F1 Grand Prix Chin 2018

Trzeci wyścig sezonu i trzecie zaskakujące rozstrzygnięcie. Mówi się, że pierwsze trzy weekendy wyścigowe to ustalanie się sił w stawce na resztę roku. Jeśli tak, to po Grand Prix Chin 2018 możemy powiedzieć, że czeka nas jeden z najciekawszych sezonów ostatnich lat.

Wszystko zaczęło się nad wyraz standardowo, czyli od dominacji Mercedesa i Hamiltona w treningach. Wydawało się, że mamy powrót do dobrze nam znanego układu sił. Z czasem jednak przewaga Mercedesa malała, a w ostatnim sobotnim treningu przed kwalifikacjami na czele zameldowały się oba Ferrari i to z czasami lepszymi od Mercedesów o ponad 0.4 sekundy. Mało tego, Srebrne Strzały nie prezentowały wcale lepszego tempa na jednym okrążeniu niż zespół Red Bull Racing. Z kolei symulacje wyścigu pokazywały, że najszybsze na dłuższym dystansie powinny być Mercedesy, a przy tym niemiecki zespół nie przegrał tu kwalifikacji od 2012 roku!

Kwalifikacje miały pokazać, czy tą zwycięską serię uda się utrzymać. Na początek pokazały jednak dużą siłę zespołu RBR, którego mechanicy dokonali niemal niemożliwego. Po rozpadnięciu się turbosprężarki w końcówce porannego treningu udało im się wymienić całą jednostkę napędową i zdążyć na tyle, by Daniel Ricciardo wyjechał w pierwszej sesji kwalifikacyjnej na okrążenie pomiarowe, które pozwoliło mu awansować dalej. Zupełne odwrócenie ról nastąpiło natomiast w Toro Rosso, gdzie bohater poprzedniego wyścigu, Pierre Gasly, odpadł już w pierwszej sesji wraz z kierowcami Williamsa i Saubera. Później w Q2 obyło się bez dużych zaskoczeń aż do ostatniej części czasówki, kiedy to o pole position walczyli ze sobą praktycznie tylko kierowcy Ferrari. Do ostatniej chwili wydawało się, że po raz pierwszy od dłuższego czasu pole position wywalczy Kimi Raikkonen, jednak dobry przejazd trzeciego sektora pozwolił Vettelowi na zgarnięcie pierwszego pola startowego. Kierowcy Mercedesa nie mogli nawet próbować zbliżyć się do tempa czerwonych na jednym okrążeniu i najlepszy z nich stracił ponad pół sekundy do czasu na pole position. Co ciekawe znów tym lepszym był Valtteri Bottas, a nie Lewis Hamilton. Za Mercedesami ustawił się z kolei duet Red Bulla, dopełniając obraz układu sił w trójce czołowych zespołów.

Wyścig rozpoczął się dla Ferrari niepomyślnie i to na ich własne życzenie. Konkretnie na życzenie Sebastiana Vettela, który nie wykazał się zmysłem taktycznym i na pierwszym zakręcie przyblokował dość mocno dobrze startującego Kimiego Raikkonena. Z tego powodu Fin stracił pozycję nie tylko na rzecz Bottasa, ale także Verstappena, który na starcie poradził sobie także z Lewisem Hamiltonem. Za Brytyjczykiem podróżował Ricciardo, a w pierwszej dziesiątce zmieścił się odpowiednio jeszcze cały zespół Renault, przed oboma kierowcami Haasa. Grosjean nie mógł jednak utrzymać tempa kolegi zespołowego i został poproszony o przepuszczenie Magnussena. Po chwili Francuza dogonił Alonso, podjął nieudaną próbę ataku, a wszystko wykorzystał zbliżający się do tej dwójki Ocon w Force India. Tymczasem z przodu Sebastian Vettel jechał swój wyścig, budując kilkusekundową przewagę nad Bottasem. Co ciekawe za plecami tej dwójki trzej kierowcy różnych zespołów utrzymywali status quo i mniej więcej stałe odstępy.

Na osiemnastym okrążeniu czołówka rozpoczęła zjazdy do boksów. Pierwsi po nowe opony pośrednie pojawili się kierowcy Red Bulla. Zaraz po nich po tą samą mieszankę zjechali także kierowcy Mercedesa. Z jakiś bliżej niesprecyzowanych powodów, Ferrari zwlekało ze zjazdami swoich kierowców, co oznaczało dla nich duże straty czasowe. Kiedy wreszcie Vettel zjechał na zmianę opon po Bottasie, okazało się, że powrócił na tor za nim i to z bezpiecznym dla Fina odstępem! Na torze pozostał natomiast Raikkonen, potężnie tracący na każdym okrążeniu, choć prowadzący w wyścigu. Ferrari podjęło desperacką i nieco żenującą próbę ratowania wyścigu Sebastiana, dla odmiany dodatkowo niszcząc jeszcze wyścig Kimiego. Raikkonen pozostał na torze jako „ruchoma zapora” dla szybko zbliżającego się Bottasa, którego z kolei powoli doganiał Vettel. Cel był taki by ułatwić drugiemu Ferrari powrót na pozycję lidera. Nie do końca się to udało, bo choć Sebastian zbliżył się na odległość ataku do Valtteriego, to jednak nie zdołał go wyprzedzić. Kiedy Kimi wreszcie zjechał do boksów, powrócił na tor na szóstym miejscu za Hamiltonem i Ricciardo.

Raptem kilka okrążeń później miało miejsce wydarzenie, które pozwoliło zupełnie odwrócić losy rywalizacji w wyścigu. W zakręcie numer 14, czyli nawrocie po najdłuższej prostej toru, zderzyli się kierowcy Toro Rosso. Kontakt był wynikiem nieporozumienia między nimi i zespołem. Hartley chciał puścić Gasly’ego na wyjściu z nawrotu, Gasly natomiast pomyślał, że kolega zespołowy zrobi to już na wejściu w zakręt. Tymczasem Brendon po prostu nie pojechał idealną linią, zostawiając nieco miejsca po wewnętrznej. Skończyło się wbiciem bolidu Gasly’iego w bok Toro Rosso Nowozelandczyka. Ogólny chaos i duża ilość szczątków pozostałych na torze zmusiły dyrekcję wyścigu do wysłania na tor samochodu bezpieczeństwa. Nie uczyniono tego jednak od razu, ale niemal okrążenie później po całym zajściu. Liderzy zdążyli już minąć zjazd do boksów, ale iście mistrzowskim wyczuciem czasu wykazał się zespół Red Bull Racing, który w ostatniej chwili ściągnął na raz obu swoich kierowców po nowe miękkie opony.

Jeszcze przed restartem Hamilton zapytał swojego inżyniera wyścigowego: „Czy mi się wydaje, czy dookoła mnie są ludzie na świeżych oponach?”. Tak było, a konkretnie miał za plecami dwóch kierowców RBR rozdzielanych przez Raikkonena. Ro restarcie udany atak na Grosjeana przypuścił Alonso. Z przodu przez chwilę było spokojnie, Bottas nawet próbował budować przewagę nad Vetttelem, ale potem do głosu doszli kierowcy Red Bull Racing. Ricciardo bez problemów wyprzedził Ferrari Raikkonena, nawet pomimo niemożności użycia DRSu, który jest aktywowany dopiero dwa okrążenia po zakończeniu neutralizacji. Chwilę później atak na Hamiltona przypuścił Verstappen, ale w sekwencji szybkich zakrętów 7-8 pojedynek na nerwy wygrał Brytyjczyk, któremu udało się przestraszyć Maxa na tyle, że uciekł poza tor i stracił lokatę na rzecz Ricciardo. Ten nie próżnował i już kilka zakrętów później wyprzedził Hamiltona na wejściu w nawrót.

Szarża kierowców RBR trwała. Na kolejnym okrążeniu Lewisa przeskoczył także Verstappen, a dosłownie chwilę później Ricciardo wskoczył bezproblemowo przed Vettela i zaczął pościg za prowadzącym Bottasem. Na kolejny okrążeniu Max przypuścił atak na czerwone Ferrari przed nim. Na dohamowaniu do nawrotu nr 14 w ostatniej chwili wyskoczył na wewnętrzną, mimo że Vettel już wchodził w zakręt. Zresztą Holender był tak spóźniony z hamowaniem, że nawet gdyby nie było tam innego bolidu Verstappen i tak miałby problemy by zmieścić się w torze. Tak, skończyło się na wbiciu w bok włoskiego bolidu. Uderzenie było dość solidne, Vettel zaliczył obrót i miał widocznie uszkodzoną podłogę. Jakimś cudem w bolidzie RBR nie ucierpiało kompletnie nic, nawet przednie skrzydło, czy opona. Stojącą na torze dwójkę minęli Hamilton i Raikkonen. Max dość szybko ruszył i rozpoczął pogoń, ale Vettel spadł aż na siódmą pozycję i było widać, że ma problemy. Coraz szybciej zbliżał się do niego Fernando Alonso.

Na czele Ricciardo wykorzystywał wszystko co miał w zanadrzu. Na kilka okrążeń przed metą zbliżył się wreszcie do Bottasa i przeprowadził piękny atak, wciskając się po wewnętrznej w zakręcie numer 4. Kierowca Mercedesa nie miał na to żadnej odpowiedzi, a o utrzymaniu tempa nowego lidera wyścigu mógł tylko pomarzyć. W tym samym czasie na Verstappena nałożono karę 10 sekund doliczonych do czasu wyścigu, miał zatem dodatkową motywację by się śpieszyć w pogoni za Hamiltonem. Po wyprzedzeniu Brytyjczyka na ostatnich okrążeniach zbliżał się już do Raikkonena próbującego zaatakować Bottasa. Kimiemu nie udało się jednak realnie zagrozić pozycji Valtteriego. Na metę pierwszy wpadł zatem przeszczęśliwy Ricciardo, przed Bottasem i Raikkonenem. Verstappen po doliczeniu kary spadł na piątą pozycję za Hamiltona. Szósty rywalizację ukończył Nico Hulkenberg, przed Alonso, który agresywnym manewrem wyprzedził w końcu kulejące Ferrari Vettela.

Jak można się domyślać szczęściu Ricciardo nie było końca. Australijczyk pokazał się ze świetnej strony zdobywając szóste zwycięstwo w karierze. Co ciekawe wszystkie wygrane przez niego wyścigi rozpoczynał startując z pozycji 4. lub jeszcze dalszej. To pokazuje, że jest kierowcą świetnie wykorzystującym nadarzające się okazje i nie popełniającym przy tym błędów. Dla kontrastu Max Verstappen znów pokazał, że między geniuszem a szaleństwem jest bardzo cienka granica i w kluczowych momentach brak mu chłodnej analizy sytuacji. Dobrze chociaż, że wziął na siebie całą winę za kraksę z Vettelem. Najlepiej jego występ podsumował Helmut Marko: „Max oddał pewne zwycięstwo”. Generalnie od bardzo dobrej strony pokazał się cały zespół Red Bull Racing, który zadziałał perfekcyjnie w kluczowym momencie wyścigu, rozkładając taktycznie na łopatki dwa czołowe zespoły. Wyglądało to tak jakby jedni po prostu podejmowali decyzję, a inni najpierw musieli wszystko przeanalizować na średniowiecznych kalkulatorach, czy raczej może przeliczając obwarzanki na sznurku. To w końcu Formuła 1, a nie zawody podwórkowe. W tym wyścigu wydawało się, że między taktykami Red Bulla i innych zespołów jest przepaść szerokości Oceanu Atlantyckiego. Taktycznie już na samym starcie nie wykazał się sam Sebastain Vettel, blokując swojego zespołowego partnera na tyle mocno, że rozdzielił zespół, który mógł wykorzystać wspólną jazdę jako siłę w dalszej części wyścigu.

Jak na razie sezon 2018 maluje się nadzwyczaj ciekawie. Kryzys Mercedesa, lepsza forma Ferrari, przebłyski geniuszu Red Bulla, co wyścig to lepszy. Oby tak było dalej!

Dodaj komentarz