Księżna Grace byłaby dumna?

Mercedesy wciąż na czele.

Grand Prix Monaco Formuły 1 zawsze słynęło ze swojej niepowtarzalnej atmosfery, przepychu, gwiazd, celebrytów i skandali, które krążyły po padoku. Choć nieco tego splendoru zniknęło wraz z nową formą królowej motorsportów, Monaco dalej jest jednym z tych niesamowitych torów w kalendarzu, o którym wszyscy kierowcy zgodnie mówią, że dostarcza niesamowitych i niezapomnianych wrażeń. Także dla kibiców, którzy patrzą na swoich idoli, zyskując do nich wielki szacunek, kiedy widać jak na centymetry mijają stalowe bariery przy zawrotnych prędkościach. Wszystko to mieliśmy i w tym roku, a jeśli ktoś chciał ponarzekać na brak emocji poza torem, to z pewnością jego plany pokrzyżowali kierowcy Mercedesa.

Myślę, że kwestia tego, czy Nico Rosberg celowo przerwał trzecią część kwalifikacji, aby zapewnić sobie pole position, czy nie, będzie jedną z tzw. odwiecznych kwestii spornych. Innymi słowy zawsze znajdzie się ktoś, stojący po przeciwnej stronie barykady. Ja osobiście przyznam, że nie potrafię ocenić zamiarów Rosberga. Z jednej strony facet zawsze wydawał się czysty jak łza, pogodny i skutecznie, acz może mniej przebojowo, osiągający swoje cele. Z drugiej strony kierowca jeżdżąc przez całą sesję nie popełnia najmniejszego błędu, podobnie nie popełnił go na wyścigu (co do treningów to nie śledziłem), aż tu nagle BUM w kluczowym momencie. Warto też tu zaznaczyć, że Nico stanął w miejscu jak najbardziej oddalonym od toru, co raczej od razu sugeruje, iż nie miał intencji przerywać kwalifikacji. Sędziowie, którzy mieli dostęp do telemetrii stwierdzili, że działanie było przypadkowe, a nie zamierzone i ja uznaje ich racje. Tym niemniej kwalifikacje zakończyły się w atmosferze pewnej podejrzliwości, niedomówień i niesmaku.

Sam wyścig to już zupełnie inna historia. Mercedes zbyt się nie napracował, tylko potwierdzając swoją ogromną dominację nad resztą stawki. W duecie Hamilton – Rosberg coś się dzieje. Niki Lauda nawet to przyznaje, choć z drugiej strony łagodzi, mówiąc, że układy między kierowcami są okej. Myślę, że coś dzieje się w głowach tych Panów, kiedy tak naprawdę zostali tylko rywalami samymi dla siebie. O ile gierki Hamiltona są łatwo widoczne i publicznie bawi się słówkami, aby podburzyć Nico, to co kombinuje Rosberg do końca nie wiemy, ale jego myślenie na pewno bliższe jest zimnokrwistego Raikkonena, niż porywczego Lewisa. Właśnie – Brytyjczyk zawiódł mnie powracając do swoich starych przechwałek i porównywania się do największych kierowców w historii. Myślałem, że przez kilka słabszych sezonów dojrzał, jego ego się uspokoiło. Okazało się jednak, że było tylko uśpione i czekało na kolejną okazję by ukazać się światu. Oj Lewis, Lewis…

Vettel jechał naprawdę dobrze, ale niestety krótko.

Co ciekawe sytuacja za plecami Mercedesa też niezbyt się zmieniła, mimo że tor powinien bardziej promować kierowców i zatrzeć różnice między bolidami. Czyżby więc różnica między Ricciardo a Vettelem była rzeczywiście taka, jak wnioskować można po poprzednich wyścigach? Sebastian przez te kilka okrążeń jechał całkiem niezły wyścig, zanim wycofał się z powodu, jak oficjalnie podano, awarii turbo. Jak się okazało nie jedynej awarii pakietu jednostki Renault w tym wyścigu, którego zawodność znów dała o sobie znać. Niemniej Ricciardo znów pewnie, szybko, a zarazem spokojnie, dowiózł niezłe miejsce do mety. Choć moim zdaniem on lub zespół popełnili błąd i za późno zaczęli na poważnie gonić Hamiltona, gdyż pod koniec wyścigu Red Bull był wyraźnie szybszy, a Lewis nie radził sobie z oponami. Kilka okrążeń więcej i kto wie, co by się działo. Daniel wciąż trzyma tempo lepsze od Vettela, a przy tym jeździ pewnie i osiąga te wyniki jakby bez wysiłku. Nie jestem do końca pewien, czy Sebastian nie przegrywa tej rywalizacji w głowie.

Obaj kierowcy Ferrari zaliczyli wyśmienity start, choć tylko ten Raikkonena miał równie dobre skutki, gdyż dla Alonso zabrakło po prostu miejsca. To Raikkonen jednak jest właśnie, według mnie, największym pechowcem tego wyścigu. Miał szansę dowieść naprawdę wysoką, pozycję, miał szansę zameldować się na mecie przed Alonso i miał wreszcie szansę pokazać jak dobrym jest kierowcą. Pokazał ile mógł, resztę zabrał pech. Na tym i na usterkach innych skorzystał Alonso, który jechał solidnie, ale nie błyszczał jak na niego przystało i jak można się było spodziewać.

Alonso nie błyszczał, choć udało się dowieźć niezłe punkty.

Dalej mieliśmy Force India, Hulkenberga, Buttona w McLarenie, Masse w Willamsie i Grosjena, co chyba jest dużą nagrodą dla zespołu Lotus. Nic jednak nie mogło się równać z radością jaka nastąpiła po wyścigu w garażu Marussi, po zdobyciu pierwszych w historii punktów dla tego zespołu, przez Bianchi’ego. Punktów, dodajmy do tego, wartych ładne kilka milionów przyznawanych pod koniec sezonu. Czyżby to mogło właśnie dać Marussi możliwość podgonienia reszty stawki? Zobaczymy.

GP Monaco jest bardzo specyficznym wyścigiem. Trudno ocenić po nim jak będzie wyglądała reszta sezonu. Trudno ocenić, czy zmienił się rozkład stawki. Trudno zobaczyć wyprzedzania i zaciętą walkę. Jednak ten wyścig to po prostu legenda i historia, którą przesiąknięte jest to miejsce. Dlatego zawsze tak dobrze się tam jeździ kierowcom i równie dobrze ogląda się go fanom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *