F1 Grand Prix Australii 2017

Rozpoczęcie sezonu 2017 za pasem! Choć na gigantyczną niespodziankę nie można było liczyć, to jednak Ferrari udało się wykorzystać sytuację i nieco odmienić oblicze rozpoczęcia sezonu, w stosunku do tego co znaliśmy z minionych lat. Tak naprawdę jednak tego, co działo się na torze, przesłanki mieliśmy już podczas testów i szczerze mówiąc, nie wygląda to zbyt wesoło jeśli chodzi o ilość walki na torze. Nie jestem przy tym zwolennikiem teorii, że jest to wina nowych przepisów.

Od początku jednak. Już pierwsze testy rozwiały wszelkie wątpliwości tych, którzy tkwili przy nadziei, że Mercedes coś skopie i spadnie z pozycji lidera lub choć nie będzie dystansował reszty stawki. Srebrne Strzały utrzymały się na czele, dalej dystansując całą stawkę. Jedynym zespołem stawiającym im czoła, a nawet próbującym udowodnić, że jest szybszy od Mistrzów Świata, było Ferrari. Niestety nawet Red Bull nie zdradzał oznak skrócenia dystansu do liderującego teamu, a wręcz strata byków wydawała się większa. Resztę stawki można niestety rozpatrywać w kryterium, że… no jest. Walka jest poza ich zasięgiem, mogą przepychać się tylko między sobą. Na oddzielne zdanie zasługuje tylko McLaren, który jeśli wcześniej był na dnie, to teraz wykopał sobie jeszcze w nim głęboki dołek.

Treningi przed inauguracją sezonu wyglądały identycznie. Mercedes nie pozostawiał złudzeń kto tu rządzi. Nawet debiutujący w nowych barwach Bottas nie miał problemów z wykręcaniem czasów nieosiągalnych dla reszty stawki. To świadczy, swoją drogą, o tym jak ważny stał się w F1 sprzęt względem umiejętności kierowcy oraz jak daleko przed innymi są Merce. Dalej, także dość standardowo, plasowało się Ferrari, Red Bulle i… Romain Grosjean. Warty jest oddzielnego słowa, gdyż świetnie spisywał się za kierownicą swojego Haasa przez cały weekend. Pozostaje jeszcze kwestia Pascala Wehrleina, który wycofał się z udziału w GP po treningach, z obawy o to, że nie wystarczy mu zdrowia na ukończenie wyścigu. Z jednej strony to dowód jak wymagające są nowe samochody, z drugiej dość dziwny powód, troszkę trącący niekompetencją i to pomimo kraksy Pascala w Race of Champions. Swoją drogą skrajnie idiotycznej. Zastąpił go trzeci kierowca Ferrari – Antonio Giovinazzi.

McLaren zdecydowanie nie błyszczał w ten weekend…

Kwalifikacje potwierdziły to, co wszyscy już wiedzieli. Kolejne Pole Position dla duetu Mercedes – Hamilton. Jednak drugie miejsce dla Vettela i to po okrążeniu, które sam Sebastian uznał za średnie, dawało nadzieję na to, że Lewis nie pojedzie spacerkiem po kolejną wygraną. Trzeci był Bottas, dalej Raikkonen, Verstappen i znów dokonujący cudów Grosjean. Nieźle pokazał się też Giovinazzi, który, mimo całkiem niespodziewanej i pojawiającej się w ostatniej chwili szansy na debiut. tylko minimalnie ustąpił swojemu partnerowi z zespołu plasując się na 16. pozycji za Ericssonem.

Pierwsze wyścigi sezonu rządzą się swoimi prawami. Najwięksi faworyci mogą odpaść, najsłabsze zespoły mogą wygrywać. Nie tym razem jednak. To GP Australii miało zdecydowanie bardziej przebieg wyścigu typowy dla już ustawionej stawki, gdzie każdy zna swoje miejsce. Nawet start był nader spokojny i bez żadnych incydentów. Pomijając usterkę w samochodzie Ricciardo, która zepsuła mu wyścig i pozwoliła jedynie przejechać go jako testowy. Mieliśmy też dodatkowe okrążenie formujące ze względu na błędne wskazania sędziów co do gotowości bolidów do startu. Tempo kwalifikacyjne było tak podobne do wyścigowego, że sesje eliminacyjne idealnie oddały układ stawki w wyścigu. Przez to od samego startu nie widzieliśmy zaciętej walki i wielu prób wyprzedzania, gdyż praktycznie każdy był już ustawiony w stawce tam, gdzie powinien być i po rozpoczęciu jedynie podążał w swoim tempie do mety, a w całej stawce powiększały się odstępy pomiędzy poszczególnymi zawodnikami. Jedyne bardziej dynamiczne zdarzenie na torze przed pit stopami to kraksa (na szczęście niegroźna) Magnussena i Ericssona.

Lewis był szybki, ale wyścig rządzi się swoimi prawami

Dalej, do pierwszej serii zjazdów nie działo się niemal nic, jeśli mówimy o zmianach pozycji na torze. Vettel, o dziwo, gonił Hamiltona i nie pozwalał mu na oddalenie się i budowanie bezpiecznej przewagi, jak to bywało w wyścigach minionych sezonów. Z wyścigu po kilkunastu okrążeniach musiał wycofać się świetnie jadący Grosjean, czemu winna była usterka silnika.

Kiedy wydawało się, że na zaskoczenie nie ma miejsca, Mercedes popełnił dość poważny błąd taktyczny ściągając Hamiltona na pierwszy pitstop. Panowie nie docenili siły nowych bolidów, prędkości Red Bulla lub po prostu coś poszło nie tak i Lewis po powrocie na tor nie był przez chwilę nawet blisko wyprzedzenia jadącego Verstappena, który jeszcze czekał na swój pierwszy pitstop. To wystarczyło Ferrari, które ściągnęło Vettela do boksów chwilę później, by mieli czas na wyrobienie przewagi. Dodać do tego dobrą pracę mechaników w boksach i Sebastian pojawił się na torze przed Hamiltonem. Zaskoczenie w garażu Mercedesa było potężne.

Tak wyścig zakończył Ricciardo

Jak czas pokazał, Hamilton wcale nie był w stanie minimalizować straty do Ferrari. Mało tego nawet tracił coraz więcej. Nie poszczęściło się też Danielowi Ricciardo, który i tak zepsuty już swój domowy wyścig zakończył przedwcześnie przez usterkę bolidu.

Iiii….. to by było na tyle. Nic więcej w otwarciu sezonu się nie wydarzyło. Naprawdę. Chyba, że odznaczymy niemal typowe już DNF Alonso, w wyniku usterki jednostki napędowej Hondy oczywiście. Wygrał Vettel, przed duetem Mercedesa i czwartym Raikkonenem. Świetnym debiutem popisał się też 12. Giovinazzi. Choć na pewno odpadnięcie przez usterki wielu rywali mu pomogło, to szczerze mówiąc nie widzę powodu, by zamieniać go kiedykolwiek znów na Wehrleina.

Alonso vs Ocon vs Hulkenberg

Tak właśnie wyglądało otwarcie sezonu F1 2017. Choć dominacja Mercedesa została chwilowo przełamana, to szczerze mówiąc było to jedno z najnudniejszych otwarć jakie widziałem oraz najbardziej monotonnych wyścigów w ogóle.

Radość wielka bo i dawno nie było zwycięstwa dla Ferrari

Co będzie dalej? Zobaczymy. Doświadczenie uczy, że po pierwszym wyścigu nie wiemy nic. Boję się jednak, że po tym wiemy bardzo dużo jeśli chodzi o układ stawki. Nie zgodzę się natomiast ze stwierdzeniem, że mało manewrów wyprzedzania zawdzięczamy nowej specyfikacji technicznej bolidów. Raczej to wina niezmiennego układu sił w stawce. Z drugiej strony, jakby jeszcze dodać do obecnych przejazdów dźwięk ryczących silników, no przynajmniej V8, to pewnie oglądałoby się to dużo lepiej nawet bez wyprzedzania…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *