Koniec mitów I : GP Korei

Vettel podczas GP Korei 2012.

Jak każdy chyba pamięta, obecny sezon F1 był niesamowicie chwalony za to jaki jest nieprzewidywalny, że to wszystko zasługa zmian, regulaminów, opon, wyrównanej stawki. Ja natomiast już jakiś czas temu powiedziałem, że to tak naprawdę nic innego jak kumulacja chaosu i zbiegów okoliczności, która doprowadziła do takiej, a nie innej sytuacji w klasyfikacji generalnej oraz, że całość ma się ku końcowi i iluzja się powoli rozpływa. GP Korei wreszcie chyba utwierdziło w tym wszystkich niedowiarków.

Może zacznę od tego, że nie jestem fanem żadnej ze stron domagającej się albo ciekawego sezonu, albo typowo „formułowego” dla wielu rozumianego jako nudny. Trudno jednak nie zauważyć, że obecny sezon nie był, przynajmniej do tej pory, ciekawy w sposób jaki nam wmawiano, ale po prostu… dziwny. Z resztą częściowo dziwny jest nadal. Przykładem niech będzie forma McLarena i jego niezawodność. Zespół przez lata znany ze swojej solidności i stałej, wysokiej formy. Znany z posiadania bodaj najnowocześniejszej i najdroższej siedziby ze wszystkich zespołów F1 i świetnego zaplecza technicznego pracującego nad tym by bolid na dany sezon przez cały rok utrzymywał się na szczycie. Teraz McLareny mają awarie, mają ewidentne defekty powtarzające się w obu bolidach. Mało tego mają po prostu słabe tempo poza torami, które się idealnie nie wpasują w charakterystykę bolidu. Dziwne to niesłychanie, czyżby właśnie na naszych oczach burzył się mit McLarena ostatnich lat? Czyżby do tego przyczynić się miał Hamilton odchodzący po sezonie do Mercedesa?

Felipe Massa wreszcie zaczął jeździć, a nie się toczyć.

Mit ciekawego sezonu został niestety zakończony, znów, przez zespół Red Bull Racing. Rzut oka na kalendarz i każdy już wie: począwszy od Singapuru wszystkie tory do końca sezonu sprzyjają bolidom Vettela i Webbera. Nie jest to ani ich wina, ani zasługa. Nie jest również winą Alonso, który cudem i przy sprzyjających okolicznościach przyrody oraz odrobinie szczęścia, a także ogromnemu talentowi do tej pory prowadził w klasyfikacji indywidualnej. Nie jest także winą inżynierów Ferrari, że Red Bull Racing jest szybsze. Ferrari bowiem dokonało bodaj największego postępu ze wszystkich zespołów w tym sezonie. Każdy pamięta co się działo w pierwszych wyścigach, a jednak inżynierom udało się dogadać z zupełnie nową konstrukcją. Ba! Wreszcie z nią jak i ze swoją głową dogadał się Felipe Massa, który w dzisiejszym wyścigu ogółem okazał się szybszy od Fernando Alonso jadącego w tym samym bolidzie. Naprawdę nie wiem czy można wymagać od Brazylijczyka jeszcze więcej. Dobrze, że znów jest „wśród żywych.”

Wina nie jest niczyja, jest natomiast zasługa. Adriana Neweya i spółki. Wiem. Inżynierom nie można zapisywać wszystkiego bo ktoś musi ten bolid w końcu jeszcze poprowadzić. Nie udawajmy jednak. Ktoś taki jak Newey to skarb i myślę, że ma lub powinien mieć płacone więcej niż niejeden kierowca. Talent, doświadczenie i płynące z tego umiejętności inżynierskie, a także sprytnego kombinowania w obrębie przepisów dają niesamowite wyniki i jest to, stety lub nie, niepodważalne.

Tak więc patrząc na tabelę ma się nieodparte wrażenie, że gdyby nie dwa wyścigi zakończone przez Alonso na pierwszym zakręcie, walka do końca sezonu mogłaby być rzeczywiście ciekawa. Teraz jednak przed Alonso stoi zadanie niemal niemożliwe, czyli pojawiać się na mecie przed Vettelem, który pewny swego i pewny pojazdu, w którym siedzi będzie teraz w błyskawicznym tempie zmierzał po trzeci tytuł mistrzowski. Chaos się skończył. Zespoły dogadały się z oponami. Kierowcy dogadali się z głowami. Inżynierowie (nie wszyscy) dogadali się z bolidami. Mitów koniec, teraz została tylko walka na jak najlepszą broń i największe szczęście. Talent może przecież nie wystarczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *