W Hiszpanii, jak to w Hiszpanii

Mercedes potwierdził swoją dominację.

O Hiszpańskim GP Formuły 1, rozgrywanym na torze pod Barceloną, można powiedzieć wiele, ale na pewno nie, że jest pewnym źródłem skrajnych emocji. No chyba, że tą skrajną będzie… nuda. Niestety przez specyfikę F1 oraz to, że zespoły i kierowcy znają ten tor niemal na wylot, przez układ toru, który nie sprzyja wyprzedzaniu, szczególnie jeśli chodzi o bolidy F1 XXI wieku, przez to wszystko wyścigi rozgrywane na tym torze często są przewidywalne i zawierają niewiele akcji, a cała walka rozrgywa się w pitlane. Co ciekawe wyścigi innych serii na tym torze wcale złe nie są, ale takimi widać prawami rządzi się królowa motorsportów. Czy zatem tegoroczny wyścig wybijał się ponad ten utarty schemat?

Spalę od razu na początku i powiem, że nie. Nie był to wprawdzie najnudniejszy wyścig w Hiszpanii jaki widziałem, ale skoro już po pierwszych okrążeniach powiedziałem, że główną atrakcją będzie walka kierowców Ferrari (której zbyt wiele nie było) i się nie myliłem, to sami widzicie.

Wyścigi w Hiszpanii mają też jeszcze inną cechę. Poza słynnym minionym sezonem, kiedy to opony rozdawały karty jak chciały, na torze w Katalonii zwykle potwierdza się ustalony układ stawki, a to dlatego, że większości udaje się tam pojechać swoim tempem, a i po kwalifikacjach zwykle mamy ustawienie, które dobrze odzwierciedla układ sił w stawce. Stąd nikogo nie może dziwić dublet Mercedesa, poprzedzony dubletem w kwalifikacjach. Dublet o tyle nieszczęsny dla Nico Rosberga, że potwierdzający iż czego by nie robił, Lewisowi Hamiltonowi zawsze udaje się być o krok przed nim, a raczej o te choć 0.1 sekundy przed nim. Dla nas natomiast dublet o tyle nieszczęsny, że potwierdzający ogromną przewagę Mercedesa, który walczy już na tym etapie sezonu tylko sam ze sobą. Srebrne strzały mają przewagę jeszcze większą, niż w minionych latach Red Bull Racing. Nie takiej odmiany się spodziewaliśmy, choć lepsze to niż nic. Z drugiej strony perspektywa kolejnych kilku sezonów zdominowanych przez jeden zespół jest przerażająca.

Red Bull Racing próbuje zawzięcie gonić Mercedesa, tak jak i Vettel próbuje gonić Ricciardo. Ani jemu, ani jego zespołowi realizacja wyznaczonych celów się na razie nie udaje. Vettel mimo, że pojechał dobry wyścig, to znów nie pojechał nic ponad to, na co pozwalał bolid. Sytuacja ostatnich kilku miesięcy sprawiła, że szum medialny wokół Sebastiana ucichł jeszcze szybciej, niż lata temu się wykształcił. Myślę, że to dobrze i może mu tylko pomóc, tak jak kiedyś pomogło Lewisowi Hamiltonowi wydorośleć, jako kierowcy wyścigowemu. Daniel Ricciardo po raz kolejny natomiast odwalił dobrą, bezbłędną robotę wykonując wszystko co się dało. Wprawdzie, jak w większości jego występów, nie było w nim nic poza oczywistą szybkością, żadnej dodatkowej iskry, czy przebłysku geniuszu. Skoro jednak wystarcza to na objechanie czterokrotnego mistrza świata, to narzekać też nie ma na co. Co do samego zespołu, to patrząc na to co dzieje się na torze, można potwierdzić ich słowa, że podwozie jest całkiem dobre, jeśli nie bardzo, jednak to Renault zawaliło przygotowania i to francuska jednostka napędowa jest głównym powodem słabszej formy RBR. Fakt ten jest śmieszny tym bardziej, że to Renault właśnie było głównym promotorem wprowadzenia nowych jednostek napędowych.

RBR goni Mercedesa, a Vettel kolegę z zespołu.

Za tymi dwoma zespołami mamy natomiast jeden wielki chaos. W tym chaosie próbuje liderować Ferrari, ale nawet to niezbyt mu wychodzi. W samym zespole rewolucje, zmiana kierującego tym całym cyrkiem, choć na osobę też nie będącą bezpośrednio związaną z wyścigami. Marco Mattiacci jest bowiem osobą, która zatroszczyła się o to by, sprzedaż samochodów Ferrari w USA wzrosła o 20%, ale objęcie posady szefa zespołu F1 jest dla niego pierwszym kontaktem ze sportami motorowymi. Nie znaczy to, że jest spalony na takiej pozycji, gdyż osoby podobne jemu i niezwiązane ze sportem, już nieraz udowodniły, że jest inaczej. Choćby Flavio Briatore. Z drugiej strony krążą plotki, że jest to jedynie rozwiązanie tymczasowe. Jakby jednak nie było trzeba coś w Ferrari mocno pozmieniać, gdyż od kilku lat, po szumnych zapowiedziach przedsezonowych o wielkiej mobilizacji, po starcie sezonu zostaje jedynie… szum właśnie.

Miłym zaskoczeniem w Hiszpanii była postawa Lotusa i Romaina Grosjeana (broń boże Maldonado). Chyba nikt nie spodziewał się tak dobrego wyniku po zespole, który już na starcie tego sezonu był niemal kompletnie spalony. Oby to ósme miejsce pomogło im znaleźć motywację i pieniądze do dalszych postępów.
W tym chaosie mamy oczywiście także Williamsa, który dalej nie spełnia do końca oczekiwań i trudno powiedzieć czego jest to winą. Wydaje się, że bolid jest dobry, kierowcy nieźli, silnik świetny, a jednak dalej wyniki nierówne, tak jak i pozycje pod koniec wyścigów. Podobną rzecz powiedzieć można choćby o Force India, czy STR, a nawet o McLarenie, który zaliczył obniżkę formy od początku sezonu. Wniosek z tego jest być może zupełnie inny – po prostu środek stawki w tym roku jest niezwykle ciasny.

Czy zmiany w Ferrari wydobędą zespół z niebytu?

Dalej mamy, darujcie wyrażenie, już niestety wyścigowy plankton, do którego powoli w tym sezonie stacza się Sauber, tracąc dystans nawet do środka stawki. Marussia i Caterham dalej są tam, gdzie od wejścia do Formuły 1. Z drugiej strony kierowcy tych zespołów stracili do zwycięzcy tylko jedno okrążenie więcej niż 7. na mecie Raikkonen, może więc postęp jest? Pytanie tylko, czy tego byśmy oczekiwali od zespołów będących tyle lat w stawce?

Hiszpania w tym roku potwierdziła nam wiele tez, które znaliśmy już wcześniej. Niektórzy twierdzą, że Ferrari ma, wbrew pozorom, całkiem niemałe szanse podgonić liderów, jako że dysponują niezłym bolidem i pakietem jednostki napędowej projektowanym specjalnie pod ich konstrukcję, więc mają też największe możliwości manewru. Ja, patrząc na obecny układ stawki, szczerze wątpię w wielkie rewolucje. Te prawdziwe mogą zacząć się w przyszłym sezonie, kiedy to Renault powinno odrobić stratę do Mercedesa, a to by zwiastowało zaciętą walkę o zwycięstwa przynajmniej między dwoma zespołami.

Ale nie zapominajmy – ja jestem pesymistą 😉 . Tymczasem już zaraz przed nami klasyk w Monaco.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *