F1 Grand Prix Węgier 2017

Tor Hungaroring nie należy do ulubionych torów większości kibiców. Przede wszystkim dlatego, że jego względnie wąska i bardzo kręta pętla nie daje wielu okazji na wyprzedzanie, przez co wiele razy mogliśmy podziwiać tzw. „procesje” na Węgrzech. Ja jednak znajduję się w tej drugiej puli kibiców. Ponad suchą ilość manewrów wyprzedzania zdecydowanie bardziej cenię trudność wykonania takiego manewru i wyzwanie jakie tor stawia kierowcom i samochodom. Tutaj Hungaroring mieni się w zupełnie innych barwach. Wąska i kręta nitka toru z niewielkimi odległościami od band i względnie małymi miejscami pozwalającymi na bezkarne popełnienie błędu. Właściwie jedno miejsce pozwalające na wyprzedzanie z użyciem DRS, a i tu także ów system nie daje takiej przewagi jak na innych torach. Wszystko to wymaga od kierowców największego skupienia i wysiłku, a ciągłe wpadanie z zakrętu w zakręt daje ogromną ilość okazji do popełnienia błędu. Wyprzedzanie nie jest prostym manewrem mijania z użyciem przewagi na prostej, a ciężko przygotowanym przez wiele okrążeń manewrem, wykonanym na granicy ryzyka i bezpieczeństwa.

Jak pokazały też pierwsze treningi przed tegorocznym wyścigiem na Węgrzech – jest to tor zdecydowanie bardziej sprzyjający krótszym autom, nawet z mniejszą mocą silnika, niż potężnym, długim bolidom Mercedesa. Dlatego też od pierwszych sesji nadspodziewanie dobrze spisywały się bolidy Red Bulla i Ferrari. Także tempo McLarena nie wyglądało najgorzej i można było zacząć myśleć o bezpiecznym wyniku w punktach. Niestety słabo prezentowały się Williamsy, a zespołowi nie pomagały problemy zdrowotne Felipe Massy, które z resztą wyeliminowały go z udziału w weekendzie tuż przed kwalifikacjami.

Kwalifikacje rozpoczęły się więc od drobnej sensacji, bo oto za kółkiem bolidu Massy usiadł kierowca rezerwowy teamu – Paul di Resta. Paul nie kierował bolidem F1 od 2013 roku, a więc przed początkiem kwalifikacji mógł się pochwalić mniejszą ilością okrążeń w F1 w ciągu ostatnich czterech lat niż… Robert Kubica, który we wtorek usiądzie w kokpicie tegorocznego bolidu. Di Resta został niemal „za fraki” wyciągnięty ze stanowiska telewizji Sky F1, gdzie pełni rolę komentatora i wepchnięty do kokpitu bolidu. Nie można było więc spodziewać się po nim fajerwerków, a niektórzy wieścili nawet katastrofę. Jednak di Resta spisał się nadspodziewanie dobrze, oczywiście jak na osobę, która przez ostatnie lata nie miała kontaktu z tym sportem. Odpadł w Q1 ze stratą 0.8 sekundy do Strolla, ale zaczynał od kilku sekund i z okrążenia na okrążenie poprawiał się nawet o sekundę, mimo że kompletnie nie znał samochodu i wszystkich jego skomplikowanych systemów. Tymczasem z przodu zaskoczeniem była forma Mercedesa. Srebrne Strzały przyzwyczaiły nas do świetnego tempa na okrążeniu kwalifikacyjnym. Tym razem jednak niesprzyjający tor okazał się przeszkodą nie do pokonania i cały pierwszy rząd wywalczyło Ferrari, z Vettelem na czele. Co ciekawe Raikkonen pluł sobie w brodę, bo przez błąd na okrążeniu pomiarowym prawdopodobnie stracił pole position. Drugi rząd zdobyły Mercedesy, a gorszym z nich okazał się ten kierowany przez Hamiltona! Dalej ustawił się zespół Red Bulla, a za nimi Hulkenberg, który jednak został cofnięty przez wymianę skrzyni biegów, a więc za trzema czołowymi zespołami ustawił się nie kto inny, jak Fernando Alonso w swoim McLarenie. Niejako zgodnie z przewidywaniami gorzej spisywały się za to bolidy Force India.

Podczas startu mogliśmy liczyć na sporo emocji. Długi sprint do pierwszego zakrętu nie przeszkodził kierowcom Ferrari w utrzymaniu swoich pozycji. Swoją stracił za to Lewis Hamilton na rzecz obu bolidów Red Bulla. Z tyłu na dojeździe do T1 jeden z Sauberów przeleciał na zablokowanych kołach całą szerokość toru i chyba tylko cudem zwolnił przed zakrętem na tyle, by nie wpakować się w całą stawkę przed nim. Radość zespołu Red Bulla trwała krótko. Na dojeździe do drugiego zakrętu Ricciardo udało się wysunąć przed Verstappena i ustawić do ataku po zewnętrznej. Max chyba zbyt optymistycznie opóźnił swoje hamowanie, przez co nie zmieścił się po wewnętrznej zakrętu, gdzie sporo miejsca zostawił mu Daniel. Bolid Holendra wyleciał na zewnętrzną i dość mocno uderzył przednim kołem w boczną sekcję auta Ricciardo. Uderzenie wydawało się solidne, ale nie na tyle by wyeliminować Daniela. Obserwatorów spotkało jednak duże zaskoczenie, kiedy zaraz po kontakcie z bolidu zaczął wydobywać się płyn chłodniczy. Ricciardo walczący o przyczepność na oponach zmoczonych cieczą obrócił się niebezpiecznie zakręt później i m.in. dzięki dobrej reakcji Palmera nie skończyło się na potężnej kraksie i wjechaniu połowy stawki w bok bolidu Red Bulla. To był koniec występu Australijczyka, nie muszę chyba dokładnie przekazywać co mówił przez radio o Verstappenie. Na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa. Służby musiały usunąć z toru nie tylko bolid, ale i sporą plamę płynu, który się z niego wylał.

Po restarcie czołówka zaczęła się nieco rozjeżdżać i nawet Hamilton nie był w stanie wyprzedzić trzeciego Verstappena. Za nimi natomiast Alonso bezskutecznie próbował atakować szóstego Carlosa Sainza. Sędziowie z kolei nałożyli aż 10 sekund kary Stop&Go na Maxa, za jego kolizję z Ricciardo. Red Bullowi dostało się więc podwójnie. Trzeba przyznać, że wymiar kary był bardzo surowy, biorąc pod uwagę, że identycznie ukarany został Vettel za wjechanie w Hamiltona w Baku. Serię zjazdów rozpoczął Grosjean, zmuszony do pojawienia się w boksach ze względu na powolny spadek ciśnienia w jednej z opon. Francuz nie powrócił do rywalizacji na długo. Jak się okazało, został wypuszczony ze stanowiska zanim jeden z mechaników zgłosił zakończenie pracy, a miał on problem ze źle nałożoną nakrętką. Romain musiał więc jak najszybciej zatrzymać bolid na poboczu, żeby nie zgubić koła. Tymczasem z przodu Raikkonen zmniejszył stratę do Vettela i zaczął narzekać, że Sebastian go spowalnia. Jak się chwilę później okazało, coś niedobrego zaczynało się dziać z układem kierowniczym w liderującym Ferrari i Vettel musiał skręcać kierownicą w lewo by móc jechać prosto. Auto po prostu ściągało i Niemiec potwierdził, że jest coraz gorzej.

Po 30 z 70 okrążeń rozpoczęły się zjazdy czołówki. Najpierw pojawili się Bottas, a także Stroll. Kierowca Mercedesa stracił nieco czasu w boksach, ale zdołał utrzymać swoją pozycję. Następnie zjechał Hamilton, a okrążenie później Vettel. Na kolejnym okrążeniu w boksach pojawił się także Raikkonen, który nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i twierdził, że opony spokojnie pozwalały mu jeszcze na pozostanie na torze. Potwierdził to z resztą świetnym czasem na okrążeniu zjazdowym, na którym już nie miał przed sobą Vettela. Przy powrocie na tor zabrakło dosłownie 5-10 metrów by znalazł się przed swoim zespołowym kolegą i objął prowadzenie. Tymczasem na czele pozostawał Verstappen, którego strategia zakładała oddalenie się na tyle od reszty stawki, poza Mercedesami i Ferrari, by móc bezpiecznie wykonać zjazd do boksów i odbycie kary, a potem powrócić na tor na piątym miejscu.

Niedługo po czołówce w boksach pojawił się też Carlos Sainz, a z nim zjechał także Alonso podążający od dłuższego czasu jak cień za swoim rywalem. Mechanicy McLarena byli minimalnie szybsi od Toro Rosso, ale nie na tyle by Alonso mógł wyprzedzić przeciwnika. Przy powrocie między kierowcami zachował się status quo, ale niedługo potem Fernando przypuścił wreszcie udany i bardzo ładny atak, po zewnętrznej drugiego zakrętu. Co jeszcze ciekawsze, Hiszpan zaczął się dość szybko oddalać od bolidu Sainza! Tymczasem z przodu kłopoty Vettela rodziły problemy dla całego Ferrari, ale też szanse dla Mercedesa. Walczący z układem kierowniczym Sebastian spowalniał Raikkonena, który z kolei nie mógł go wyprzedzić, a miał do tego tempo i odpowiednią motywację. Z tyłu zbliżał się team Mercedesa z Hamiltonem na czele. Bottas przepuścił go z obietnicą, że jeśli Lewisowi nie uda się wyprzedzić Ferrari, to Fin odzyska swoje trzecie miejsce. Warto przy tym zauważyć, że Valtteri przeprowadził cały manewr dość nieudolnie, tracąc przy tym samemu sporo czasu.

Przez ostatnie kilkanaście okrążeń mogliśmy więc oglądać na torze pociąg dwóch Ferrari i dwóch podążających za nimi Mercedesów. Tempo Vettela było tak słabe, że do czwartego Bottasa w zastraszającym tempie zbliżał się Verstappen. Veltteri został upomniany, że by ewentualnie Lewis mógł mu oddać trzecie miejsce, musi się trzymać blisko niego. Tymczasem Fin nie tylko tracił, ale musiał zacząć realnie myśleć o utrzymaniu swojej lokaty. Niezadowolenie Kimiego i wysiłki Hamiltona zdały się na nic. Vettel utrzymał swoją lokatę, choć Raikkonen kilka razy był już w strefie DRS, ale nie należało się spodziewać, że podejmie próbę ataku. Z kolei Hamilton tylko raz lub dwa zbliżył się na odległość sekundy do Raikkonena, ale nawet to mu nie pomogło na tyle, by mógł myśleć o ataku.

Kiedy wydawało się już, że znamy wyniki wyścigu, Lewis Hamilton w ostatnim zakręcie przepuścił, zgodnie z obietnicą, Bottasa. Zrobił to na tyle umiejętnie, że utrzymał czwartą pozycję, mimo jadącego sekundę za Finem Verstappena. Brytyjskie media od razu ochrzciły Hamiltona nieomal Jezusem fair play. Prawda jest jednak nieco inna. Po pierwsze Lewis musiał nieco ocieplić swój wizerunek, po tym jak podpadł fanom w Wlk. Brytanii, kiedy to nie pojawił się na wielkim show organizowanym przez F1. Po drugie oczywiście racją jest, że na koniec sezonu te trzy punkty oddane Bottasowi mogą być rozstrzygające, ALE jeszcze bardziej rozstrzygające mogą być punkty za pierwsze miejsce. Między lokatami 3-4 są trzy punkty różnicy, a między 1-2 już siedem. Warto to pamiętać. Przed nami przecież sporo wyścigów, gdzie to Mercedes może królować – Meksyk, Monza, Malezja, USA. Zyskując jeszcze większe uszanowanie u kolegi z zespołu, mógł zagrać też nieco psychologicznie i zyskać mocnego sojusznika w walce o tytuł. Nie to by Bottas kiedykolwiek mu w tym przeszkadzał. Należy jednak pamiętać, że „jezusowanie” Lewisa to mocna przesada, w końcu podobne manewry robił też Michael Schumacher np. w 2002 roku w USA, kiedy oddał zwycięstwo Barrichello.

Na metę pierwszy wpadł więc Vettel przed Raikkonenem. Podium uzupełnił Bottas przed Hamiltonem. Verstappen zajął piąte miejsce, ale radości w RBR nie było, gdyż oczekiwania i możliwości były w Węgrzech znacznie większe, poza tym została jeszcze do rozwiązania kwestia kolizji między kierowcami. Za nimi natomiast rzecz niesamowita, czyli McLaren Alonso, który nie dość, że wytrzymał cały wyścig, to jeszcze finiszował w punktach. Z resztą oba McLareny mogły pochwalić się zdobyczą punktową, gdyż Vandoorne ukończył wyścig na dziesiątym miejscu. Całkiem nieźle wyścig zakończył się dla obu bolidów Force India, które znalazły się w punktach.

Teraz F1 udaje się na przerwę wakacyjną. Z resztą powyższe zdjęcie najlepiej to podsumowuje, a wielki malunek z wykorzystaniem słynnego mema z Alonso był przez wszystkich witany z uśmiechem, jak widać także przez samego zainteresowanego. Kolejny wyścig będzie rozegrany na legendarnym Spa i co się tam wydarzy, tego nie wie pewnie nikt. No, może poza spodziewaną standardową zwyżką formy Force India. Dla nas jednak najważniejsze będzie działo się jutro, czyli testy Roberta Kubicy w tegorocznym bolidzie, z oficjalnymi czasami umożliwiającymi porównanie do innych zawodników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *