Ruch poSUVisto-zwrotny

Współczesny rynek konsumencki to doprawdy kopalnia wiedzy o wadach i zaletach naszej nowoczesnej cywilizacji, gdzie z jednej strony mamy pełen wybór, a z drugiej to tak naprawdę potężne korporacje narzucają nam trendy i sztucznie kreują potrzeby klientów, by móc je później zaspokajać.

Pozwólcie, że posłużę się przykładem z branży elektronicznej. Wiele lat temu wymyślono pierwsze komputery, zajmujące czasem niejeden pokój. Potem w ramach miniaturyzacji dostaliśmy komputery osobiste, mieszczące się na biurku w każdym mieszkaniu. Następnie ktoś wpadł na pomysł, że dobrze jest mieć komputer przy sobie, więc wymyślono laptopy. Potem ktoś zauważył, że sporej rzeszy osób wystarczy jeszcze mniejszy komputer o nieco ograniczonych możliwościach, ale nie zmuszający ich do noszenia kilku kilogramów w plecaku. Powstał palmtop. W tym momencie „akcja się zagęszcza”. Ktoś bowiem wpadł na pomysł, że zaoferuje klientom mniejszego laptopa, który nie ma funkcjonalności dużego, ale nie ma też zalet palmtopa, czyli możliwości noszenia w kieszeni. Zamiast jednak nazwać to po prostu mniejszym laptopem, utworzono nowy segment – notebooków. Dziś wiemy już, że to kicha i pic na wodę, bo to po prostu laptop z włożonymi najtańszymi komponentami, nieraz identycznymi jak we współczesnych smartfonach. No ale się sprzedało. Jednocześnie zaczęła się rodzić branża smartfonów, czyli… palmtopów z funkcją dzwonienia. Smartfony oczywiście wyparły swojego poprzednika, ale to, co zaczęło się dziać potem, jest już prawdziwą machlojką. Oto smartfony zaczęły rosnąć i zyskiwać funkcjonalność komputerów by pokazać, że mogą je zastąpić. Ktoś jednak stwierdził, że niech sobie smartfony rosną choć już i tak są nieporęczne, ale klienci je kupują, my natomiast wciśniemy im inny produkt bez funkcji dzwonienia, mówiąc że tylko on jest w stanie naprawdę zastąpić mały komputer – niech nazywa się tablet. Potem ktoś jednak pomyślał, że ten tablet to niewiele większy od netbooka czyli laptopa, więc zrobimy genialny, nowy i odkrywczy produkt, czyli… laptopa z tabletu z dołączaną klawiaturą! Jakby tego było mało, w tym samym czasie laptopy rosły, tak jak ich ceny i teraz możemy dostać albo laptopy… stacjonarne (ke?!) albo tak dobrze wyposażone, że możecie złożyć identyczny komputer stacjonarny za kilka tysięcy mniej. No ale klienci kupują. Mało tego! Jeszcze ktoś wpadł na pomysł, że „teraz to im naprawdę udowodnimy czego potrzebują” i mówiąc klientom, że tablet to głupota, bo nie dzwoni, a smartfon głupota, bo nie sprawdza się jako urządzenie wielofunkcyjne, wyprodukowali phablet, czyli telefon o komicznych rozmiarach. Tak więc w ciągu ostatnich zaledwie 10, może 15 lat rynek zapełnił się urządzeniami robiącymi to samo i się wykluczającymi, a ich głównym celem jest po prostu zarabianie pieniędzy i windowanie cen.

Ten przydługi przykład ma niestety (lub stety, jeśli ktoś lubi być mamiony) swoje odzwierciedlenie w branży motoryzacyjnej. Koronnym przykładem są SUVy. Auta terenowe w Europie były w większości hobby albo potrzebą zawodową, dlatego było ich niewiele. W USA natomiast jeszcze pół wieku temu takie samochody były dla niektórych koniecznością żeby chociaż dojechać po nieutwardzonych drogach do najbliższego sklepu oddalonego o 80 mil. Stąd ogromna popularność pickupów, czyli po prostu wołów roboczych. Nie bez powodu też im starszy samochód widzicie, tym ma on pewnie większy prześwit. Po prostu kiedyś dróg nieutwardzonych było o wiele więcej, ale z czasem asfaltu przybywało, a więc i samochody wyposażano w coraz niższe zawieszenie. Ba! Wysokość nadwozia nad asfaltem ma niebagatelny wpływ na opory aerodynamiczne, a więc i na spalanie. Generalnie im niżej tym lepiej. Auta wiszą więc niżej, ale szuka się balansu pomiędzy techniką a ergonomią. Dlatego samochody miejskie mają nieco większy prześwit by radzić sobie z krawężnikami, z tego powodu wymyślono VANy i drzwi przesuwne, by wygodniej i szybko wsiadać i nie walczyć z brakiem miejsca na parkingu, żeby uchylić drzwi, mimo iż takie rozwiązanie jest ciężkie i definiuje kształt nadwozia. Wszystko miało swój powód. Tak jak i to, że gdzieś w drugiej połowie minionego wieku ktoś w Stanach wpadł na to, że owszem, można żyć w oddali od cywilizacji, ale można być majętnym i chcieć otaczać się luksusem. Powstały pierwsze auta terenowe wyższej klasy. Nie trzeba było czekać długo, aż pomysł podłapano w Europie, z resztą była dla niego nisza. Oto brytyjscy lordowie jeżdżący na polowania i objeżdżający swoje włości, potrzebowali odpowiedniego auta dla tego zadania i statusu właściciela. Powstał pierwszy Range Rover.

Wtedy stało się coś dziwnego. Na całym świecie SUV nie był już ciężarówką (ang. truck) za zabudową osobową, ale stał się synonimem luksusu. Nie bez powodu z resztą. Mimo nieskomplikowanej konstrukcji, koncerny lansowały takie postrzeganie aut i miały z tego konkretne profity. W USA pod koniec lat ’90 Ford ledwo mógł wyjść „na zero” na Focusie, podczas gdy SUVy sprzedawał z zyskiem niemal 20 tysięcy $. Można? Potężne kampanie reklamowe nie tylko ukształtowały SUVy jako te wygodne do wsiadania i dostojnej jazdy, ale nawet (ło matko jedyna) jako auta o zacięciu sportowym! Nie obyło się bez ofiar oczywiście. Przecież już były samochody świetnie spełniające rolę wygodnych, rodzinnych aut na co dzień – VANy. Znów jednak klienci już to znali i zmiana stereotypu postrzegania takiego auta jako dla nudnego tatusia była trudniejsza i bardziej kosztowna, niż wykreowanie nowej klasy od zera. Innymi słowy na SUVie łatwiej było zarobić.

Pół biedy jednak, gdyby klienci kupowali prawdziwe SUVy, z których jeszcze by odpowiednio korzystali. To by było za proste. Po tym jak firmy przekonały użytkowników, że potrzebują wysoko zawieszonego auta 4×4, klasa zaczęła się starzeć, a rosła konkurencja. Innymi słowy znów i na SUVach coraz trudniej jest zarobić. Co należało zrobić? Ano zacząć sprzedawać klientom normalne samochody na standardowej płycie podłogowej, o nieco podniesionym zawieszeniu. Jednocześnie zrezygnowano z napędu 4×4, bo jak wszyscy zdawali sobie sprawę  i tak nikt go nie potrzebował. Znaleźliśmy się więc w końcu w obecnych czasach, kiedy SUVy w 95% nie mają nic wspólnego z autami terenowymi. To raczej typowe napompowane osobówki z wyższym zawieszeniem. Jednocześnie VANy niemal wymarły, ale rynek nie znosi próżni, pamiętajmy o tym. Przecież już w Europie jest bardzo mocny rynek uterenowionych kombi, z resztą głównie od tych luksusowych marek. Znów mamy sytuację, kiedy klient myśli, że jest mądrzejszy, bo nie kupi tego wielkiego niepotrzebnego SUVa, ale niżej zawieszone kombi o równie wygodnej kabinie, które może sobie podnieść i przejechać przez zaspę. Tylko czekać aż kombi zaczną rosnąć i powstaną… vany. Może kombi-vany? Coś pewnie się stanie, bo pamiętajcie – interes musi się kręcić.

Innym banalnym przykładem są silniki w naszych samochodach. Dwadzieścia lat temu wypromowany boom na silniki diesla właściwie nie dawał innego logicznego wyboru poza ropniakiem. Od dziesięciu lat okazało się, że jednak benzyniaki (znów) nie są takie złe. Od kilku lat natomiast benzynę się tempi, a diesle dobija aferami, a przecież każdy wiedział jak uzyskiwane są wyniki na testach. Nowe musi się sprzedać. Nowe czyli hybrydy i elektryki. Ludzi trzeba zniechęcić, ludzi trzeba zachęcić. Popchnąć w odpowiednim kierunku.

Wracając do SUVów, żeby dać wam do myślenia. Wejdźcie sobie na stronę VW, czyli jednej z ostatnich marek jeszcze zajmującej się segmentem tak VANów, jak i SUVów. Sharan w full opcji z najmocniejszym dostępnym silnikiem i napędem na cztery koła to bodaj 167 tysięcy. Touareg o zupełnie podstawowym wyposażeniu zaczyna się od 236 tysięcy. Jasne, że ma większy silnik, ale to praktycznie jedyna różnica na korzyść. Tak się robi biznes proszę Państwa.

Dodajmy do tego fakt, iż tak naprawdę 99% użytkowników napędu 4×4 w rzeczywistości go nie potrzebuje. Widziałem Golfa III bez problemu śmigającego przez zabłocone mazurskie pola. Sam przejeżdżałem miejskim autkiem przez błoto sięgające niemal pod progi. Jak ktoś chce jeździć po terenie to prawdopodobnie wystarczy mu wymiana opon. Zda egzamin, a wyjdzie sporo taniej niż kupno samochodu. Ten 1% to ludzie, którym zdarzy się przejeżdżać przez Austrię podczas tygodniowej śnieżycy albo ciągnąc wielką przyczepę kempingową przez pole namiotowe podczas jesiennej pluchy.

Dlatego choć nie ukrywam, że naprawdę podobają mi się auta takie jak Porsche Macan, Audi A6 Allroad i inne, to jeśli kiedykolwiek stanę albo wy staniecie przed wyborem odnośnie kupna SUVa, czy innego dziwadła – pomyślmy. Może ktoś nas najnormalniej w świecie robi w konia i wciska coś niepotrzebnego, a może po prostu nie mamy wyboru i musimy kupić to co jest obecnie na rynku, ale choć zdając sobie sprawę z sytuacji. To jednak klient kupuje i choć w coraz mniejszym stopniu, to on wciąż kształtuje rynek.

One thought on “Ruch poSUVisto-zwrotny

  • Sierpień 8, 2017 at 12:38 pm
    Permalink

    Fiesta na Offroadzie jaki rarytas 😀 a tak na serio… każde moje auto to SUV i chyba już na osobówkę nie przerzucę. Taki komfort jazdy.

    Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: