F1 Grand Prix Włoch 2018

Wyścig na legendarnej Monzie od ośmiu lat nie padł łupem Ferrari. W swoim domowym Grand Prix Włoch 2018 czerwoni wreszcie mieli szansę odnieść zwycięstwo i… znów ją zmarnowali.

Monza i wyścig F1 na tym torze są wydarzeniem jedynym w swoim rodzaju. To się czuje nawet oglądając relację w telewizji. Na włoskim torze główną rolę odgrywają Tifosi, czyli fanatyczni kibice i Ferrari, czyli zespół, któremu kibicują. Przynajmniej tak powinno być. Jednak od lat włoski zespół nie staje na wysokości zadania i ostatnie zwycięstwo w swoim domowym wyścigu odniósł w 2010 roku, jeszcze z Fernando Alonso za kierownicą. Od tego czasu czerwoni nie mieli ani razu poważnych szans na wygraną, co więcej, w ostatnich latach wyścig jest królestwem największego rywala Ferrari – Mercedesa.

Tym razem miało być jednak inaczej. Moc silnika Ferrari pokazana w ostatnich wyścigach stawiała ich wręcz w roli faworytów. Ferrari dominowało z resztą w treningach, choć z zaskakująco dobrej strony pokazywały się też bolidy Force India. Największym zaskoczeniem była jednak forma Williamsa, którego bolidy zgłaszały chęć meldowania się w środku stawki. To tylko potwierdzało, że na Monzie moc jednostki napędowej jest wszystkim – w końcu Williams korzysta z silników Mercedesa, podobnie jak Force India. Nieco w opozycji także Red Bull nie wypadał najgorzej, pokazując, że świetną aerodynamiką, z której zespół słynie, można nadrobić niedobory mocy. Z resztą publiczne wypowiedzi kierownictwa zespołu o tym świadczą. Christian Horner powiedział ostatnio, że od Hondy oczekują po prostu najmocniejszego silnika jaki są w stanie zrobić, a oni już zapewnią mu odpowiednią wentylację i prace z jak najmniejszym obciążeniem aerodynamiki.

Jednak zaskoczenie

Wreszcie przyszły kwalifikacje. Już w pierwszej części mieliśmy drobne zaskoczenie, gdyż odpadł Sergio Perez. Przez błąd taktyczny zespołu zawodnikowi do awansu zabrakło zaledwie jednej tysięcznej sekundy. W drugiej części kolejnym sporym zaskoczeniem był awans Lance’a Strolla do Q3. Dopiero podczas finalnej rozgrywki sytuacja na czele naprawdę się zagęściła. Przez chwilę serca włoskich kibiców zatrzymały się, kiedy na tablicy najwyżej pokazał się czas Lewisa Hamiltona. Wtedy Mercedesy i Ferrari wyruszyły na ostatni przejazd. Tu czerwoni popełnili pierwszy z błędów podczas weekendu. Chcieli wypuścić swoich zawodników tak, aby Raikkonen jechał w cieniu aerodynamicznym Vettela, a Sebastian z kolei w cieniu Mercedesów. Jazda w cieniu aerodynamicznym jest bardzo ważna na Monzie, bo zmniejszenie oporów, czyli zwiększenie prędkości maksymalnej, jest kluczowe na torze z taką ilością prostych. Niestety włoski zespół pozwolił na „wbicie się” przed Vettela jednego z bolidów Renault. Zanim Sebastian sobie z nim poradził i rozpoczął pogoń za Mercedesami na okrążeniu wyjazdowym, Srebrne Strzały były już tak daleko z przodu, że można było zapomnieć o skorzystaniu z ich cienia aerodynamicznego. Wkurzony Vettel przejechał okrążenie, które sam uznał nawet za słabe, choć wywalczył drugie miejsce startowe. Jadący za nim Raikkonen skorzystał z jazdy za innym bolidem i po raz pierwszy od lat wywalczył pole position, przejeżdżając jednocześnie najszybsze okrążenie w historii F1. Jak można było się spodziewać, na starcie za dwoma Ferrari, ustawiły się oba Mercedesy.  O dziwo piąte pole startowe udało się wywalczyć Verstappenowi, przed Haasem Grosjeana oraz Renault Sainza. Pierwszą dziesiątkę na starcie dopełnili Ocon, Gasly i Stroll.

Znów Vettel

Pogoda na wyścig była niepewna. Choć tor był suchy, było prawdopodobieństwo lekkich opadów. O dziwo także sam start przebiegł bez poważnych problemów, co jak na ten tor jest nietypowe. Cała stawka zmieściła się koło w koło w pierwszą ciasną szykanę, po długim dojeździe z pól startowych. Na czele Mercedesy tym razem wystartowały równie dobrze co Ferrari, jednak nie udało im się awansować, a Bottas nawet stracił miejsce na rzecz Verstappena. Jeszcze na prostej startowej swój wyścig zakończył za to Brendon Hartley. Zahaczone przez inny bolid zawieszenie w jego aucie się po prostu… złamało. Tyle tego było.

Raikkonen po pierwszej szykanie utrzymał pozycję lidera, jednak Vettel uwikłany w walkę z Hamiltonem nie wyszedł idealnie z Rettifilo i w kolejnym szybkim łuku Hamilton schował się tuż za Niemcem, by wyskoczyć obok niego na wejściu w następną szykanę Variante della Roggia. Lewis zaatakował po zewnętrznej. Vettel nie zmieścił się w zakręcie lub celowo próbował jeszcze nieco wypchnąć Brytyjczyka. Tak, czy siak skończyło się na kontakcie i obrocie Vettela, połączonym ze spadkiem na koniec stawki. Marzenia o zwycięstwie Sebastiana i dublecie Ferrari legły w gruzach już na czwartym zakręcie wyścigu.

Po zamęcie z Hartley’em i Vettelem na torze wprowadzono okres neutralizacji, by posprzątać walające się elementy bolidów. Restart nie wyszedł dobrze Kimiemu Raikkonenowi, który został wyprzedzony na dojeździe do pierwszego zakrętu toru. Na szczęście nie poddał się i odebrał pozycję lidera Hamiltonowi dwa zakręty dalej, dokładnie tam gdzie chwilę wcześniej obrócił się Vettel. Od tej pory czołowa dwójka jechała w minimalnym odstępie, gdzieś w okolicach maksimum półtorej sekundy, choć nie raz i małym na tyle, by Lewis mógł korzystać z systemu DRS. Mimo wszystko Kimi dawał z siebie (chyba) wszystko i cały czas trzymał się na przedzie.

Planowanie, a nie cuda

Po dwudziestym okrążeniu po nowe opony zjechał Raikkonen. Na torze został Hamilton, który dostał rozkaz ciśnięcia ile to tylko możliwe. O dziwo jednak Lewis nie zjechał do boksów na kolejnym okrążeniu, ani na jeszcze następnym, ani później… Niektórzy kierowcy raportowali pojedyncze krople deszczu nad torem, więc może Mercedes liczył na zyskanie jednego zjazdu przez zmianę od razu na opony przejściowe, albo nawet wyjazd samochodu bezpieczeństwa.  Nic takiego nie miało miejsca i Hamilton zjechał po nowy komplet opon po kilku ładnych okrążeniach, kiedy już z każdą sekundą tracił dystans do Kimiego. Tymczasem z przodu Bottas pozostawał na tym samym komplecie ogumienia, na którym wystartował i zaczynał powoli blokować Ferrari Raikkonena. Być może taki był plan Mercedesa, gdyż wyjeżdżający z boksów Hamilton szybko zniwelował prawie sześciosekundową stratę do Kimiego. Wtedy Valtteri został już zdjęty z toru, a Brytyjczyk usiadł na ogonie liderowi wyścigu.

To nie mogło się udać, po prostu nie było fizycznej, matematycznej, czy logicznej możliwości. Raikkonen na zajechanych przez podążanie za wolnym Bottasem oponach, Hamilton na sporo świeższych, jadący tuż za nim. Tifosi liczyli na cud, który nie nadszedł. Hamilton wyczekał jeszcze kilka okrążeni, aż opony Kimiego osiągną ostateczny stan rozkładu, po czym minął Fina, jakby jechał bolidem innej klasy. Nie minęła dłuższa chwila, a Lewis był już na przedzie z przewagą ponad pięciu sekund. Wpadł na metę pierwszy przed Raikkonenem i Bottasem, który skorzystał na kontrowersyjnej karze przyznanej Verstappenowi. Skorzystał na niej też Vettel, który ostatecznie uplasował się na czwartej pozycji, przed Maxem. Poza walką na ścisłym czele stawki trudno jednoznacznie wskazać ciekawe wydarzenia z dalszych pozycji – za wiele się tam po prostu nie działo.

Poza torem

Kolejny w tym sezonie błąd Vettela zdecydowanie skłania do myślenia, że ten zawodnik na tytuł po prostu nie zasługuje. Nawet ja, jako kibic Ferrari, już tak uważam. Niemniej w sieci pojawiają się ciekawe artykuły, na przykład TEN opublikowany przez SkySports. Wynikają z nich ciekawe wnioski i teorie, nieco broniące Vettela. Mianowicie Sebastian w Red Bullu przychodził na gotowe. Zespół robił wszystko, on tylko wsiadał do świetnie przygotowanego bolidu i miał pojechać najlepiej jak potrafi. Mniej więcej tak ma teraz również Lewis Hamilton. Ferrari jest jednak inne i ma jeszcze zaszłości, kiedy zespołem rządził de facto Schumacher na spółkę z Todt’em oraz Brawnem. Ci dwaj ostatni Panowie zapewniali, że zespół jest skoncentrowany wokół ich mistrza, a on może go pod siebie układać, co z ich pomocą tak bardzo nie zajmowało uwagi. Vettel tego nie ma, próbuje jednak robić to samo, gdyż zespół zdecydowanie tego potrzebuje. Ferrari od lat nie działa idealnie i choć próbują, to w ich organizacji wciąż pojawiają się ogromne luki, które Vettel próbuje na własną rękę łatać, co prowadzi do frustracji i przede wszystkim mniejszego skoncentrowania się na tym, co powinien robić, czyli samej jeździe. To w żaden sposób nie usprawiedliwia Niemca, ale daje też pewien pogląd, że czasem sytuacja nie jest tak prosta jak tylko to, co widzimy na torze.

Wyścig w Singapurze już za nieco ponad tydzień. Tam przekonamy się, czy Ferrari uda się wreszcie poskładać zwycięski zespół, czy dalej na własne życzenie będą zmniejszać swoje szanse na tytuł.

Dodaj komentarz