F1 Grand Prix Belgii 2019

Grand Prix Belgii 2019 było wyścigiem ciekawym, choć nie rewelacyjnym jak na standardy Spa-Francorchamps. Weekend w Belgii został jednak przyćmiony przez wydarzenie przypominające o naturze sportów motorowych.

Treningi

Specyfika toru położonego w Ardenach, konkretnie niecałe 10 kilometrów od ich najwyższego szczytu, czyni ów obiekt ulubionym na liście wielu kierowców i kibiców. Jeśli podleje się to niesamowitą historią i tradycją, mamy jeden z najlepszych i najciekawszych torów na świecie w ogóle. Jest to bez wątpienia jeden z najjaśniejszych punktów kalendarza F1, na który czekają z niecierpliwością chyba wszyscy.

Weekend, tak dla odmiany, zaczął się dość optymistycznie dla Ferrari. Wiadome było, że tor będzie sprzyjał włoskiemu zespołowi ze względu na moc ich silnika, ale w tym sezonie już nie raz widzieliśmy sytuacje, w których Czerwoni potrafili wszystko zaprzepaścić. Tu od pierwszych chwil Ferrari dystansowało w treningach resztę stawki. Jakby tego było mało w trzecim treningu Hamilton wbił się w barierę, uszkadzając swój bolid tuż przed czasówką.

Quale

Kwalifikacje to już z reguły inna sprawa. Te w Belgii zaczęły się jednak od… wybuchu silnika w bolidzie Roberta Kubicy. Było to o tyle dziwne, że Polak, podobnie jak inne ekipy z tymi silnikami, używał najnowszej specyfikacji silnika Mercedesa. Z resztą, również w pierwszej sesji, współpracy odmówiła jednostka w Alfie Giovinazziego, więc silniki Ferrari wcale nie były lepsze. Poza tymi dwoma Panami z pierwszej sesji odpadli jeszcze Russell, cały zespół Toro Rosso oraz Carlos Sainz, który przez awarie jednostek rywali nie dostał szansy na poprawę swojego czasu.

W Q2 odpadł debiutujący w Red Bullu Albon, który i tak był obciążony karą, więc zespół stwierdził, że nie ma po co bić się o wynik. Dołączyli do niego Stroll, Grosjean i Norris, potwierdzający tym samym słabą formę McLarena na Spa. Ostatni segment czasówki okazał się tak naprawdę teatrem jednego aktora. Charles Leclerc cały weekend kręcił dobre czasy, ale tym razem udało mu się zdobyć pole position z przewagą aż 0.7 sekundy nad drugim zawodnikiem, którym był Vettel. Sebastian tak naprawdę rzutem na taśmę zapewnił cały pierwszy rząd dla Ferrari i pokonał trzeciego Hamiltona o niecałe dwie setne sekundy. Dalej ustawili się Bottas, Verstappen, Ricciardo oraz Hulkenberg, Raikkonen, Perez i Magnussen. Sesja wywiadów po kwalifikacjach trwała w najlepsze, ale kiedy udzielający wywiadów kierowcy zerknęli na ekrany pokazujące przebieg wyścigu F2 nagle wszystko się skończyło…

W cieniu tragedii

Ekrany pokazywały ostatnie sekundy wypadku na wyjściu z zakrętu Raidillon, często mylonego z Eau Rogue. Wypadku dramatycznego do tego stopnia, że wszyscy kierowcy oglądający jego skutki od razu instynktownie czuli, że to nie będzie kolejna kraksa, z której wszyscy wyjdą bez szwanku. Sesje z dziennikarzami zostały natychmiast przerwane, tak jak i przerwano sam wyścig.

Niestety przeczucie wielu osób nie myliło. W wypadku ciężko poturbowany został Juan Manuel Correa. Na szczęście w szpitalu jego stan określono jako stabilny. Za kierownicą drugiego bolidu siedział Anthoine Hubert.

Kierowca programu rozwoju młodych talentów Renault, zwycięzca francuskiej F4, zwycięzca serii GP3, podobnie jak wcześniej Russell, Leclerc, Ocon, czy Bottas. Kierowca typowany jako kolejny wielki talent, który miał wejść do F1. Anthoine nie miał tyle szczęścia. Bolid Juana uderzył w bok jego auta stojącego bokiem do kierunku jazdy z prędkością zapewne grubo ponad 200 km/h dokładnie na wysokości kokpitu. Można budować najdoskonalsze bolidy, dodawać HALO i zapominać, że tu nie chodzi o estetykę, można robić wszystko co możliwe, ale sport motorowy był, jest i będzie niebezpieczny. Choćbyśmy narzekali jak to kierowcy mają łatwo, choćbyśmy mówili, że to nie to co kiedyś, to wciąż jedno z najniebezpieczniejszych zajęć na świecie i nieraz przypomina o tym w najgorszy z możliwych sposobów.

Anthoine Hubert zmarł w wieku 22 lat w wyniku obrażeń poniesionych w wypadku.

Cyrk dalej jedzie

Po takich wydarzeniach nastroje wyścigowe nie były dobre. Delikatnie mówiąc. Hubert ścigał się razem z choćby Leclerc’iem i Oconem, a przez dobre kilka lat był zespołowym partnerem Gasly’ego, dzieląc z nim nawet apartament. Wszyscy kierowcy stracili kolegę, a najmłodsze pokolenie w F1 jednego spośród nich. W brutalny sposób świat przypomniał im, czym jest sport, który uprawiają.

Niedzielny wyścig F2 odwołano, ale F1 stanęła na starcie. Temperatura była niższa niż podczas poprzednich sesji, co zwiastowało także nowe warunki dla opon. Start bezbłędnie przeprowadził Leclerc. Vettel natomiast miał nieco problemów i dał się zepchnąć za Hamiltona. Swój wyścig już na początku zepsuł za to Verstappen. Max nieraz zaliczał już gorszy start, ale tym razem straty chciał odrobić jak najszybciej. Już na pierwszym zakręcie wykorzystał lukę pojawiającą się obok Raikkonena. Problem w tym, że Kimi nikogo się tam nie spodziewał, gdyż chwilę wcześniej znajdował się obok niego inny bolid, który odpuścił. Fin zaczął się więc składać w zakręt, dostając w tym momencie strzał od kierowcy Red Bulla, który najwyraźniej założył, że inni kierowcy mają nadprzyrodzone zdolności i nie pozostawił kompletnie żadnego marginesu bezpieczeństwa. Trochę jak Verstappen z minionych sezonów.

Skutkiem kontaktu był wzbijający się w powietrze bolid Kimiego (latające bolidy na pierwszym zakręcie to coś, do czego Spa-Francorchamps nas powoli przyzwyczaja) i uszkodzone zawieszenie Red Bulla. Zajście świetnie wykorzystał Lando Norris, który przebił się na piąta pozycję. Na prostej Kemmel Vettel schował się w cieniu bolidu Lewisa i na dohamowaniu zdołał odzyskać straconą na starcie pozycję. Max chyba nawet nie zauważył uszkodzenia bolidu, bo jechał jak gdyby nigdy nic jeszcze kilkaset metrów, aż zakończył jazdę w bandzie na wyjściu z Eau Rogue. Ten wypadek spowodował wyjazd samochodu bezpieczeństwa, więc była chwila na uporządkowanie stawki po chaosie pierwszego okrążenia.

Gdy Safety Car miał już zjeżdżać do boksów nastąpiła awaria jednostki w bolidzie Carlosa Sainza, co spowodowało przedłużenie neutralizacji o kolejne okrążenie. Kiedy stawka wznowiła ściganie wszystko się nieco uspokoiło. Ferrari zaczęły odjeżdżać, choć zdecydowanie lepiej robił to Leclerc. Na torze nie działo się bardzo dużo, choć na tyłach powoli do przodu przesuwali się Kvyat i Albon.

Vettel jako skrzydłowy

Jednym z pierwszych, którzy pojawili się w alei serwisowej po nowe opony był Sebastian Vettel. Na poprzednim komplecie zaczynał już wyraźnie tracić tempo, więc Ferrari nie miało dużego wyboru. Tymczasem na trybunach dziewiętnaste okrążenie zostało poświęcone przez kibiców na upamiętnienie oklaskami Anthoine Huberta, bo właśnie z takim numerem startował.

Dopiero pięć okrążeń po Sebastianie w boksach pojawił się Leclerc, a jeszcze dwa okrążenia więcej czekał ze zjazdem Hamilton. Wydawało się, że większe zużycie opon we włoskich bolidach może znów okazać się tym, co pozwoli Mercedesowi wyrwać zwycięstwo. Wszystko zależało od tego, jak będą sobie radziły opony w bolidzie Charles’a, bo Sebastian zdawał się być z założenia na przegranej pozycji.

Vettel musiał najpierw puścić Leclerca, który po swoim zjeździe powrócił na tor za zespołowym kolegą, a potem zachował się… jak nie Vettel. Widząc, że w pojedynku z Mercedesami właściwie nie ma szans, zaczął grać zespołowo. Korzystając z dużej prędkości Ferrari robił wszystko, by jak najdłużej utrzymać Hamiltona za sobą, jednocześnie kupując nieco czasu dla Leclerca.

Ta obrona nie trwała długo, ale dysproporcja w stanie opon była aż nadto widoczna. Lewis „łyknął” Vettela i rozpoczął szaleńczą pogoń za liderem. Za liderami pewną piątą lokatę utrzymywał Norris, a Albon z Kvyatem spisywali się coraz lepiej, przebijając się już do czołowej dziesiątki. Williamsy okupowały miejsca 15. i 17. Roberta Kubicy. Polak był w stanie bardzo długo trzymać tempo zespołowego kolegi. Mało tego, regularnie był szybszy w drugim sektorze, natomiast Russell górował w pierwszym i trzecim, gdzie główną rolę odgrywa silnik. Tu należy przypomnieć, że George miał nową jednostkę w najnowszej specyfikacji, natomiast Robert dysponował starszą ewolucją jednostki, w dodatku z przebiegiem kilku GP. Choć więc może tego nie widać po wynikach, jego tempo prezentowało się naprawdę dobrze.

Zupełnie inaczej prezentowało się tempo Alfy Romeo, która w wyścigu znów nie mogła znaleźć prędkości, nawet pomimo świetnych kwalifikacji Raikkonena. Jeszcze gorzej było z Haasem, który z każdym okrążeniem wydawał się tracić tempo względem reszty stawki, która się rozkręcała.

Po raz pierwszy – wreszcie

Tymczasem na przedzie Leclerc robił co mógł, ale wszelkie wyliczenia pokazywały, że Lewis dopadnie go na ostatnim okrążeniu. Tak się nie stało. Hamiltonowi zabrakło być może jednego – dwóch okrążeń by móc skorzystać ze strefy DRS i zaatakować lidera. Charles wykorzystywał przewagę Ferrari na prostych i nie pozwalał zbliżyć się na odległość ataku, ale nie mógł sprostać szybkości Hamiltona w krętych partiach, gdzie jego opony już nie zapewniały odpowiedniej przyczepności.

Leclerc wpadł na metę niecałą sekundę przed Lewisem, odnosząc swoje pierwsze zwycięstwo w F1. Podium, oprócz Brytyjczyka, uzupełnił jeszcze Bottas, który także wyprzedził Vettela. Na ostatnim okrążeniu awarii uległ jeszcze McLaren Norrisa, zaprzepaszczając jego świetny wynik. Ostatecznie piąty finiszował Albon, zaliczając tym samym swój najlepszy wynik w F1 w debiucie w RBR i przy starcie z końca stawki. Za nim znaleźli się Perez, Kvyat, Hulkenberg, Gasly i Stroll.

Charles Leclerc zwoje pierwsze zwycięstwo, którym nie mógł się w pełni cieszyć, zadedykował oczywiście swojemu tragicznie zmarłemu koledze z F2. Wielu twierdzi, że to pierwsze z wielu zwycięstw jakie odniesie, ale równie wielu widzi w nim człowieka mocno wygaszonego, widocznie doświadczonego przez los i różne straty jakie poniósł w trakcie swojej drogi na szczyt. Z jednymi i drugimi trudno się nie zgodzić.

Do świątyni prędkości

Przed nami teraz wyścig w świątyni Ferrari – Monza. Obserwatorzy prześmiewczo mówią, że czerwoni zbudowali bolid, który miał wygrać bez problemów właśnie tam. Stąd mocny silnik i duże prędkości maksymalne. Czy tak rzeczywiście będzie, przekonamy się już za kilka dni.

Dodaj komentarz