Le Mans 24h 2016

Porsche zwycięża rzutem na taśmę!

Już w zapowiedziach wielu obserwatorów tegoroczny dobowy klasyk był typowany jako ten, z prawdopodobnie najbardziej wyrównaną stawką i możliwie najbardziej zawziętą walką o zwycięstwo do samego końca. Dodatkowo wydawało się, że w weekend wyścigowy pogoda postanowiła rozdawać karty. Jednak takiego przebiegu rywalizacji i takich emocji aż do ostatniego (dosłownie) okrążenia wyścigu, nikt nie mógł przewidzieć, ani się spodziewać. Włącznie ze zwycięzcami, którzy wchodząc na podium sami jeszcze do końca nie wiedzieli, co się tak naprawdę wydarzyło.

Tydzień wyścigowy zaczął się, nie ukrywajmy, tragiczną pogodą. Nie to, żeby po prostu padało. Lało, a na torze stały kałuże tak głębokie, że splittery (pozioma powierzchnia aerodynamiczna pod przednim zderzakiem) prototypów całkowicie znikały pod ich powierzchnią. Dlatego też, kiedy podczas pierwszej sesji kwalifikacyjnej pogoda się poprawiła, wszyscy bardzo się śpieszyli aby uzyskać dobre czasy, bo nie zapowiadało się, że takie warunki w czasie weekendu się powtórzą. Porsche od razu wystrzeliło ze świetnymi czasami zajmując pierwszy rząd. Cały kolejny rząd zajęła Toyota, a rząd trzeci zdobyło Audi nieustannie borykające się z potężnymi problemami technicznymi podczas każdej z rozgrywanych sesji. Za to forma Toyoty pozytywnie zaskakiwała i w kuluarach zaczynało się mówić, że japoński producent może być czarnym koniem tego wyścigu.
W LMP2 kwalifikacje zwyciężyli główni pretendenci do końcowego sukcesu, czyli G-Drive. Za nimi ustawili się odpowiednio Baxi DC, Signatech Alpine i Manor. Stawka w większości składa się już z konstrukcji opracowanych wedle nowych regulaminów i pojazdy starsze, jedynie odświeżone jak Gibson, już się praktycznie nie liczyły.

W GT Pro czołową dziesiątkę kwalifikacji zdominowały najnowsze konstrukcje, czyli Ford GT, który zajął cztery lokaty z pierwszej piątki oraz Ferrari 488 od AF Corse i Risi Competizione. Kontrowersyjne manipulacje w balansie osiągów (Balance of Performance – BoP), także jeszcze na dzień przed wyścigiem, będą odbijać się echem w środowisku pewnie przez wiele miesięcy. Tak czy siak starsze konstrukcje nawet „nie miały startu” do obu nowinek, szczególnie Forda. Wliczając w to Corvettę, która przecież królowała podczas dnia testowego przed Le Mans.
Kwalifikacje w GT Am to z kolei Ferrari 458 Clearwater Racing, przed fabrycznym Astonem i Porsche 911 zespołu Dempsey-Proton Racing.

Praktycznie 95% klasyfikacji startowej zostało ustalone podczas pierwszej sesji, gdyż na drugą powróciła już ulewna pogoda i poprawienie osiągnięć było niemożliwe. Co gorsza, pogoda utrzymała się aż do soboty i na starcie zawodników przywitała prawdziwa powódź na torze.

Mokry start za samochodem bezpieczeństwa

W związku z takim stanem rzeczy, po raz pierwszy od naprawdę nie wiem ilu lat, Le Mans 24h wystartowało za samochodem bezpieczeństwa. Niedługo po ruszeniu stawki przestało padać, wydawało się więc, że 60 aut jadących za SC będzie w stanie dość szybko „odpompować” wodę z toru i umożliwić normalne ściganie. Jednak wbrew tym przypuszczeniom Safety Car prowadził stawkę przez niemal całą pierwszą godzinę wyścigu, pozwalając się normalnie ścigać dopiero w momencie gdy na torze były już nawet zupełnie suche miejsca. Kolejna decyzja, która była i będzie pewnie jeszcze szeroko komentowana.

Kiedy wreszcie po godzinie rywalizacja wystartowała naprawdę, wydawało się, że wszystkie fabryczne auta LMP1 będą jechać razem. Ku zaskoczeniu obserwatorów bolidy Toyoty znalazły jednak nagle jakby dodatkowe pokłady tempa i szybko uporały się z całym zespołem Porsche, a po objęciu prowadzenia rozpoczęły wyrabianie przewagi. W LMP2 z kolei G-Drive został ukarany za tankowanie pojazdu z odpalonym silnikiem, przez co spadł na dalszą pozycję, a na czoło wysunęły się odpowiednio zespoły: Manor, TDS i Strakka. W GT Pro prowadziło Porsche (!!), o którym wielu specjalistów mówiło, że będzie miało szansę powalczyć jedynie w zmiennych warunkach pogodowych. Panowie z teamu fabrycznego najwyraźniej postanowili wykorzystać możliwości, o których wspominali inni i prowadzili przed nowymi Ferrari 488 od AF Corse i Risi Competizione. Fordy GT zdecydowanie już tak nie błyszczały w warunkach wilgotnego toru. Także w GT Am 911-stki pokazywały swoją siłę podczas jazdy w trudnych warunkach i prowadziło Porsche KCMG, przed Porsche zespołu Dempsey-Proton Racing.

Toyota zaskakiwała tempem od samego początku

Nie minęło jednak dużo czasu jak zaczęły się problemy nowych, awaryjnych konstrukcji LMP1-H. Pierwsze z rywalizacji ze ścisłą czołówką odpadło Audi #7, któremu jeszcze przed zjazdem samochodu bezpieczeństwa rozsypała się turbina. Szczęście w nieszczęściu mieli więc Panowie, że stawka przemieszczała się po torze wolniej niż mogła i tym samym tracili mniej. O walce o zwycięstwo można już było jednak zapomnieć. Tymczasem po sześciu godzinach na czele łeb w łeb walczyła Toyota #6 z Porsche #1. Japońskie samochody, co obserwowałem z niekrytym zdumieniem, nie tylko rozpoczęły wyścig zaskakująco dobrym tempem, ale także potrafiły je utrzymać na już w pełni suchym torze, dając Porsche niezły wycisk i zmuszając załogi tej marki do jazdy na 100% ich możliwości. Za czołową dwójką jechała kolejna w układzie Porsche – Toyota, a cała czwórka mieściła się w niecałej połowie minuty po jednej czwartej dystansu i nie było widać oznak, by ktokolwiek miał uciec lub odpuścić. No może poza Audi. Siódemka już wcześniej odpadła ze ścisłej walki i teraz mogła tylko odrabiać straty, natomiast #8 także nie był w stanie utrzymać tempa dwóch konkurencyjnych marek i powoli zostawał ciut za nimi.

LMP2 wyglądało wtedy nieco spokojniej i prowadziło TDS przed Signatech i KCMG, a odstępy między zespołami z czołowej trójki wynosiły niemal okrążenie. O wyłanianiu żadnych liderów nie mogło być jednak mowy szczególnie, że zawzięcie gonił czołówkę zespół G-Drive, po odnotowanej na początku karze.

Nowemu Fordowi GT na pewno nie można odmówić urody

Za klasami prototypów suchy tor zaczął sprzyjać nowym konstrukcjom i czołówkę zdominowały Fordy GT przedzielone Ferrari 488 Risi Competizione. Warto wspomnieć, że załoga Risi Competizione składała się m.in. z Fisichelli i Vilandera, czyli dwóch kierowców wcześniej znanych z AF Corse. Rzecz w tym, że są to kierowcy fabryczni Ferrari, która to firma zadecydowała, że w tym roku mają się pojawić w Risi. AF Corse najwyraźniej już się nawygrywało 😉 , choć to załoga AF Corse właśnie goniła Risi i Fordy. Goniła do spółki z fabrycznym Astonem, próbując dotrzymać tempa nowej amerykańskiej konstrukcji, bo Ferrari 488 Risi Competizione zdawało się trzymać tempo Fordów jedynie dzięki ogromnym staraniom i umiejętnościom kierowców. W GT AM dalej na czele trzymały się Porsche 911 KCMG i Dempsey-Proton, gonione przez fabrycznego Astona i 458 Italia AF Corse.

Zmrok na Le Mans zwiastuje nadejście nocy (eureka!), co jest na tyle istotne, że jest to okres w którym rozpoczyna się „prawdziwe ściganie” – jak mówi wielu kierowców. W nocy parametry toru i osiągi aut mogą się zupełnie odwrócić, a i niektórzy kierowcy zaczynają sobie radzić lepiej w stosunku do reszty. Nie da się też ukryć, że jest to okres bardzo fotogeniczny i jeden z tych, dających świadectwo magii wyścigu Le Mans. Zmrok z reguły przynosi też pierwsze poważne rozstrzygnięcia. Nie inaczej było i tym razem, a zaczęło się ponownie od Audi. Do nękanego problemami R18 #7, dołączył #8, który także zjechał do boksu na dłuższy pitstop (zdaje się były to problemy z przednią osią, które nękały oba auta już do końca). Tym samym niemiecka marka po raz pierwszy od kilkunastu lat już na tym etapie wyścigu odpadła nie tylko z rywalizacji o zwycięstwo, ale wyglądało także na to, że stracili choćby możliwość stanięcia na najniższym stopniu podium. Swoisty koniec pewnej ery. Zanosiło się na zaciętą rywalizację dwójek Porsche i Toyoty, które mknęły łeb w łeb, w zapadające ciemności. Nie na długo jednak, gdyż problemy techniczne dały o sobie znać i w Porsche. 919 #1 zjechało do boksu ze zdecydowanie przekraczającymi normy wskazaniami temperatur. U mechaników auto spędziło ponad godzinę, co już oznaczało koniec walki o laury i spadek nawet za odrabiające straty Audi. To nie był jednak koniec dramatu. Wyjazd na tor po naprawie zakończył się powolnym toczeniem do boksu na samym napędzie elektrycznym. Wymiana pompy paliwa nie rozwiązała problemu. Kolejna wizyta u mechaników, kolejna ogromna strata czasowa i wymiana pompy wody dopiero pozwoliły na powrót do ścigania. Teraz już tylko o honor. Na czele zostało więc Porsche #2 walczące z dwoma Toyotami, z którymi toczyło z resztą piękny pojedynek koło w koło w zupełnych ciemnościach. O tym kto w danej chwili był liderem decydowały pitstopy. Porsche bowiem było szybsze, ale Toyota ciut bardziej ekonomiczna i wyliczenia pozwalały przypuszczać, że do końca wyścigu samochody japońskiej marki będą musiały pojawić się w boksach nawet o dwa zjazdy mniej niż konkurencja.

Audi w tym wyścigu praktycznie nie istniało

Kompletna porażka dotknęła natomiast klasę prywatnych LMP1. Oba Rebelliony spędzały w garażach już nie minuty, ale długie godziny, natomiast zespół ByKolles zdaje się, że standardowo już prowadzi raczej wyścig mechaników. Im z kolei należy się wielki szacunek nie tylko za ogrom pracy włożonej w samochód w wyścigu, ale i złożenie go jeszcze przed nim po niemałym pożarze. Co z tego, skoro kolejny pożar nad ranem zakończył marzenia nawet o dojechaniu do mety.

Rozstrzygnięcia nie ominęły też klasy LMP2. W jadącym na trzeciej pozycji prototypie zespołu KCMG zaczęły się problemy z elektryką. Długie wizyty u mechaników nie tylko wykluczyły załogę z walki o zwycięstwo, ale przede wszystkim nie rozwiązały problemu. Auto zjeżdżało do boksu i powracało na tor, a kiedy wreszcie wydawało się, że uda się im normalnie jechać, zobaczyliśmy bolid porzucany gdzieś w pułapce żwirowej, niezdolny do dalszej jazdy, w wyniku nierozwiązanych przez tyle czasu problemów. Z rywalizacji po problemach ze sprzętem wycofał się także TDS Racing, a nad ranem wypadkowi, w wyniku którego połamało się zawieszenie uniemożliwiając dalszą jazdę, uległo Alpine zespołu Baxi DC. Na czele więc meldował się Signatech Alpine, przed G-Drive i SMP Racing, czyli rosyjskim zespołem z ich własną konstrukcją BR01.

Porsche robiło co mogło, ale nie udało się uciec Toyocie

W GT Pro Ford musiał oddać nieco pola Ferrari Risi Competizione, które przez noc i nad ranem wysunęło się na prowadzenie i liderowało przed GT #68. Za tą dwójką był pewien odstęp i kolejna para goniących Fordów. W GT AM na czele znalazło się Ferrari 458 Scuderia Corsa, przed wciąż drugim Porsche Dempsey-Proton i trzecim kolejnym Ferrari, tym razem zespołu AF Corse. Między każdą z załóg podium było nad ranem jeszcze niemal okrążenie odstępu.

Świt na Le Mans to kolejny okres wielu rozstrzygających wydarzeń. Wtedy przypada bowiem czas największego zmęczenia kierowców i ich ekip, kiedy ich wymęczone organizmy próbują zebrać się bez snu do walki przez kolejny, niemal cały, dzień. Ilość błędów potęguje też poprawiająca się na torze widoczność i ściągana zasłona uśpienia nad rywalizacją, ale to tylko pozory. Właśnie w tym momencie wszystkim jest najtrudniej, bo po pewnym nocnym wyciszeniu muszą się zebrać do ostatniego skoku w kierunku mety. Stąd tyle błędów. Kiedy więc tylko świt mija, Ci co przetrwają, rzucają wszystkie pozostałe siły do walki w ostatnich godzinach.

Tak było i tym razem. Załoga Porsche #2 dawała z siebie wszystko by dogonić i wyprzedzić obie Toyoty, tak aby zniwelować przewagę jaką będą dysponować na koniec, wynikającą z mniejszej ilości zjazdów po paliwo. Na nic się to jednak zdawało. Toyoty wyglądały jakby trzymały mordercze tempo Porsche bez wyścigu, jadąc płynnie i spokojnie. Przynajmniej dopóki Kobayashi nie popełnił drobnego błędu jadąc Toyotą #6, który zaowocował wycieczką poza pobocze i stratą czasową. Jakby tego było mało podczas owej wycieczki uszkodzony został bok bolidu, którego aerodynamika odpowiadała za chłodzenie akumulatorów. Konieczny okazał się zjazd i naprawienie elementu niezawodną taśmą klejącą. Ze sporą przewagą ponad 12 okrążeń nad goniącym Audi, Toyocie #6 pozostało więc spokojnie podążać do mety po trzecią lokatę, podczas gdy na czele bój o zwycięstwo toczyło Porsche #2 i Toyota #5. Na nic zdały się jednak wysiłki Porsche i na bodaj dwa okrążenia przed metą Panowie wywiesili białą flagę, zjeżdżając na dodatkowy pitstop po tylne opony wiedząc, że nie mają szans dogonić lidera i nie chcąc ryzykować głupiego wypadku w końcówce przez zużyte ogumienie. Bardziej nie mogli się mylić w swoich przypuszczeniach…

Ogromny sukces SMP Racing i bolidu BR01

W klasie LMP2 już do samego końca za wiele się nie zmieniło i na pierwszej lokacie utrzymywanej od wczesnych godzin porannych (albo późnych nocnych) dojechała załoga #36 Signatech Alpine, która odniosła też niemały sukces finiszując jako piąte auto w klasyfikacji generalnej. Za nimi uplasował się G-Drive #26 i rosyjski SMP Racing #37 m. in. z Vitaliem Petrovem za kierownicą. To chyba największy sukces tego teamu w historii, a do tego z własnym autem, które się świetnie sprawdziło. Muszę też wspomnieć o jednym zawodniku. Frédéric Sausset jako pierwszy niepełnosprawny w historii z amputowanymi wszystkimi kończynami nie tylko dostał możliwość startu w Le Mans w ramach garażu 56 w specjalnie dla niego przystosowanym aucie LMP2, ale także ukończył rywalizację. Brawa za osiągnięcie i niesamowitą odwagę.

W GT Pro wygrał (a jakże) Ford GT #68, przed Ferrari 488 Risi Competizione i kolejnym Fordem GT #69. Tu jeszcze nie wiadomo czy klasyfikacja się nie zmieni, bowiem kilka okrążeń przed finiszem nakazano Risi Competizione zjazd w celu… naprawienia lampek bocznych oznaczających auta pierwszej trójki danej kategorii dla telewidzów i kibiców. Risi nie posłuchało i jechało dalej, może więc być na nich nałożona kara czasowa. Niemniej kwestia jest sporna. Z jednej strony taki zapis w regulaminie może i istnieje, z drugiej jednak nigdy nie widziałem, by sędziowie kogoś z tego powodu wzywali do boksów, a poza tym oznaczałoby to najprawdopodobniej oddanie całego podium Fordom, jako że wezwanie pojawiło się w ostatnich minutach wyścigu. Wyglądało to więc bardzo nieładnie pod względem fair play i grania pod Forda, także podejrzewam, że całe zajście będzie kolejnym punktem zapalnym w dyskusji o nieco ustawiony (to tylko moja opinia) układ sił w klasie.

Dempsey-Racing ponownie na podium w Le Mans

GT Am to zwycięstwo Ferrari Scuderia Corsa #62 przed AF Corse #82, na rzecz którego drugą lokatę na ostatnich okrążeniach straciło ostatecznie trzecie Porsche 911 #88 Dempsey-Proton Racing.

Co do zwycięstwa Toyoty – już widać było uśmiechy, już Panowie sobie zaczynali gratulować, a tymczasem na przedostatnim okrążeniu wyścigu rozpoczął się ich wielki dramat. Kazuki Nakajima zgłosił nagły zanik mocy jednostki napędowej i poruszać się mógł jedynie dzięki napędowi elektrycznemu. Tego nie wystarczyło jednak na wiele i Nakajima zdołał minąć linię startową i rozpocząć ostatnie okrążenie, kiedy skończyła mu się energia elektryczna i stanął na prostej startu/mety. Wszystko zadziało się jak w teatrze, w jednej chwili, w centralnej i najbardziej obleganej części toru. Nakajima, ku rozpaczy zespołu Toyoty, zatrzymujący się w pół prostej pod główną trybuną, Porsche #2 w tej samej chwili przekraczające linię mety i mijające już toczącą się tylko siłą rozpędu Toyotę, a chwilę później zegar pokazujący magiczne 00:00, mówiące jednoznacznie o tym, że obecne okrążenie lidera, wtedy już Porsche, jest jego ostatnim.

Ford wygrał, ale na pewno nie w „czystej” atmosferze

Tak właśnie w ciągu raptem dwóch-trzech minut rozpłynęły się marzenia o wielkim finiszu i powrocie Toyoty, za to pojawiły się niedowierzające uśmiechy od ucha do ucha w garażu Porsche. Nikt się nie naśmiewał z rywala. Porsche bardzo ładnie zachowuje się względem konkurencji, traktuje ją z dużym szacunkiem. Tak było i tym razem, bo choć można mówić, że Toyocie zwycięstwo się należało, to na Le Mans nic nikomu się nie należy, trzeba to sobie wyrwać. Od toru, od sprzętu, od zmęczenia, od losu. Załoga Toyoty #5 nie zostanie nawet sklasyfikowana, gdyż nie przekroczyła linii mety. Na jej miejsce wskoczyła Toyota #6, a ostatni stopień podium przejęło Audi #8. Porsche z kolei zapisało na swoje konto już 18. zwycięstwo w Le Mans w historii.

Moment dramatu Toyoty – #5 stoi i już nie zwycięży

Taki to wyścig, który zahartowanym, wyćwiczonym facetom, wyciska łzy z oczu. Jednym szczęścia, drugim rozpaczy. Już nie mogę doczekać się kolejnego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *