferrari z Kimim postanowili przejechać wyścig na jeden pitstop, podczas gdy Verstappen i Vettel szukali swojej szansy, zjeżdżając po nowy komplet opon. Po powrocie tempo mieli szaleńcze i o ile Max naprawdę mógł atakować podium, to Hamilton meldujący o wciąż dobrym stanie opon w jego bolidzie nie pozostawiał złudzeń, że Sebastian dostanie jakąkolwiek szansę ataku.

Pod koniec mieliśmy więc okres dużej ilości ładnej walki na torze. Ocon skutecznie bronił się przed Sainzem podczas kilku widowiskowych akcji. Vettel dogonił Bottasa i przypuścił ładny i zarazem ryzykowny manewr wpychając się po zewnętrznej pierwszego zakrętu pomiędzy Mercedesa, a dublowanego McLarena Vandoorne’a. Należy też wspomnieć, że Fin zdecydowanie nie pokazywał się w USA z dobrej strony i nie dość, że mocno tracił do Hamiltona, to był łatwym celem także dla kierowców innych zespołów. Niedługo później dogonił go również Verstappen i także uporał się z kierowcą Srebrnych Strzał, aczkolwiek potyczka zakończyła się lekkim kontaktem.

Raikkonen zostawił miejsce Vettelowi, który i tak by go wyprzedził dysponując dużo świeższymi oponami. W zamian Sebastian trzymał tempo pozwalające Kimiemu używać DRS do obrony przed atakami Verstappena. Ten, jak poinformował go zespół, miał tylko jedną szansę na atak i walkę o podium na ostatnim okrążeniu. Walka miała miejsce dosłownie dwa zakręty przed metą. Po tym, jak na wyjściu z wcześniejszego łuku Raikkonen przyjął bardzo obronną linię jazdy i gorzej wyszedł w kierunku kolejnej serii zakrętów, Max wykorzystał szansę i wbił się po wewnętrznej, jadąc niemal po sztucznej trawie obok asfaltu. Udało się i Holender wpadł na metę jako trzeci za Vettelem i odnoszącym kolejne pewne zwycięstwo Hamiltonem. Radość nie trwała jednak długo, gdyż sędziowie szybko podjęli decyzję o ukaraniu zawodnika za wyprzedzanie poza torem i Verstappen został wyprowadzony z pokoju oczekujących na wejście na podium, czemu przyglądał się zdezorientowany Kimi, nie do końca rozumiejący co się dzieje.

Kara dla Maxa wzbudziła sporo kontrowersji i słusznie. Czy z punktu widzenia przepisów była słuszna? Tak. Czy działanie sędziów było w takim razie odpowiednie? Niestety nie. Dlaczego? Otóż na tym torze podczas wyścigu i wcześniejszych sesji wielu kierowców ścinało w podobny sposób w tym i w innych miejscach, za co nie zostali ukarani. Niestety winni są sędziowie ze swoją niekonsekwencją bo albo wszyscy, albo nikt. Także w mojej ocenie zawinił tak Verstappen, jak i sędziowie. Max mimo tego i tak pojechał świetny wyścig, za co z resztą został nagrodzony przez kibiców tytułem zawodnika GP.

Tak więc w Ameryce Mercedes został ostatecznie Mistrzem Świata Klasyfikacji Konstruktorów. W sumie tylko to potwierdził. Już w Meksyku tytuł zapewnić może sobie także Hamilton, kończąc de facto sezon, który był tak obiecujący, a który Ferrari (jak zwykle niestety) w dwa weekendy skopało przez głupie błędy, a w trzecim dołożył się sam Vettel. Pozostaje więc śledzić rywalizację do końca i mieć nadzieję, że środek stawki zapewni nam sporo walki. Grand Prix USA się pod tym względem udało i z pewnością będzie zapamiętane jako jeden z najciekawszych wyścigów sezonu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *