Przepisy, kultura, czy po prostu taki mamy klimat?

Temat, który poruszam chyba minimum raz na rok, czyli kwestia kultury i stylu jazdy polskich kierowców. Poczucie niezadowolenia powróciło już na początku tego roku ze zwielokrotnioną siłą po wycieczcie samochodowej na zagraniczne stoki. Tak to chyba jest, że jak człowiek zazna nieco innego świata i sobie przypomni, że można inaczej, to irytacja po przekroczeniu polskiej granicy zdecydowanie się nasila. Niestety jazda po Polsce jest tym najmniej przyjemnym etapem zagranicznych wojaży drogowych.

I nie – nie jest to „marzenie o byciu zachodem Europy” ani uwielbienie Niemców, czy innych nacji europejskich. Nie jest to też brak dumy z bycia Polakiem, choć za granicą często ogarnia mnie wstyd za rodaków. Po prostu. Zdaje się, że jako naród jesteśmy w dużej części niedokształconymi bucami, chamami i prostakami, z przeświadczeniem o własnej wielkości, a warunki prowadzenia pojazdu tylko wspomagają i uwypuklają okazywane za kółkiem zachowania.

Zacznę delikatnie, od tematu nieraz przeze mnie już poruszanego, czyli nieumiejętności jazdy po skrzyżowaniach z ruchem okrężnym. Ja wiem, że wsiadając za kierownicę od razu każdy ma +100000 do bycia wszechwiedzącym i nieomylnym, ale kurde, jak się już kiedyś człowieku pofatygowałeś by zrobić to prawo jazdy i najwyraźniej nie było wtedy wielu rond w Polsce, to może warto poświęcić nieco swojego honoru i zajrzeć do przepisów, by uświadomić sobie, że na rondach z więcej niż jednym pasem, ten prawy NIE służy do skręcania w lewo i zawracania. Mało tego nie zmieni tego nawet użycie kierunkowskazu! Niesamowite prawda?! Nie zmienią także tego niechlujnie napisane przepisy o ruchu drogowym, wedle których policjant powie, że główną winę za wypadek ponosisz nie ty, ale osoba zjeżdżająca ze środkowego pasa, której wbiłeś się w bok. Nie zmieni tego nawet (!!!) twój status taksówkarza z 30-letnim stażem. W dalszym ciągu nie potrafisz jeździć po rondzie. Kropka. Powyższe informacje, patrząc po tym co dzieje się na drogach, mogą być dla niektórych szokujące. Jeśli tak jest, to proponuję zrobić przerwę, napić się wody, ochłonąć, poukładać w głowie i dopiero wracać do czytania, gdyż będzie tylko gorzej.

Zamaskowany fabryczny prototyp SUVa na austriackich drogach

Lewy pas. Mityczny, legendarny. Ten dla wybranych, najszybszych i najlepszych. Ten dla szybkich na tyle, że nie muszą zerkać w lusterka, bo to inni muszą uważać na nich. Okazuje się, że nie! Jednak wcale nie służy do tego! Polska jest fenomenem na skalę światową. To jedyny kraj, w którym lewy pas jest najbardziej zatłoczonym. To jedyny kraj, w którym wszyscy potrafią jechać lewym, nawet jeśli na prawym, a czasem na prawym ORAZ środkowym, nie ma ani jednego pojazdu. Może mamona uderzyła rodakom do głowy i mamy tak wielkie samochody, tak szerokie, że boimy się jechać po prawej stronie, bo nie wiemy jak blisko pobocza jesteśmy? Może mamy cywilizacyjny niedowład prawej ręki i przez lewą silniejszą ciągle większość kierowców ściąga w lewo? No kurde nie wiem, po prostu nie wiem. Jazda prawym i środkowym pasem nie jest ujmą na honorze. Ba! Właściwie niczym nie różni się od jazdy po lewej stronie! Niesamowite, ale w rzeczywistości tak jest (sprawdziłem)! Mało tego, nawet przepisy o ruchu drogowym stanowią, że powinniśmy zająć prawy pas JEŚLI TYLKO jest wolny.

Skoro już przy lewym pasie jesteśmy, to warto też wspomnieć o najnowszym odkryciu amerykańskich naukowców. Okazało się bowiem, że światła drogowe (aka długie) jednak nie zostały wynalezione, do zganiania z drogi innych użytkowników ruchu drogowego! Ta rewelacja może wywołać szczególnie głęboki szok i stany lękowe u właścicieli wszystkich firmowych Passeratti i BMW. Jeśli więc imbecylu znów dojedziesz do mnie na 10 centymetrów do zderzaka przy 140km/h i będziesz mi błyskach długimi, kiedy widzisz, że mijam właśnie dwa TIRy jadące po prawym pasie, ale żyjesz w przekonaniu, że droga jest tylko dla Ciebie i inni nie jadący 180 km/h mają obowiązek Ci ustąpić, to WYSIL swój malutki zderzacz hadronów i pozwól mu na przebłysk inteligencji, że nie mam gdzie uskoczyć, skoro mijam inne samochody, nawet jeśli bym chciał Cię puścić, żebyś zabił tylko siebie, nie zabierając przy tym innych uczestników ruchu drogowego.

Morze, relaks, urlop… czemu tak nie może być?

Właśnie. Dojeżdżanie do zderzaka. Na tym punkcie jestem szczególnie wyczulony. Świetna widoczność wsteczna w moim samochodzie, pozwala na dobrą ocenę odstępu z tyłu, w dodatku znam osobę z urazem szyi od takiego uderzenia właśnie z tyłu. Okazuje się bowiem, że wystarczy bardzo mała różnica prędkości, by nabawić się ciężkiej kontuzji kręgosłupa. Pomóc mogą jedynie idealnie ustawione zagłówki i oparta o nie w trakcie uderzenia głowa. Ciekawe ile osób ma tak ustawione zagłówki i non stop, w razie uderzenia, opartą o nie głowę. Myślę, że to jednocyfrowy procent. Tym bardziej więc jazda z prędkościami przekraczającymi 100 km/h w odległości metra, dwóch od poprzedzającego samochodu jest skrajnym debilizmem. Wystarczy pomyśleć, co by się stało, gdyby pierwsze auto musiało przyhamować. Ba! Nie musi nawet hamować, wystarczy, że kierowca z przodu zdejmie akurat nogę z gazu, podczas gdy ten z tyłu depnie. Przy tej prędkości i odległości to są milisekundy. No ale przecież ten z tyłu uważa się za nadczłowieka, więc co to dla niego.

Wszystko to generalnie składa się na obraz Polaków jako drogowych prostaków ze skrajnym nieposzanowaniem dla przepisów, a także zdrowia i życia innych uczestników ruchu. Świetnie to widać w miastach. Jako że na co dzień poruszam się po Stolicy, która jest pięknym przekrojem naszego społeczeństwa, bo w 90% składa się z przyjezdnych (nie to, żeby „rodowici” Warszawiacy jeździli lepiej), na co dzień mierzę się też z narodową głupotą na drodze. Wpychanie się, objeżdżanie korka na pasie do skrętu przed skrzyżowaniem i nagłe skręcanie potem już na środku tegoż skrzyżowania. Teksty (od Pana taksówkarza) typu „ja tu pracuję, więc mi wolno”. Rozmowa przez telefon, nie warta już jest nawet wspominania, teraz moimi idolami są ludzie czytający w czasie jazdy książki / ebooki (jacy wykształceni!), ale również Pan jadący główną arterią Warszawy z rozłożoną na desce rozdzielczej wielką mapą oraz Pani w nowym XC90 robiąca sobie pełny makijaż, przez co jechała ze środkowego pasa szlaczkiem, zachodząc aż na lewy i prawy, blokując przy tym wszystkie trzy, gdyż nikt oczywiście nawet nie próbował jej mijać.

Za granicą jest inaczej. Oczywiście uogólniam, ale zdecydowana większość takich na przykład Niemców, czy Austriaków, jak widzi ograniczenie, to się go trzyma. Do bólu wręcz, nie przekraczając prędkości do ostatnich centymetrów przed znakiem. Dopiero po jego minięciu, następuje kopnięcie w gaz i najnowsze A6 Allroad znika za horyzontem. Ludzie sobie pomagają na drodze, wreszcie szanują siebie. Kiedy ktoś wyprzedza na autostradzie lewym pasem, zerka w lusterko, czy inny się nie zbliża, żeby móc mu szybko ustąpić drogi i nie zmuszać do ostrego hamowania. Z kolei tamten widzi, że przed nim ktoś wyprzedza kolumnę wolniejszych samochodów i także puszcza gaz by dać mu czas.

W Grecji przepisami się nie przejmują, ale nie ma ciśnienia na drodze.

Żeby sprawiedliwości stało się za dość wina nie leży jedynie po stronie kierowców, ale także równie durnych władz odpowiedzialnych za naszą infrastrukturę drogową. Pomijając już kwestię autostrad zbudowanych po części za państwowe (czyli nasze) pieniądze, a potem oddanych pod opiekę prywatnemu zarządcy, który liczy sobie za przejazd. W dodatku przejazd autostradą z ograniczeniami do 100 km/h i kolejkami na bramkach kasującymi czas, który się na owym przejeździe zyskało. Nawet samo oznakowanie naszych dróg woła o pomstę do nieba. Od lasu znaków przed każdym skrzyżowaniem, przez ograniczenie ze 120 do 100, a 20 metrów za nim stojące kolejne do 70, czy nawet 50 km/h, a na stojących bez uzasadnienia ograniczeniach prędkości do 90 na drodze ekspresowej kończąc. Nie ma co się dziwić w takim razie kierowcy, który widzi czwarte takie ograniczenie jadąc ekspresówką taką jak każda inna, że w końcu zaczyna je ignorować. Sprawę fotoradarów w ogóle przemilczę, bo to oddzielny temat o sprzęcie, który jest potrzebny do łapania piratów, ale został oddany samorządom, które potraktowały go jako biznes do naprawy budżetu korzystając właśnie z kiepskich przepisów i oznakowania dróg. Godzinami można by się też rozwodzić o żenującym procesie nauki, podczas którego większość nawet na autostradę nie wyjeżdża i nie ma szansy dowiedzieć się, jak należy się po niej poruszać.

Nie – nie są to peany na rzecz idealnego zachodu. Tam też zdarzają się chamy, nieudaczniki czy ludzie narażający życie innych dla własnego widzi mi się. Dość powiedzieć, że we Włoszech jazda zderzak w zderzak na autostradzie jest niemal normą. W Grecji z kolei przepisy ruchu drogowego w ogóle istnieją chyba tylko w mitach i legendach, choć ludzie i tak szanują się na drodze. We Francji z kolei umiejętność używania kierunkowskazu jest wiedzą tajemną, dostępną jedynie dla wybrańców.

Tyle tylko, że chyba powinniśmy porównywać się do najlepszych, a raczej starać się być najlepszymi. Szczególnie, że większość wymienionych przeze mnie zarzutów do naprawienia nie wymaga wiedzy konstruktora rakiet kosmicznych, ale raczej po prostu zdrowego rozsądku. Nie można też wspomnieć o innym aspekcie, z którego większość rodaków chyba nie zdaje sobie sprawy. W Europie generalnie jeździ się WOLNIEJ niż u nas, pomijając oczywiście przypadki skrajne jak niemieckie autostrady bez ograniczenia prędkości. Naprawdę. Pomimo, że dysponują lepszymi samochodami i drogami, jeżdżą tam wolniej. Nawet wedle przepisów. Dość powiedzieć, że poza niemieckimi autostradami, to na naszych są dopuszczalne najwyższe prędkości.

Jeszcze raz więc zapytam: dlaczego u nas nawet drogowa podróż na urlop musi być walką o przeżycie na drodze, z ludźmi cierpiącymi na kompleks małych cohones, a nie najnormalniejszym w świecie, relaksującym przeżyciem?

PS. Jeśli kogoś uraził lub nie pasował emocjonalny wydźwięk wpisu, to z góry przepraszam, ale można być na luzie i sobie żartować, dopóki nie chodzi o ludzkie zdrowie i życie. Nie zapominajmy, że to właśnie jest „stawką” naszej codziennej walki na drodze, pomijając już czyste straty materialne. Tymczasem wielu rodaków uważa się za niezniszczalnych na drodze, najwyraźniej nigdy nie doświadczając jak kruchym stworzeniem jesteśmy w starciu z kupą stali rozpędzoną do niebotycznych prędkości. Nie życzę im, żeby kiedykolwiek się tego dowiedzieli, ani żeby ktokolwiek dowiedział się za ich sprawą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *