GP Miami 2022 – epilog

Już od kilku dni cała sieć znęca się nad ostatnim wyścigiem F1. Okazało się, że najlepiej wydarzenia podsumowują się same. Oto GP Miami 2022 przyniosło straty.

Trochę dziwne jak na wyścig, który w pełni wyprzedano prawda? Cóż, uzasadnienie poznajemy od Toma Garinfkela, jednego z menadżerów stojących za tym wyścigiem i wiceprzewodniczącego klubu Miami Dolphins. Przygotujcie się jednak, że ów uzasadnienie, to będzie trochę taki auto-roast.

Problemy pierwszego świata

Otóż Pan Garfinkel wyjaśnił, że mimo sprzedania wszystkich biletów, rzeczywiste zapotrzebowanie było sporo większe. Celowo ograniczyli ich ilość nawet o połowę, by sprawdzić się i ew. zwiększać dostępność na przyszłe lata. Jako jedną z obserwacji rzeczy do poprawy podano, że gdy przybyli goście z Paddock Club (a więc Ci, co zapłacili za bilety najwięcej), nie czekały na nich żadne przekąski, bo… nie było jeszcze pracowników za nie odpowiedzialnych. W sumie dość duża wtopa. Szczególnie, że na wyścigach typu ten w Miami, ciężko o duże ilości gości hmm… „niższej klasy”. Mam na myśli gości z biletami na tzw. trawkę. Nie to, że kogoś obrażam, bo zwykle sam takim właśnie gościem jestem. Po prostu na torach ulicznych nie ma takich przestrzeni. Są niemal wyłącznie trybuny, a co za tym idzie – droższe bilety. Ciężko mi zatem wyobrazić sobie gdzie te znaczące, dodatkowe ilości gości, można wpuścić.

Wracając jednak do obsługi gości w Paddock Club. Brak jedzenia to nie jedyny problem, ale jedna ze składowych. Przy cenie biletu rzędu 13 tysięcy dolarów oczekuje się raczej porządnej obsługi. Tymczasem Adam Cooper, dziennikarz zajmujący się F1, przekazał opinie jakie słyszał od osób mających do czynienia z Paddok Club w Miami. Cytuję: shit show. Oczywiście to problemy ludzi pierwszego świata. Jednak zrażono do F1 bogatych klientów, którzy mogą już na wyścig królowej motorsportów nie przyjść. Jest to tym dziwniejsze, że F1 ma swoje firmy zajmujące się Paddock Club. Wszystko bo to by zapewnić obsługę zawsze na tym samym, najwyższym poziomie. Co stało się w tym przypadku? Otóż organizatorzy Miami GP wynegocjowali wyjątek od reguły i w Stanach to oni lokalnie, zapewniali swoje firmy do obsługi VIPów. Wyszło (podobno) bardzo źle. Przy okazji widać też, na jakie ustępstwa zgadza się F1 względem wyścigów w USA.

Malowanie trawy na zielono

Niemniej, przyjmując do wiadomości pierwszą część uzasadnienia Pana Toma, druga jest jeszcze bardziej zabawna. Otóż GP Miami nie zaliczyło zysku, bo przy ograniczeniu ilości dostępnych biletów, jednocześnie wykosztowano się na dużo ponadstandardowych udogodnień dla kibiców na torze.

Kiedy to przeczytałem od razu sarkastycznie pomyślałem o niezwykłym, luksusowym udogodnieniu, jakim była sztuczna marina z namalowaną wodą i tekturowymi jachtami. Okazuje się jednak, że mój sarkazm był niepotrzebny, bo Garfinkel podał nie mniej absurdalny przykład. Zarazem dał też świetny argument dla przeciwników organizacji pseudo-miejskich wyścigów, typu Miami.

Widok na tor w Miami

Pan Garfinkel pochwalił się, że jednym z dodatkowych kosztów, było przywiezienie murawy na ponad 120 tysięcy metrów kwadratowych parkingu pod stadionem. Był on częścią padoku za głównymi trybunami. Po co? Powody są całkiem logiczne i jasne: wygląda to lepiej i pomaga dbać o niższą temperaturę, żeby ludzie nie smażyli się na tym asfalcie jak na patelni. Logika się niestety kończy w momencie, kiedy Pan menadżer przechodzi do porównania. Porównanie brzmi: „a przecież tak właśnie jest na większości wyścigów”.

Tak jak wszędzie, ale nie

No i tu się pojawia problem bo najwyraźniej ten Pan bywał tylko na wyścigach miejskich, szukając odniesienia dla swojego, albo warunki na tradycyjnych torach celowo przemilczał. W takim razie ja śpieszę z informacją, że nie jest prawdą, jakoby podobne warunki były na większości wyścigów. Większość wyścigów jest jeszcze (na szczęście) rozgrywana na tradycyjnych torach, a nie betonowych miejskich pustyniach. To zaś oznacza, że np. na takim Spa-Francorchamps owszem jest spory parking za główną trybuną, bo… no parkują tam samochody. Jest też parking za padokiem, bo gdzieś muszą przecież stać motorhome’y. Tylko, że reszta ciężarówek zespołowych, a nawet niektóre główne ciężarówki zespołów niższych serii, stoją normalnie na trawce przy drogach komunikacyjnych wewnątrz toru. Ba! Jest normalny ziemny parking dla tych ciężarówek. Sam tor zaś jest otoczony lasem, na każdym zakręcie jest normalna, naturalna trawa. W wielu miejscach można obserwować wyścig, stojąc po prostu w między drzewami. Nawet taki Hungaroring, gdzie zieleni za dużo nie ma, wszędzie ma trawę i ziemię, parkingi są gruntowe. Poza asfaltem przy padoku, bo przecież zespoły muszą gdzieś się rozstawić.

Widok na prostą Kemmel toru Spa-Francorchamps

Także nie – nie zgodzę się, że tak wygląda większość wyścigów. Ponadto miałem okazję być na naprawdę gorących wyścigach tak w Belgii, jak i na Węgrzech. Nie było łatwo nawet w otoczeniu zieleni, a przy takiej betonowej pustynii zupełnie sobie nie wyobrażam. Trzeba przy tym pamiętać, że Hard Rock Stadium w Miami i tak jest otoczony (częściowo) zielonymi parkingami, choć wątpię by wiele dawały. Mimo wszystko jakoś te 120 tysięcy metrów kwadratowych trawy na jeden wyścig, niezbyt mi się klei z podejściem Formuły 1 do redukcji wpływu na środowisko. Jak już ktoś kłamie, to niech chociaż robi to dobrze, albo przestrzanie w ogóle.

Także ja od wymuszonego tworu wciśniętego na siłę w środku miasta, jednak wolę tor w polu. Wciąż. Niezmiennie.

Źródło: motorsport.com

Leave a Reply

Discover more from 4 kolka i nie tylko

Subscribe now to keep reading and get access to the full archive.

Continue reading