F1 Grand Prix Chin 2016

Kolejne raz Rosbergowi udało się ominąć kłopoty.

Obecny sezon Formuły 1 nie przestaje zaskakiwać. Zaskakiwać emocjami, ilością walki i zwrotów akcji. Oczywiście, że dominacja jednego z kierowców Mercedesa w tym roku zamieniła się na dominację kolejnego kierowcy Mercedesa, ale cała stawka jest zdecydowanie bliżej siebie i bliżej czołówki. Rosberg jak na razie zalicza naprawdę bezproblemowe wyścigi, w przeciwieństwie do Hamiltona który, podobnie jak cały zespół Ferrari, jakby nie może znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie by pokazać cały swój potencjał. Inni wcale nie przyglądają się tej sytuacji biernie. Red Bull, Williams, Torro Rosso, a nawet Haas szukają swojej szansy i są na tyle blisko by bezlitośnie wykorzystać potknięcia mocniejszych rywali.

Treningi pokazały tyle co zwykle, czyli niewiele. Niezmienny okazał się znany nam układ sił z Mercedesem i Ferrari na czele. Za nimi stawka wydawała się bardzo ciasna z małymi odstępami między Red Bullem, Williamsem i Torro Rosso. Także Force India wreszcie zaprezentowało się lepiej, a nie poniżej oczekiwań jak podczas poprzednich weekendów.
Kwalifikacje tylko to potwierdziły, a zwyciężył w nich Nico Rosberg. Pech trzymający się Hamiltona w tym sezonie dał o sobie znać także w Chinach. Nie dość, że na Brytyjczyka czekała kara cofnięcia na starcie za wymianę skrzyni biegów, to jeszcze w pierwszej sesji kwalifikacyjnej dopadła go awaria systemu odzyskiwania energii. Koniec końców Lewis musiał stawić czoła perspektywie startu z ostatniego pola. Ku zaskoczeniu większości obserwatorów za Rosbergiem uplasował się Ricciardo, który poprzedził dwójkę Ferrari. Obaj kierowcy włoskiego zespołu zepsuli swoje szybkie okrążenia.

Incydent między Panami z Ferrari na T1

Hamilton z tyłu gwarantował przynajmniej jedną szaleńczą szarżę przez całą stawkę. Tymczasem start i wydarzenia na pierwszym dłuuuugim zakręcie zamieszały układem sił już na początku. Świetnie ruszył Ricciardo, który na wejściu w T1 już znalazł się przed Rosbergiem. Ten, jak już przystało na kierowców Mercedesa, nie ruszył idealnie i miał dosłownie kilka centymetrów za sobą Raikkonena. Fin popełnił jednak błąd i w pierwszym zakręcie przeleciał od wewnętrznej przez całą szerokość toru. Szerzej przez to pojechał także podążający za nim Vettel. W powstałą lukę postanowił wcisnąć się Kvyat. Niestety Kimi równie gwałtownie jak przeciął nitkę toru postanowił powrócić. To z kolei zamknęło bolid Vettela między wracającym Raikkonenem i wykorzystującym okazję Kvyatem. Kontakt zaliczyli partnerzy z czerwonych bolidów. Sebastian uszkodził jedynie przednie skrzydło, natomiast Kimi je stracił i miał uszkodzone elementy aerodynamiczne po prawej stronie auta. Cały zamęt doprowadził do reakcji łańcuchowej w stawce stłoczonej na zacieśniającym się pierwszym zakręcie. Wiele aut zaliczyło delikatny kontakt, ale najbardziej ucierpiał… Hamilton, który także stracił przednie skrzydło. Mocniej ucierpiał także Haas Grosjeana. Naruszone nadwozia rozrzucały fragmenty latające po całym torze. Niestety – bardzo szybko ucierpiał z tego powodu Daniel Ricciardo, który w świetnym stylu prowadził i oddalał się od Rosberga. Pod koniec najdłuższej prostej na torze w bolidzie Australijczyka pękła opona, co bardzo szybko zakończyło marzenia o świetnym wyniku. Ciekawe, bo chwilę przed tym nawet komentatorzy na jednej z zagranicznych stacji dziwili się, że przy takiej ilości odłamków na torze, nie wprowadzono samochodu bezpieczeństwa, by umożliwić jego oczyszczenie. Tymczasem SC wyjechał na tor po incydencie Ricciardo, tym większy pech tego zawodnika.

Neutralizacja pozwoliła większości stawki na zjazd do pitlane i wymianę opon połączoną z „lizaniem ran” po początkowym chaosie. To, co się działo w boksach, zamęt, reakcje i manewry Buttona oraz Vettela na wjeździe do boksów myślę, że z czasem będzie zaliczane do klasyków nowożytnej F1, bo to, co się działo, trudno opisać słowami. Ruch jak na hinduskim skrzyżowaniu – tylko to mi przychodzi do głowy, ale po prostu trzeba to zobaczyć. Mercedes obmyślił ciekawą strategię dla Hamiltona, który zjechał na dwóch okrążeniach jedno po drugim, by „odrobić swoje” na najmiększej mieszance i mieć wolny wybór strategii do końca wyścigu.

Dostało się też Hamiltonowi

Po restarcie prężnie do przodu przebijali się Hamilton i obaj kierowcy Ferrari. Vettel ponownie uszkodził przednie skrzydło i z niepełną aerodynamiką kontynuował wyścig. Hamilton popisał się kilkoma widowiskowymi manewrami wyprzedzania korzystając ze swoich umiejętności i możliwości samochodu, udowadniając, że można wyprzedzać nie tylko w strefie DRS. Z przodu tym czasem jechał samotny Rosberg, prowadzący z bezpieczną przewagą nad drugim Kvyatem, potwierdzającym dobre tempo Red Bulla.

Ricciardo nie chciał być gorszy i po ostatniej serii zjazdów do boksu jechał świetnym tempem zbliżając się do Hamiltona, którego zaskakująco łatwo wyprzedził. Nieco później to samo uczynił Raikkonen, korzystający ze zdecydowanie słabszego tempa rywala. Słabszego niż to, do którego nas Lewis przyzwyczaił. Z przodu natomiast straty odrobił Vettel i wyprzedził Kvyata wskakując na drugą pozycję.

W tej kolejności stawka dojechała już do mety, czyli z potężną przewagą kolejne zwycięstwo odniósł Rosberg przed Vettelem i Kvyatem. Czwarty był Ricciardo, a piąty Raikkonen przed Massą i Hamiltonem. Vettel zdecydowanie przez cały wyścig nie mógł przeboleć sytuacji z pierwszego zakrętu, czego dawał wyraz tak w komunikatach radiowych jak i po wyjściu z bolidu. Jednak w tym wypadku w zupełności się z nim nie zgadzam. Rosjanin był ostatnią osobą, która mogła zawinić w całej sytuacji. Rozpoczęło się od Kimiego, który popełnił błąd i rozepchnął stawkę, a następnie gwałtownie powrócił na swoje miejsce na torze. Nie przewidział jednak, że już jest tam Vettel i Daniił. Sebastian znalazł się w klinie pomiędzy dwoma bolidami i mógł albo doprowadzić do wypadku, albo przyhamować i stamtąd uciec. Zawinili więc tak naprawdę obaj kierowcy Ferrari, a prawdą jest także, że był to normalny incydent wyścigowy. Kvyat natomiast tylko robił to za co mu płacą i na co pozwalają przepisy – wyprzedzał korzystając z wolnego miejsca na torze.

To z kolei koniec marzeń Ricciardo

Zdarzenia losowe i dość równa stawka zapewniły kolejny świetny wyścig. W dodatku, czy to strategia i uszkodzenia bolidu Hamiltona, czy rzeczywista ułomność konstrukcji Mercedesa, Srebrna Strzała okazała się zdecydowanie mniej konkurencyjna w starciu z dużym ruchem na torze. Dla odmiany Red Bulle powoli zmniejszają dystans do dwóch liderujących zespołów, a trzeba pamiętać, że tory w drugiej części sezonu zdecydowanie odpowiadają „bykom”.

Innymi słowy – nic nie wskazuje na to, by ten ciekawy sezon chciał być równie nudny, jak jego poprzednicy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *