F1 Grand Prix Australii 2018

Nareszcie! Czekanie dobiegło końca! Po sezonie ogórkowym, testach, zgadywaniu, ukrywaniu formy i… błaganiu by nie był to kolejny sezon dominacji Mercedesa, rozpoczyna się kolejny rok rywalizacji o tytuł Mistrza Świata Formuły 1. Wyścig otwarcia to oczywiście Grand Prix Australii, rozegrane w miniony weekend.

Na wstępie warto szybko streścić testy przedsezonowe. Z tych wiadomo było jedynie, że w Barcelonie pod koniec pierwszego kwartału może spaść śnieg, McLaren ma pewne problemy z implementacją jednostki Renault, a (o ironio) Toro Rosso nie ma żadnych problemów z niezawodnością silników Hondy. W ścisłej czołówce nie ulegało wątpliwościom, że to Mercedes wciąż jest liderem, tak naprawdę jedynym pytaniem było jak daleko są z przodu i czy rywale będą potrafili chociaż wywrzeć presję na Srebrne Strzały. Rywale to oczywiście głównie Red Bull i Ferrari. Byki wydawało się, że nie zaliczyły dużego postępu, za co członkowie zespołu chętnie zwalali winę na jednostki Renault. Ferrari natomiast mocno zaryzykowało przed tym sezonem zmieniając od minionego filozofię konstrukcji bolidu, zwiększając odstęp między osiami. Tak naprawdę to czerwoni mają jeszcze sporo do nauczenia się o swoim samochodzie i znalezienia jego maksymalnego tempa.

Potwierdzenie dominacji Mercedesa można było obserwować już od pierwszych treningów, zdominowanych oczywiście przez Lewisa Hamiltona. Trzeci trening poszedł na konto Vettela, ale sesję rozgrywaną na mokrym torze trudno uznać za miarodajną. Wydawało się także, że Red Bull znalazł nieco tempa i jest co najmniej na równi z Ferrari w pogoni za Mercedesem. Za czołówką z kolei zaskakująco dobre tempo pokazywał Haas i wreszcie nie najgorzej prezentował się też McLaren, zaznaczając swoje miejsce w czołowej dziesiątce. Jasne, że wyniki były niezłe, ale z kolei teraz brytyjski zespół stracił wymówkę, jaką był silnik Hondy, i jeśli Panowie wciąż twierdzą, że mają najlepsze podwozie w stawce, to czas by zaczęli to pokazywać wskakując do czołówki.

Nowy silnik i nowa nadzieja w McLarenie

Tyle teorii i zgadywania, bo potem przyszły kwalifikacje, czyli prawdziwy pokaz sił. Tutaj sporo domysłów z treningów się potwierdziło, niestety także dotyczących formy Williamsa i Torro Rosso, które to zespoły dołączyły do Saubera w ogonie stawki. Na przedzie wydawało się, że Mercedes ma w Ferrari godnego rywala i, co ciekawe, tu lepiej od Vettela prezentował się Kimi Raikkonen. Wydawało się tak aż do ostatniej części kwalifikacji. Tam Bottas roztrzaskał swój samochód już przy pierwszej próbie wykręcenia czasu i na pierwszych zakrętach okrążenia. Wydawało się, że tym razem Ferrari ma szansę wydrzeć Pole Position Mercedesowi, kiedy to nagle Hamilton wykręcił okrążenie, poprawiając swój kolejny czas o prawie 0.7 sekundy i odstawiając resztę stawki na podobny dystans. Ostatecznie więc pierwsze pole startowe zgarnął praktycznie niezagrożony Lewis, przed Ferrari Raikkonena i Vettela. Dalej uplasował się cały zespół Red Bulla, następnie także cały Haasa, a później kompletny skład Renault. Dziesiątkę uzupełnił Bottas, który, oczywiście przez kraksę, nie wykonał żadnego pomiarowego okrążenia w ostatniej części kwalifikacji. Ostateczną kolejność do startu ustalono po karze cofnięcia Ricciardo o trzy pozycje oraz cofnięcia o pięć Bottasa, w którego bolidzie konieczna była wymiana skrzyni biegów.

Start, jak na to co potrafią nam serwować pierwsze zakręty w sezonie, na torze w Melbourne przebiegł nad wyraz spokojnie. Hamilton utrzymał swoją pozycję, podobnie jak dwa Ferrari za nim. Jedynym zagrożeniem były zablokowane koła w bolidzie Hartley’a przy dohamowaniu do pierwszego zakrętu, ale na szczęście, poza chmurą dymu, obyło się bez gorszych konsekwencji. Od początku Hamilton rozpoczął więc znane już budowanie przewagi nad resztą. Choć był w stanie uciekać dwójce Ferrari, to nie była to różnica tempa znana z poprzednich lat. Dla odmiany z tyłu Bottas pokazywał, że na tym torze i w tych warunkach wcale nie jest tak łatwo przebijać się do przodu, nawet w bolidzie Mercedesa. Wyzwaniem była walka nawet z samochodami zespołu Williams, które nie prezentowały się zbyt dobrze. Z resztą Sirotkin zakończył rywalizację już na szóstym okrążeniu w wyniku awarii hamulców. Jak potem się dowiedzieliśmy – przyczyną była torebka, która zatkała wlot powietrza chłodzącego hamulce. Dużo lepiej szło odrabianie strat Ricciardo, który względnie szybko uporał się z Hulkenbergiem. Więcej problemów miał jego zespołowy partner, który naciskając Magnussena narzekał na przegrzewające się opony, pomimo jazdy na twardszej mieszance, by chwilę później wykonać piękny piruet na pierwszym zakręcie toru. Tu również obyło się bez większych konsekwencji, poza stratą kilku pozycji. Jak się potem dowiedzieliśmy gdzieś podczas walki na torze bolid Maxa został lekko uszkodzony, jednak na tyle by doprowadzić do przegrzewania opon i ów obrotu na torze.

Przez chwilę wydawało się, że niezawodność bolidów stoi na wysokim poziomie, jak na początek sezonu. Rzeczywiście tak było jeśli chodzi o czołowe zespoły. Z tyłu natomiast, niedługo po pechu Sirotkina, do boksów zjechał i zakończył ściganie Ericsson. Wszystko przez awarię hydrauliki w jego Sauberze. Po kolejnych kilku okrążeniach mieliśmy niestety zwyczajową awarię silnika Hondy, tylko w innym bolidzie, bo Torro Rosso Gasly’ego. To tyle w temacie niezawodności jednostek japońskiej firmy, a trzeba pamiętać, że na sezon 2018 zespoły mają tylko po trzy zespoły napędowe.

Dramat Haasa

Na torze nie działo się wiele jeśli chodzi o manewry wyprzedzania, ale widać było naciskających kierowców próbujących swojego szczęścia. Dzielnie spisywały się Haasy, które odpierały nawet ataki zawodników Red Bulla i zanosiło się na najlepszy wynik zespołu w historii. Dobrze trzymały się także oba McLareny, walczące z Renault w drugiej połowie pierwszej dziesiątki. Tymczasem z przodu Hamilton powoli lecz skutecznie budował przewagę nad dwójką Ferrari. Wtedy, na 18 z 58 okrążeń wyścigu, po nowy zestaw opon zjechał Raikkonen. Mimo kilku ładnych sekund przewagi, zabezpieczając wszelkie możliwości, okrążenie później do boksów zjechał Hamilton. Tymczasem Vettel pozostał na torze, tym samym obejmując prowadzenie. Ferrari zaryzykowało z różnymi strategiami obu kierowców, wykorzystując przewagę taktyczną dwóch na jednego (Bottas dopiero wdarł się do pierwszej dziesiątki) i przewidując różne scenariusze. Po powrocie Lewisa na tor jego okrążenia były zdecydowanie szybsze od czasów Vettela, wydawało się więc, że dla Niemca nic dobrego z tej taktyki nie wyniknie.

Zjazdy do boksów rozpoczęła reszta stawki, w tym świetnie jadący kierowcy Haasa. Pierwszy w boksach pojawił się Magnussen. Raptem kilka sekund, szybki wyjazd na tor i kamera pokazująca dramatyczne ruchy mechaników. Kilka zakrętów później Kevin zjechał na bezpieczne pobocze toru z już wiadomym defektem – niedokręcone lewe tylne koło. Na kolejnym okrążeniu po swój komplet kół zjechał Grosjean. Znów szybkie ruchy, powrót na tor i… ZNÓW nerwowe ruchy mechaników! Tym razem niedokręcone lewe przednie koło spowodowało zatrzymanie bolidu amerykańskiego zespołu już na wyjściu z pierwszego zakrętu, w dość niebezpiecznym miejscu. Szok, niedowierzanie, płacz, zgrzytanie zębów. Takie sytuacje się po prostu nie zdarzają. Tymczasem zespołowi Haasa udało się w ciągu dwóch minut wypuścić z boksów na tor oba bolidy z praktycznie identyczną usterką i obrócić w katastrofę prawdopodobnie genialny wynik końcowy.

Zatrzymanie Haasa spowodowało wprowadzenie na torze wirtualnego samochodu bezpieczeństwa, co skrzętnie wykorzystał Vettel na zjazd po nowe opony. Wszystko by minimalizować dystans stracony na torze, podczas gdy reszta stawki musi poruszać się tempem sporo wolniejszym niż zwykle. Manewr udał się na tyle, że Sebastian powrócił na tor przed Hamiltonem! Wydawało się, że przewaga Brytyjczyka jest na tyle duża, że jest niezagrożony, tymczasem tym razem los zagrał na konto Ferrari. Jakież było zdziwienie i niedowierzanie Hamiltona gdy zobaczył przed sobą czerwony bolid. Poirytowany, zbierając szczękę z podłogi, pytał zespół przez radio co się stało. Dostał dość ciekawą odpowiedź, że „wydawało nam się, że jesteś bezpieczny, ale najwyraźniej mamy błąd w oprogramowaniu”. Z tyłu tymczasem Verstappen wyprzedził wyjeżdżającego z boksów Alonso i jak się okazało musiał później oddać pozycję z powrotem na rzecz Hiszpana.

Vettel szczęśliwie znalazł się przed Hamiltonem

Miejsce zatrzymania bolidu Grosjeana wymusiło w końcu wysłanie na tor prawdziwego samochodu bezpieczeństwa. Kiedy ten w końcu zjechał, na torze stworzyły nam się w czołówce trzy pary walczące o pozycje. Wciąż zszokowany Hamilton próbował uporać się z Vettelem, czwarty Ricciardo podgryzał z kolei Raikkonena, marząc by wreszcie Australijczyk stanął na podium w Albert Park, a Verstappen miał chrapkę na piątego Alonso. Bottas, po ciężkiej przeprawie do ósmego miejsca, nie mógł już sobie poradzić z siódmym Renault Hulkenberga.

Kiedy Lewis zbliżył się na odległość ataku do Vettela okazało się, że jego przeprowadzenie wcale nie będzie takie łatwe. Hamilton naciskał, by zbliżyć się jeszcze bardziej, aż w końcu popełnił błąd. Przewaga Vettela znów wzrosła do niemal trzech sekund, a Brytyjczyk wznowił swoją pogoń. Tymczasem z tyłu ani Ricciardo nie był w stanie zaatakować Raikkonena, ani Verstappen Alonso, w czym pewnie przeszkadzał także uszkodzony bolid Holendra. Na kilka okrążeń przed końcem Hamiltona jakby zupełnie odpuścił i zaczął tracić do Vettela tak bardzo, że na ostatnim okrążeniu Raikkonen był już niecałe dwie sekundy za Lewisem. Do niczego jednak nie doszło i inaugurację sezonu 2018 wygrał Sebastian Vettel, przed Hamiltonem i Raikkonenem. Czwarty na metę wpadł lokalny faworyt Ricciardo, następnie Alonso zaliczający najlepszy wynik McLarena od lat, a później Verstappen. Dziesiątkę uzupełnili Hulkenberg, Bottas, Vandoorne i Sainz.

Po wyścigu Vettel przyznał, że dobrze wiedzą iż na chwile obecną nie są poważną konkurencją do Mercedesa i będą pracować nad odkrywaniem maksymalnych możliwości nowego bolidu, gdyż w tej kwestii jest jeszcze sporo do zrobienia. Niemiec zadowolony z wyniku potwierdził, że zwycięstwo jest zasługą szczęścia i wykorzystania sytuacji, ale to przecież część tego sportu. Hamilton z kolei zapytany o stratę na ostatnich okrążeniach powiedział, że było to zwykłe oszczędzanie jednostki na dalsze wyścigi. Cóż, jeśli przed końcem pierwszego wyścigu kierowcy już muszą myśleć o oszczędzaniu jednostek, to znaczy, że F1 poszła w bardzo złym kierunku. Niemniej myślę też, że kryje się za tym coś jeszcze. Być może Hamilton musiał zacząć oszczędzać paliwo, gdyż Grand Prix Australii jest pod tym względem dość wymagające. Dodatkowo potwierdzają się też nieco moje przypuszczenia co do konstrukcji Mercedesa. Owszem w Melbourne generalnie jest trudno wyprzedzać, ale taka potęga jak Srebrne Strzały nie powinna mieć z tym problemu, przynajmniej z tyłu stawki, gdzie był Bottas. Niesamowitą moc silnika było widać na ujęciach z kokpitu (przysłoniętych HALO-klapkiem). Hamilton wychodząc z zakrętu popełniał błąd tracąc do Vettela 0.2 sekundy, a po krótkim fragmencie prostej odrabiał już w sumie 0.3 sekundy. Dlatego wybaczcie, ale nie wierzę, by forma kwalifikacyjna Hamiltona była wyłącznie jego zasługą. Owszem, może być świetny na jednym kółku i dokładać średnim kierowcom sekundę. Dokładać 0.7 sekundy najlepszym z najlepszych już się samemu nie da. Facet lubi się lansować i budować swój mit, ale kilka lat temu przegrywał w kwalifikacjach z Buttonem. Tak więc albo to cud w wykonaniu półboga Lewisa, albo coś więcej jest na rzeczy. W cuda nie wierzę, więc moją odpowiedź znacie.

Na podium święto Ferrari

Wracając do konstrukcji Mercedesa, bo wszystko się do niej sprowadza. To ten sam typ co swego czasu Red Bull. Samochód z najmocniejszym silnikiem w stawce, zoptymalizowany by być szybkim w czystym powietrzu. Jednak w jeździe w „zanieczyszczonym” powietrzu blisko innych bolidów przestaje nad nimi górować, mało tego ma problemy m.in. z chłodzeniem. Coś co kiedyś było też bolączką RBR, kiedy nagle przyszło Vettelowi walczyć w tłoku. W minionym właśnie wyścigu było to dobrze widać, kiedy Red Bull i parę innych bolidów mogło podążać bezpośrednio za innymi samochodami, Mercedesy musiały co jakiś czas odpuszczać, a Hamilton wręcz zjeżdżał na prostej startowej na bok, by łapać czyste powietrze.

No dobrze, a więc sezon 2018 można oficjalnie uznać za rozpoczęty! Grand Prix Australii 2018 dość niespodziewanie dostarczyło całkiem sporo emocji, choć jednocześnie pokazało wielką moc jednostki Mercedesa i generalnie świetne tempo zespołu. Jeśli Ferrari i Red Bull rzeczywiście nie znajdą rezerw tempa, nie da się ukryć, że nie będzie łatwo zagrozić Srebrnym Strzałom. Cieszy dobra forma Haasa i McLarena. Smuci (szczególnie nas) słaba Williamsa. Niestety jakaś równowaga w przyrodzie musi być i wszyscy nie mogą być w czołówce.

To tyle przewidywań, a następny wyścig już za dwa tygodnie w Bahrajnie!

PS. Z ciekawostek technicznych. W tym sezonie kierowcy noszą rękawiczki z czujnikami biometrycznymi przekazującymi m.in. natlenienie krwi i puls bezpośrednio do ekipy medycznej. Więcej pod TYM linkiem.

 

Dodaj komentarz