Dakar 2016: podsumowanie

Warunki podczas tegorocznej edycji były mocno zaskakujące.

Tegoroczna edycja najsłynniejszego rajdu cross-country za nami. Emocje już nieco opadły (choć nie do końca – niektórzy zawodnicy dalej planują oprotestować wyniki), obserwatorzy nabrali nieco dystansu i chyba można opisać, podsumować zakończoną imprezę. Trzeba przyznać, że ostatnia jej odsłona wzbudziła sporo kontrowersji, także tych nie tyczących się bezpośrednio rywalizacji, rozpoczęła także, a raczej mocno podgrzała, dyskusję o przyszłości Dakaru w Ameryce Południowej. Sporo winy za to ponosi aura, która najpierw zmusiła Peru i Chile do wycofania się z organizacji imprezy, przez co zawęziła organizatorom możliwość wyboru trasy, a potem już podczas samego rajdu mocno utrudniała rozgrywanie poszczególnych odcinków specjalnych.

Zanim jednak o samej imprezie, przyjrzyjmy się rywalizacji w poszczególnych klasach. Na początek, jak zwykle pójdą motocykle. W tym roku po raz pierwszy od naprawdę wielu lat mieliśmy odsłonę bez reprezentanta wielkiej dwójki, czyli Coma – Despres. Stwarzało więc to okazję do bardzo wyrównanej walki całej grupy zawodników, którzy próbowali dwójkę liderów „podgryzać” w poprzednich latach. Na czele tej grupki byli reprezentanci Hondy, czyli przede wszystkim Barreda Bort, ale i Goncalves. Za nimi plasowała się cała grupa równie chętnych do zwycięstwa zawodników, czyli Walkner, Pain, Faria, Price, Svitko, Viladoms, Casteu, Duclos, Quintanilla. Pojawiła się także mocna grupa endurowców, którzy chcieli spróbować swoich sił w Dakarze m. in. Meo, Benavides, był także Amerykanin Brabec, który jest gwiazdą amerykańskich rajdów cross-country. Problemy z aurą i charakter pierwszej części trasy Dakaru ustawiły rywalizację i przyniosły sporo zaskoczeń. Od początku królował, zgodnie z przewidywaniami, Barreda Bort, choć kary za przekraczanie prędkości na dojazdówkach skutecznie utrudniały mu objęcie prowadzenia w klasyfikacji generalnej. Świetnie natomiast, ku zaskoczeniu nawet ich samych, radzili sobie debiutujący zawodnicy enduro, zaliczający także zwycięstwa etapowe. W czołówce znajdowali się wspominani wcześniej Benavides i Meo. Po 1/3 rajdu zaskakująco całe podium klasyfikacji generalnej zajmowali zawodnicy Hondy, czyli Goncalves, Bort, Benavides, a niedaleko za nimi plasował się Svitko jadący może bez przebłysków, ale bardzo równym i szybkim tempem, a przede wszystkim unikający problemów. Reszta przewidywanych liderów, zaskoczona warunkami na trasie, zaskakiwała także słabymi wynikami. Price, Pain, Casteu, Faria, Viladoms i wielu innych zostawało w tyle w warunkach bardzo odległych od tych, z którymi zwykli się mierzyć na słynnym rajdzie.

Jordi Viladoms zupełnie nie odnalazł się w realiach Dakaru 2016.

Problemy niestety zaczęły dotykać całą stawkę i mocno mieszać w czołówce. Kształt tegorocznej trasy rajdu, szczególnie na początku, przypominał bardzo odcinki WRC, co też zmieniało sposób jej pokonywania. To z kolei przyczyniło się do zaskakująco dużej liczby wypadków, w których odpadli zawodnicy z czołówki. Pierwsze odwołane, a potem mocno skrócone odcinki dodatkowo zaostrzyły apetyty zawodników na jazdę i być może to także przyczyniło się do takiej ilości kraks. Na czwartym odcinku odpadł Alexander Renet, który roztrzaskał się tak, że stracił przytomność leżąc w rowie obok trasy. Na szczęście zauważyła go przejeżdżająca Laia Sanz i czuwała przy zawodniku aż do przybycia służb ratunkowych. Na szóstym etapie wypadek i zakończenie rajdu zaliczył Ruben Faria. Na siódmym awarii uległ motocykl największego pretendenta do zwycięstwa, czyli Borta. Z pomocą kolegów z zespołu lider Hondy dotarł na biwak, ale problem okazał się na tyle poważny, że mechanicy nie mogli sobie z nim poradzić. Tym samym wraz ze startem ósmego etapu, na którym Barreda się nie pojawił, zakończyły się jego wielkie nadzieje na zwycięstwo. Z kolei ten właśnie odcinek szybko i pechowo zakończył Matthias Walkner, który mocno się połamał na samym początku etapu, a pomoc dla niego wezwał liderujący w rajdzie i pod nieobecność Borta w Hondzie Goncalves. W całym tym zamęcie powoli i pewnie rozkręcali się zawodnicy KTMa, unikający także większych problemów. Svitko nie ustępował tempem czołówce i cały czas trzymał się blisko odpadających liderów, a Price zdecydowanie przyspieszał wraz ze zmienianiem się terenu na bardziej otwarty. Bardzo solidnie jechał także Quintanilla na Husqvarnie.

Pablo Quintanilla był jednym z pozytywnych zaskoczeń w stawce.

 Kiedy tylko, wraz z początkiem drugiej części rajdu, pojawiły się wyczekiwane przez wielu wydmy, Toby Price zaczął naprawdę błyszczeć. Australijczyk po prostu miażdżył konkurencję wygrywając odcinki z kilkuminutową przewagą, jakby to nie było wielkim problemem, bez niebezpiecznych sytuacji, bez widocznej jazdy na granicy kontroli tego, co się dzieje. Price szybko objął prowadzenie w rajdzie i z każdym odcinkiem oddalał się od reszty stawki. Zmuszał swoją niesamowitą jazdą innych zawodników do próby zmniejszenia straty do lidera, co zakończyło się bardzo źle dla Paulo Goncalvesa. Najpierw zaliczył poważny wypadek, w którym (jak sam mówił) niemal cudem nic mu się nie stało, potem na odcinku maratońskim przebił chłodnicę i pojechał dalej tylko dzięki poświęceniu kolegów z teamu, lecz już bez szans na zwycięstwo bo z niemal 40 minutami straty do liderującego Price’a. Jakby tego było mało limit szczęścia Paulo przekroczył ulegając na 11. etapie wypadkowi, który już ostatecznie wykluczył go z rywalizacji.

Toby Price zostawił rywali daleko w tyle.

 Za Pricem pewnie i swoim tempem podążał Svitko. Gonili go Quintanilla i Benavides, którzy stoczyli także między sobą piękną walkę na 11. odcinku. Koniec końców Słowak utrzymał się na drugiej pozycji jako „najlepszy z reszty” do końca rajdu. Podium uzupełnił Quintanilla. Wygrał oczywiście Toby Price. To pierwszy tytuł Australijczyka w Dakarze, ale styl w jakim go zdobył może świadczyć o tym, że jeśli tylko organizatorzy rajdu będą stawiać na tradycyjne otwarte tereny, możemy mieć nowego króla bezdroży najsłynniejszego rajdu cross-country. Price jechał niemal bezproblemowo tempem niedającym rywalom żadnych szans, a przy tym nie zawodził go sprzęt, skądinąd sprawdzony na Dakarze od lat, czyli KTM.
Jeśli chodzi o naszych zawodników to można powiedzieć, że jechali swoje. Kuba Piątek przez cały rajd podróżował w okolicach trzeciej dziesiątki, walcząc z przeciwnościami losu, sprzętem, a nawet niedocierającym na czas na biwak serwisem. Ostatecznie jednak spełnił swoje marzenie i uzyskał wynik, który przed imprezą wspominał jako cel, czyli wszedł do drugiej dziesiątki i uplasował się dokładnie na 20. pozycji. Zupełnie inną walkę stoczył Maciej Berdysz podróżujący w grupie zawodników rywalizujących całkowicie samotnie, bez wsparcia serwisantów, liczących tylko na siebie i pomoc ludzi dobrej woli. Ostatecznie zajął 80. lokatę.

Większość czołówki quadów przegrała ze sprzętem.

Zaskakujące warunki na początku rajdu potężnie przemieszały również w stawce quadowców. Zaliczani do „pewniaków” bracia Patronelli na pierwszych odcinkach raz za razem zaliczali rowy poza trasą, a nawet wywrotki i trudno powiedzieć, jak przy tym wszystkim udało im się uniknąć kontuzji i przetrwać. Nie najlepiej szło także Rafałowi Sonikowi, który czuł się zdecydowanie nieswojo i podróżował nieco wolniej, jakby na przetrwanie. Jak wszyscy wiemy przetrwać się nie udało, a winę za to ponosi sprzęt. Na czwartym oesie stanowiącym pierwszy etap maratoński, czyli bez pomocy mechaników na biwaku, Rafał zauważył wyciek z okolic silnika i dotoczył się do mety, prowizorycznie radząc sobie z problemem. Okazało się, że to nie wystarczyło i dzień później sprzęt ostatecznie odmówił posłuszeństwa. Jak Rafał sam powiedział – przez ostatnie lata nie miewał tak poważnych problemów i kiedyś wreszcie musiały go spotkać, ale wróci i znów będzie walczył o wygraną.
Tymczasem w czołówce powoli przyspieszali bracia Patronelli, całkiem nieźle spisywał się także Peruwiańczyk Hernandez i Rosjanin Karyakin. Liderował kolejny pretendent do wygranej, czyli Ignacio Casale, jak się jednak okazało, nie na długo. Piąty odcinek był bowiem pechowy nie tylko dla Sonika, ale poczynił niemałe spustoszenie w całej czołówce kategorii. Poza Rafałem na odcinku stanął także Abu-Isse i Ignacio Casale, który choć pojechał dalej, to potem musiał się wycofać z rywalizacji także pokonany przez sprzęt. Jakby tego było mało na etapie mocno połamał się Medeiros. Koniec końców na półmetku, po wykruszeniu się czołówki, liderowali znów bracia Patronelli gonieni przez Hernandeza i Karyakina. Niewiele zmieniło się w tym układzie do samego końca rajdu. Wraz z wjazdem na wydmy bracia Patronelli wyraźnie zaczęli odskakiwać reszcie stawki. Gonił ich Hernandez, który jednak musiał się wycofać po 10. odcinku w związku z problemami technicznymi. Na jego miejsce finalnie wskoczył Brian Banagwanath z RPA, który spisywał się coraz lepiej z każdym kolejnym etapem rajdu i uzupełnił podium za rodzeństwem Patronellich, z których lepszy okazał się Marcos.

Na takie warunki zawodnicy nie byli przygotowani.

O kategorii samochodów można by w zasadzie napisać oddzielny wpis, taka to była epopeja. Od samego startu praktycznie miażdżyły resztę stawki Peugeoty, a najlepszy wśród nich był debiutujący Sebastien Loeb. Odcinki bardzo mu się podobały i nawiązywały do tego, co znał z tras WRC, co zdecydowanie sprzyjało takiemu układowi sił w stawce. Co ciekawe, taka trasa nie powinna pomagać pojazdom typu buggy, jednak widać francuskim inżynierom udało się stworzyć tylnonapędowy pojazd, który prowadził się jak rajdówka z napędem na cztery koła, co z resztą było widać podczas telewizyjnych relacji. Za całym mistrzowskim zespołem Peugeota (Loeb, Peterhansel, Sainz, Despres) swoją obecność próbowały zaznaczyć Mini. Choć zszokowany formą rywali, to jednak mówiący o tym, że nie podda się do końca Nasser Al-Attiyah, a także dobrze jadący i debiutujący Mikko Hirvonen. Jeszcze dalej plasowali się kierowcy Toyoty, którzy choć wyciskali 110% z nowej konstrukcji, to wyczyny De Villiersa i Poultera i Alrjahi’ego zupełnie bladły w obliczu przewagi Peugeotów. Na półmetku wydawało się, że nic nie jest w stanie przeszkodzić dominacji francuskiego zespołu.

Peugeoty zdecydowanie dominowały przez większość rajdu.

 Właśnie owe „nic” nadeszło od razu po dniu przerwy i wyjeździe na wydmy. Królujący do tej pory Loeb musiał się wreszcie zmierzyć z prawdziwymi realiami Dakaru i tym razem niestety go pokonały. Nie dostrzegł uskoku w piaszczystym terenie i zaliczył sporą kraksę i kilkukrotne koziołkowanie. Razem ze swoim pilotem Danielem Eleną zamienili się w mechaników i doprowadzili auto do stanu, w którym mogło (o dziwo) dość bezproblemowo kontynuować jazdę do końca etapu. Szanse na zwycięstwo zostały jednak pogrzebane. Na tym samym etapie wiatr w żagle złapał Nasser i wreszcie zwyciężył na dystansie odcinka. Warto zwrócić uwagę na ciekawą sytuację, kiedy to buggy jest szybsze od Mini 4×4 na odcinkach WRC, natomiast Mini zdecydowanie lepszym tempem popisuje się na wydmach, gdzie buggy Peugeota nieco traci. Innymi słowy pojazdy prezentują zupełnie inne tempo niż można by się spodziewać po tym, co wynika z ich konstrukcji. Na kolejnych etapach do Peugeotów zbliżać zaczęły się nie tylko kolejne Mini, ale i Toyoty. Napięcie w czołówce rosło i kierowcy zaczynali jechać po niebezpiecznych wydmach coraz szybciej.

Tak zakończyła się popisowa jazda Sebastiena Loeba.

 Dakar zawsze karze szaleńczą jazdę, nie inaczej stało się i tym razem. Na dziesiątym etapie niemal zaraz po starcie koziołkował Nasser, który choć nie uszkodził mocno samochodu, to zaliczył sporą stratę czasową. Potem pokarany został jadący bardzo szybko Sainz, któremu rozsypała się skrzynia i musiał zakończyć udział w rywalizacji. W czołówce pozostał więc prowadzący Peterhansel przed Nasserem i De Villiersem, który równą jazdą wskoczył na podium. Nic nie zmieniło się do samego końca i choć w ostatecznych wynikach przewaga Peugeota nie wygląda na tak miażdżącą, to jeśli konkurencja nic nie zrobi, w kolejnych latach możemy mieć do czynienia z prawdziwą dominacją. Na czwartym miejscu finiszował debiutant Hirvonen, który jechał szybko i pewnie, zaliczając świetny rajd, mimo tak nowych dla niego warunków. Tym samym okazał się lepszym debiutantem niż Loeb, o czym na pewno marzył za czasów startów w WRC.

Takie skutki z kolei miała pogoń Nassera za Peterhanselem.

 Także tu Dakar nie był w tym roku zbyt łaskawy dla naszych zawodników. Zaczęło się od dużej usterki skrzyni biegów w Toyocie załogi Dąbrowski/Czachor na czwartym etapie. Rajd udało się kontynuować, ale kilka godzin straty skutecznie popsuło ostateczną lokatę w klasyfikacji rajdu, pomimo niezłych wyników na poszczególnych etapach. Prawdziwą dakarową szkołę w tym roku zaliczyła załoga Małysz/Panseri. Zaczęło się od poważnych objawów choroby wysokościowej u Adama. Na piątym etapie zawodnicy jechali na wysokościach przekraczających 4500 metrów n.p.m., więc nasz ex-skoczek nie był jedynym zawodnikiem z podobnym bólem głowy. Dosłownie. Adam mówił, że bolało go tak, iż ledwo mógł kontynuować jazdę. Jakby tego było mało tuż przed dniem przerwy w Mini tej załogi rozsypała się skrzynia biegów, a potem okazało się, że ciężarówka serwisowa, na którą czekali kilka godzin… nie ma potrzebnych części. Skończyło się więc na doholowaniu do biwaku i potężnej stracie. Rajd udało się wznowić, ale potem Adam i Xavier borykali się z większymi i mniejszymi problemami niemal na każdym odcinku do końca rajdu, a przy tym musieli, przebijając się z dalszych pozycji, wykonywać dużo niebezpiecznych manewrów wyprzedzania wolniejszych zawodników których doganiali, podobnie jak to wcześniej robiła po swoich problemach załoga Dąbrowski/Czachor. Swój rajd jechał Kuba Przygoński, który mimo drobnych problemów często zaliczał dobre wyniki w drugiej dziesiątce i ostatecznie zajął 15. miejsce w rajdzie, najlepsze z naszych reprezentantów. Świetny wynik jak na debiutanta i może za rok Kuba spróbuje zaatakować pierwszą dziesiątkę? Pozycję za nim, na 16. miejscu, uplasował się w rajdzie Hummer załogi Zapletal/Marton. Panowie swoim nietypowym pojazdem jechali bardzo solidnie, raz zajmując nawet 7. miejsce na OSie. Dwudziesta szósta była Toyota dwójki Vanagas/Rozwadowski, a w swojej pogoni po początkowej stracie Dąbrowski i Czachor dobili do 28. miejsca. Małysz/Panseri ukończyli na 52. lokacie, ale po szkole jaką w tym roku dostali, chyba nic ich już nie zaskoczy, a może i limit pecha został wykorzystany, przynajmniej na najbliższą edycję rajdu?

Nietypowa charakterystyka trasy odbiła się nawet na klasyfikacji ciężarówek. Od samego początku królujące w minionych latach Kamazy, zostawały daleko w tyle. Królowali za to Holendrzy. Stacey i Versluis w MANie, De Rooy w Iveco. W Iveco podróżował też Argentyńczyk Villagra plasujący się w ścisłej czołówce rajdu. Dopiero za nimi wszystkimi były pierwsze Kamazy. Tu tak samo po półmetku rajdu i wyjeździe na wydmy doszło do zwrotu akcji. Przyśpieszyli „starzy wyjadacze” De Rooy i kawalkada Kamazów, przed której atakami próbowali się bronić Villagra i Stacey. Ostatecznie udało się tylko temu pierwszemu. Pewnie zwyciężył Gerard De Rooy, w którego załodze podróżował nasz rodak Darek Rodewald. Drugą lokatę zajął broniący honoru Kamaza Mardeev, a trzeci ukończył Villagra.

„Tylko” mechanik, ale zwycięzca Dakaru – Darek Rodewald w Iveco.

Niestety Dakar i w tym roku zabrał dwie osoby. Pierwszą był kibic, który niemal dokładnie wybiegł pod koła Mitsubishi Lancera #409 pędzącego po odcinku specjalnym. Drugą był pasażer pojazdu, który zginął po wypadku z ciężarówką serwisową na drodze publicznej. Ironia losu? Ciężarówka ta holowała Mitsubishi #409 po pierwszym feralnym zdarzeniu, by zostało odesłane do Europy…

Sporo było kontrowersji w okół tegorocznej imprezy. Głównie odnośnie skracania odcinków w czasie samego rajdu, ale też dotyczących dyskusji nad sensem organizacji imprezy w miejscu, gdzie pogoda praktycznie rujnuje 1/3 rywalizacji i w końcu nad kształtem samej trasy, która w pierwszej części miała bardzo niewiele wspólnego z charakterystyką Dakaru. W dodatku, po morderczym zeszłorocznym rajdzie, podczas dnia przerwy edycji 2016 krążyły po biwaku opinie, że jest on niepotrzebny, bo nie było nic co mogło zawodników zmęczyć na tyle, by tego odpoczynku potrzebowali (oczywiście Adam Małysz po dobie za kółkiem miałby na ten temat inne zdanie).

Te wszystkie dyskusje prowadziły z kolei do innej, dotyczącej przyszłości Dakaru w Ameryce Południowej i powrotu imprezy do korzeni, czyli do Afryki. Organizatorzy postanowili z jednej strony uciąć domysły, a z drugiej strony zasugerować nadchodzące zmiany mówiąc, że na przyszły rok mają jeszcze umowę na organizację z Argentyną. „Na przyszły rok” jest tu kluczowe bowiem krążą plotki o powrocie Dakaru do Afryki, ale do jej południowej części. W grę mają wchodzić podobno państwa takie jak RPA, Namibia, czy Botswana, a więc prawdopodobny przyszły cel Dakaru to pustynia Kalahari. Takie umiejscowienie powoduje też rozgrywanie rajdu w strefie czasowej Europy, gdzie ma on największą oglądalność, co dodatkowo by jej sprzyjało.

Jak to będzie w przyszłości, pewnie przyjdzie nam jeszcze poczekać. Tymczasem koniec jednego Dakaru, oznacza początek przygotowań do kolejnego, jeszcze na pewno w Ameryce Południowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *