Dakar 2015: z dołu do góry

Robby Gordon jak zwykle latał nad trasami Dakaru.

O przebiegu pierwszej części tegorocznego rajdu i smutnych wiadomościach jakie do nas dotarły z Ameryki Południowej pisałem już TUTAJ. Po półmetku rajdu sporo zaczęło się zmieniać. Solidna jazda doświadczonych zawodników zaczęła przynosić skutki, a to wywindowało ich na czołowe pozycje i pozwoliło utrzymać przewagę do końca rajdu. Rozstrzygające były tu etapy maratońskie, które szczególnie dały się we znaki motocyklistom i quadowcom. Na pewno wszyscy już wiecie jak dobrze się to skończyło dla polskich reprezentantów, ja tymczasem zapraszam na nieco dokładniejsze przyjrzenie się rywalizacji na drugiej części dystansu.

Kiedy pisałem podsumowanie na półmetku imprezy, załogi samochodów i ciężarówek były właśnie na etapie maratońskim. Choć był on niesłychanie trudny, to przyznać trzeba, że uczestnicy obu kategorii poradzili sobie z nim nad wyraz dobrze i nie odpadło wiele załóg. Po ustabilizowaniu się układu sił w stawce, mniej więcej od połowy rajdu czołówka jechała w podobnym tempie wymieniając się zwycięstwami i urywając po kilka minut do swoich rywali, „sprawiedliwie” tracąc zdobytą przewagę dzień później. Nasser Al-Attiyah kierujący Mini prowadził więc rajd z kilku, kilkunastominutową przewagą nad Ginielem de Villiers w Toyocie. Na trzeciej lokacie usadowił się debiutant Yazeed Alrajhi także w Toyocie. Yazeed z etapu na etap czuł się coraz pewniej, pozwalał sobie na coraz więcej (agresywnej jazdy), tracił respekt do czołówki, a nawet do rajdu. Podczas gdy wielu mówiło, że tegoroczna edycja jest momentami przesadnie wręcz trudna, Alrajhi w wywiadzie dzielił się spostrzeżeniami typu: ten rajd jest za łatwy. Myślę, że duża w tym zasługa także jego pilota Timo Gottschalka, który swoim doświadczeniem obdzielił całą załogę. Wcześniej startował m.in. z Carlosem Sainzem, a nawet wygrał w 2011 z Nasserem Al-Attiyah.  Dakar jednak jest mściwy i nie znosi lekceważenia, dopadł więc Yazeeda, choć względnie późno bo dopiero na starcie 11. etapu z trzynastu jakie mieli w tym roku do pokonania kierowcy. Toyota Yazeeda przy próbie wyjazdu z biwaku na dojazdówkę do odcinka specjalnego po prostu nie odpaliła. Po baaaaardzo długiej analizie okazało się, że jest to jakiś poważny problem z układem wydechowym silnika, który uniemożliwia pracę jednostki napędowej. Tak więc auto Alrajhiego zostało odholowane od razu czyste i umyte wprost z biwaku…

Hołowczyc w drodze po trzecie miejsce.

To z kolei oznaczało awans na 3. miejsce w klasyfikacji rajdu Krzysztofa Hołowczyca, który choć jechał bez wielkich fajerwerków, to wciąż trzymał się w zasięgu czołówki, ale nie był w stanie dotrzymać tempa de Villiersowi i Nasserowi tracąc do nich niemal półtorej godziny. Niemniej unikali razem z Xavierem Panseri dużych problemów technicznych i nawigacyjnych, dzięki czemu wypracowali sobie także sporą przewagę nad stawką za nimi. Hołek nie popełnił błędu i taką samą pewną jazdą wykazał się do końca rajdu, bezproblemowo dowożąc wynik do podium w Buenos Aires. Niesamowicie się cieszę z podium Hołka. Wszyscy o tym marzyliśmy, już wiele lat aspirował on do podobnego wyniku, nieraz był bardzo blisko, a co roku pokazywał, że jego jazda pozwala na walkę o bycie w czołowej trójce, jednak wciąż ślepy los rzucał kłody pod nogi. Wreszcie ciężka praca przyniosła świetne efekty i mamy najlepsze miejsce reprezentanta Polski w kategorii samochodów w historii! Nie wolno przy tym zapominać o reszcie naszych reprezentantów. Marek Dąbrowski, jadący z zupełnie nowym i ściągniętym w ostatniej chwili pilotem, jechał bardzo dobrze, jak na brak zgrania załogi, co jest kluczowe w takiej imprezie. Wciąż mieścił się w 3. dziesiątce, okazjonalnie kończąc ciut niżej lub wyżej, ostatecznie był 23. Kilka miejsc za nim jechała załoga Beaupre/Lisicki w BMW, którzy wykazali się niebywałym hartem ducha. Zmierzyli się z kilkoma przygodami na trasie, zaliczyli także koziołkowanie. Mimo to dzielnie parli naprzód i ukończyli na 33. pozycji w rajdzie.

Peugeot na Salar de Uyuni

Wygrał oczywiście Nasser Al-Attiyah, przed de Villiersem, który pod koniec rajdu stracił już nadzieję na dogonienie rywala. Nasser był po prostu niesłychanie szybki i konsekwentny, nie popełnił przy tym ani jednego błędu. Przejechał rajd idealny. Giniel miał pod koniec kilka drobnych problemów nawigacyjnych, poza tym myślę, że zabrakło mu ciut możliwości, sprzętu oraz sił by całe dwa tygodnie utrzymywać szaleńcze tempo Katarczyka. Wielki powrót Peugeota, na który wiele osób liczyło, nie miał miejsca. Impreza okazała się zbyt trudna, a samochód sprawiał jeszcze za dużo problemów aby konkurować z najlepszymi, choć Sainz i Peterhansel często pokazywali tempo na czołową dziesiątkę. Z kolei dla Cyrila Despres była to impreza pełna nauki. Głównie nauki.

Polska Tatra Jamal na trasie rajdu

Jeśli chodzi o ciężarówki, to 2015. rok można nazwać pełnym triumfem Kamaza. Załogi tej marki zajęły całe podium w kolejności Mardeev, Nikolaev, Karginov. Panowie zgodnie wymieniali się zwycięstwami etapowymi. Tylko czasami, szczególnie pod koniec rajdu, pozwalali sobie na stracenie nie więcej niż kilku minut do Lopraisa, który z Tatry przesiadł się do MANa, czy do de Rooya w Iveco, którego początkowe problemy wykluczyły z walki o podium, mimo to przez dalszą część imprezy prezentował dobre tempo. Pod koniec przed Kamazy wyskakiwali także Holendrzy Stacey i Van Viliet. Nie miało to jednak żadnego dużego wpływu na ogólny obraz rywalizacji, a tu rządziły Kamazy kontrolujące przebieg rajdu od startu do mety.
Również w tej kategorii nasza reprezentacja zaliczyła historyczny wynik, czyli 19. miejsce załogi Szustkowski/Kazberuk/Skrobanek. Myślę, że możliwości były jeszcze większe, jednak początek rajdu to poważne problemy z jazdą w kurzu reszty stawki oraz kilka pomniejszych przygód. W drugiej części rajdu Robin Szustkowski miał z kolei poważne stadium grypy. To proste zdanie nie wyraża skali problemów z jakimi borykał się Robin i co za tym idzie, cała załoga. Niemal przed i po każdym etapie zawodnik był u lekarza faszerowany proszkami. Podczas jazdy z kolei Panowie musieli nieraz stawać, ze względu na stan Robina, żeby wyszedł z kabiny, usiadł i sobie odpoczął, pomijając już to, że lekarz kazał mu bardzo dużo pić, więc musieli niemal co kilkadziesiąt minut stawać by mógł najnormalniej w świecie załatwić potrzeby fizjologiczne. Nie zapominajmy, że w tej samej chwili jechali odcinki specjalne na czas i uzyskiwali świetne wyniki. Ba! Robin prowadził Tatrę na zmianę z Jarosławem Kazberukiem. Jakby tego było mało Tatra polskiej załogi jest w fazie rozwojowej i miała słabszy silnik oraz inne zawieszenie od podobnych pojazdów w rajdzie, co nieco ich spowolniało. Tym bardziej więc myślę, że całej załodze należą się OGROMNE brawa za taki rezultat, uzyskany w skrajnie niesprzyjających warunkach.

Najpotężniejsze problemy na odcinkach maratońskich mieli zawodnicy quadów oraz motocykli. Przyczyniła się do tego pogoda, która już nieraz zaskakiwała na Amerykańskim Dakarze. W tym roku burze i ulewy uderzyły kilka razy, między innymi na ostatnim odcinku rajdu, przez co został on skrócony. Naprawdę brzemienne w skutkach były jednak ulewy wieczorem między etapem siódmym oraz ósmym dla jednośladów i quadów. Kiedy załogi dużych czterokołowców zaliczały dzień odpoczynku, reszta była na trasie odcinka maratońskiego, w którym nie można korzystać z pomocy serwisu. Zawodnicy dojechali na miejsce spartańskiego biwaku, tam natomiast okazało się, że obóz jest cały podtopiony. Uczestnicy ani na to nie wpadli, ani nikt im nie podpowiedział by na odcinek zabierać cokolwiek wodoodpornego, czy dodatkowy ubiór na zmianę w razie przemoknięcia. Skutkiem tego wielu uczestników nazwało tą noc najgorszą na Dakarze. Prawdziwe dramaty miały jednak dopiero nadejść, choć niektórych już dotknęły. Na tym etapie, dotychczasowy lider Barreda Bort, uległ wypadkowi, w wyniku którego złamał kierownicę. Dokonał jednak niemożliwego i przejechał kolejne ponad 200 km odcinka kierując motocyklem jedną ręką i choć odpadł z rywalizacji o najwyższą stawkę, to pokazał, że w przyszłych edycjach będzie godnym rywalem dla Marka Comy, który teraz objął dość bezpieczne prowadzenie.

Piekło tegorocznego Dakaru – Salar de Uyuni

Następnego dnia wszyscy stawili się na starcie drugiej części odcinka maratońskiego. Nie byle jakiego bo biegnącego przez Salar de Uyuni – największe solnisko świata, powstałe po wyschnięciu ogromnego jeziora ze słoną wodą, znajdujące się na wysokości ponad 3500 m nad poziomem morza, wysoko w Andach. W sprzyjających warunkach jest to idealne miejsce do jazdy. Twarde i bardzo płaskie. Przy powierzchni ponad 10 000 kilometrów kwadratowych, największa zmierzona różnica poziomów wynosi 41 cm. Jednak tego dnia warunki z pewnością nie były sprzyjające. Ulewy i wciąż lekko padający deszcz zamieniły kilometry twardej soli w ogromne bajoro solanki, sięgającej nieraz do połowy wysokości motocykla. Co sól robi z metalem chyba każdy dobrze wie. Wyobraźcie sobie zatem jazdę w nasyconym roztworze soli, a także solnym pyle podnoszonym przez konkurentów wokół nas. Start do tego odcinka odbywał się w grupach, więc ilość podniesionej soli była dodatkowo zwielokrotniona. Piekło dla sprzętu. Wydechy motocykli zapychały się wysychającą solą. Silniki gotowały się przez zapchane chłodnice, które dodatkowo po zjeździe z morza solanki zatkane zostały błotem. Wszystkie styki przewodów elektrycznych korodowały w tempie przyspieszonym, elektronika wariowała, zawodnicy walczyli ze sprzętem dosłownie kilometr za kilometrem. Na niewiele to się jednak zdało. Tylko na tym jednym etapie wycofało się 18 motocyklistów, w tym niestety nasz Kuba Piątek. Usterka elektryki motocykla na solnisku okazała się nie do naprawienia.

Skutki przejazdu po Salar de Uyuni zamienionym w morze solanki miały się dawać niektórym we znaki jeszcze niemal do końca rajdu. Zawodnicy nie dostali czasu na rozpamiętywanie tego co się stało. Po etapie maratońskim czekał ich kolejny dzień z normalnym odcinkiem, po którym jechali do serwisu, a następnie… kolejny etap maratoński. Ten drugi okazał się najbardziej brzemienny w skutkach dla zespołu Hondy. Mimo, że Bort nie liczył się już w walce o zwycięstwo, to Goncalves był zaledwie kilka minut za prowadzącym Comą i zwycięstwo wciąż było w zasięgu ręki. Silniki Hondy nie dały jednak rady i zawodnicy na biwaku etapu maratońskiego wymienili się nimi, tak by Goncalves miał jak najlepszy. Oznaczało to kary czasowe dla wszystkich trzech członków teamu Hondy i mimo świetnych czasów na etapie dnia następnego, zepchnęły one zawodników na dalsze miejsca. Tymczasem wciąż świetnie spisywał się Toby Price. Debiutant, który imponował szybką, bezproblemową i bardzo pewną, dorosłą jazdą. Nie popełnił już żadnego błędu i pozwoliło mu to w rezultacie na zajęcie wyśmienitego, trzeciego miejsca w rajdzie. Po raz piąty wygrał Marc Coma, drugi był Goncalves broniący honoru Hondy. Nie sprawdziły się więc moje przepowiednie o końcu czasu „starej gwardii”, choć Bort był bardzo szybki przez cały rajd i gdyby nie usterka sprzętu, to Coma mógłby myśleć jak dogonić Barredę. Historyczny wynik uzyskała Laia Sanz finiszując jako najwyżej sklasyfikowana, w kategorii motocyklów, kobieta w historii Dakaru. Dziewiąte miejsce jest marzeniem wielu zawodników, ona nie dała się trudom imprezy i świetnie sobie poradziła.
Jakub Piątek jechał niezły rajd i zebrał cenne doświadczenie, choć już teraz jego tempo pokazywało, że może uzyskiwać w przyszłości wyniki przynajmniej tak dobre jak Kuba Przygoński. Ten z kolei finiszował ostatecznie na niezłej 18. pozycji. W dodatku miał usterkę techniczną na ostatnim etapie i stracił ponad godzinę, choć miejsce w klasyfikacji udało się utrzymać. Myślę, że Kuba nie był zadowolony ze swojego wyniku bo i on, i my wiemy, że stać go na więcej, co już pokazywał. Być może był nieco zmęczony po tegorocznej kontuzji, a może to właśnie ona ciut dalej przeszkadzała w jechaniu lepszym tempem. Pamiętajmy, że Kuba złamał aż trzy kręgi, uraz był zatem niezwykle poważny. Obaj na pewno wrócą mocniejsi w 2016.

Rafał Sonik spisywał się świetnie przez cały rajd.

Quadowcy przeżywali dokładnie te same maratońskie i solne dramaty, co motocykliści. Tu także odcinki bez obsługi mechaników miały okazać się rozstrzygające dla losów rajdu. Jazdę po ogromnej kałuży solanki cała czołówka przetrwała, o dziwo, nietknięta. Prawdziwym punktem przełomowym okazał się drugi etap maratoński. Dziesiąty odcinek specjalny, po którym zawodnicy musieli sobie radzić sami z naprawami sprzętu, wyeliminował z walki dwóch największych rywali liderującego Rafała Sonika. Pierwszy wycofał się Ignacio Casale, który bardzo naciskał chcąc odrobić stratę do Polaka. Takiej jazdy nie wytrzymał sprzęt i zerwany łańcuch w środku etapu maratońskiego nie pozwolił na dalszą walkę. Niedługo potem wypadek miał Sergio Lafuente, który jakimś cudem nie ucierpiał na zdrowiu, jednak część zawieszenia jego quada przestała istnieć. Nie było czym dalej jechać. Nie można jednak pominąć, że Sonik także na X etapie ledwo uszedł ze zdrowiem, gdyż spadł ze sporego uskoku przy dużej prędkości i sam mówił, że nogi oraz kręgosłup bardzo mocno „dostały”, o samym quadzie nawet nie wspominając.
W wyniku stracenia najbliższych rywali Polak został z przewagą niemal 3 godzin nad drugim Ferioli i prawie 4 nad trzecim Nosigilią. Rafał jechał bardzo bezpiecznie na kolejnych odcinkach, dając wygrywać konkurentom i troszcząc się o sprzęt. Czuł już na plecach ciężar wyniku. Wyniku, który ostatecznie udało się dowieźć i napisać na nowo historię Polaków w Dakarze. Po raz pierwszy Polak wygrał ten legendarny rajd! Wygrał jak najbardziej zasłużenie, od kilku lat zdobywając Puchar Świata rajdów cross-country i aspirując do miana najlepszego zawodnika tej kategorii na świecie. Teraz dołożył do kolekcji zwycięstwo Dakarze i wszystko jest już jasne. Sonik jest po prostu najlepszym quadowcem cross-country na świecie!

Białoruski Maz na trasie

Dakar 2015 zapamiętamy jako ogromny sukces Polaków, poprzedzony jednak bardzo smutnymi informacjami związanymi najpierw ze śmiercią syna Jacka Czachora, a potem ze śmiercią Michała Hernika. Człowieka, który tylko realizował swoją pasję. Dla niego jechała reszta naszej reprezentacji i oddali hołd najlepszy z możliwych dodatkowo zapisując tegoroczną imprezę w naszej pamięci.
Sama trasa wzbudziła sporo kontrowersji. Po raz pierwszy od przeniesienia Dakaru do Ameryki Południowej zawodnicy wprost mówili, że jest ona zbyt trudna. Tak trudna, że z jej obsługą nie radzą sobie nawet sami organizatorzy. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się podobnych stwierdzeń na edycji w Ameryce, którą wielu nazywało uproszczoną namiastką prawdziwego rajdu Paryż-Dakar. Coś się jednak zmieniło, na pewno na lepsze, choć nie można do przesady ryzykować życiem i zdrowiem zawodników, ale z tego organizatorzy na pewno zdają sobie sprawę. Wyzwanie jakim była tegoroczna impreza najlepiej zobrazują liczby. Rajd ukończyło odpowiednio: 81% ciężarówek, które wystartowały z Buenos Aires, 50% samochodów, 49% motocykli i 40% quadów.

Gotowi na kolejną przygodę?

Dakar 2015 stanął na wysokości zadania. Teraz czas rozpocząć… oczekiwanie na edycję 2016.

Zdjęcia użyte we wpisie pochodzą ze stron dakar.com i dakar.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *