Moje F1 Grand Prix Węgier 2019 cz. III

Zapraszam na opis kibicowania w czasie samego weekendu wyścigowego oraz kilka uwag i porad praktycznych dla zainteresowanych.

Okopani

Sobotni poranek przywitał nas zbyt wczesnym budzikiem po zbyt małej ilości snu. Zanim cała ekipa się zebrała minęło chyba dobre półtora godziny (zakładałem pół). Na torze zameldowaliśmy się koło dziesiątej, czyli po kwalifikacjach F3, w sam raz na wyścig F2. Znaleźliśmy też lepszy dojazd pod tor, od strony naszych brązowych trybun. Tam można było dojechać pod samą bramę toru właściwie bez korka, podczas gdy druga droga prowadziła w okolice trybun prostej startowej i był na niej permanentny korek.

Wyścig F2

Udało nam się usadzić tyłki na wspominanej wcześniej skarpie nad ostatnim zakrętem toru, ale ze względu na naszą porę przybycia najlepsze miejsca były już obstawione – w końcu to już sobota i dużo więcej ludzi na torze. Musieliśmy więc usadowić się na samej skarpie, co nie było ani łatwe, ani przyjemne, ani wygodne. Po prostu można było zjechać, wciąż trzeba było się podpierać na nogach przy siedzeniu i plecak mógł się w każdej chwili stoczyć na sam dół. Polacy, jak to Polacy, szybko znaleźli na to metodę i puszkami po piwie zaczęli kopać grajdoły w zboczu 😉 . Kolega z ekipy tę metodę szybko usprawnił i zaczął w glinianym zboczu kopać ostrym kamieniem. Normalnie jakby oglądało się przyśpieszony film o rozwoju cywilizacji i właśnie leciały sceny o użyciu pierwszych narzędzi 😀 . Kamieniami szybko poszło i po chwili nasza ekipa miała już wykopane w zboczu całkiem wygodne siedziska. Z resztą usprawnialiśmy je jeszcze przez pół dnia. Zabunkrowani czekaliśmy na rywalizację.

Romain Grosjean podczas trzeciego treningu

Wyścig F2 był całkiem ciekawy, szczególnie że dzień wcześniej postarałem się zorientować w klasyfikacji mistrzostw, więc było wiadomo która walka jest istotna. Z resztą przynajmniej kibice Williamsa i Roberta wiedzieli na kogo się oglądać – Nicholas Latifi to czołowa trójka mistrzostw i liczył się także na Węgrzech, tocząc zacięte boje z de Vriesem, czy Ghiotto. W śledzeniu rywalizacji pomogły też miejsca. Znów powtórzę, że skarpa nad ostatnim zakrętem to (moim zdaniem) najlepsze miejsce na torze w ogóle, poza oczywiście trybuną, będącą jeszcze ponad nią.

Emocje rosną

Pogoda wreszcie była odpowiednia i Słońce przyjemnie grzało, ale stawka F1 nie miała szczęścia do treningów w czasie weekendu na Węgrzech. Po wybuchu silnika w wyścigu F2 ostatni trening skrócono o 10 minut przez konieczność usunięcia naprawdę dużej ilości oleju na końcu pierwszego sektora. Na suchej nawierzchni wszystko zaczęło wracać już do normy, czyli czoło obstawił Hamilton, ale wciąż wyglądało jakby Verstappen miał się liczyć w walce o zwycięstwo. Ferrari, pomimo niewielkich strat, nie błyszczało. Czuć było już natomiast ogromną wrzawę tysięcy holenderskich kibiców za każdym razem gdy Max poprawiał swój czas.

Nasi z pełną kapelą 😉 …

Gdy po Porsche Supercup kwalifikacje wreszcie się rozpoczęły nasze miejsca naprawdę okazały się najlepszymi na torze. To pod nami w bandę uderzył Leclerc. Rany, ile on miał farta! Uderzenie było niemal idealnie prostopadłe, gdyby kąt był choć trochę mniejszy pewnie złamałby zawieszenie. To przed nami także najgłupszy manewr wykonali Ricciardo z Perezem, którzy ścigając się w ostatnim zakręcie popsuli swoje kwalifikacje.

Największym szokiem było jednak tempo Russella. Kiedy przez chwilę pojawił się na piątej pozycji przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Oczywiście szybko spadł, ale do ostatnich sekund wszyscy trzymaliśmy kciuki za awans Williamsa do Q2. Zabrakło tysięcznych sekundy, ale to naprawdę było coś!

… i tłumy Holendrów

Druga część czasówki upłynęła jeszcze szybciej, a trzecia już była bitwą na wiwaty kibiców Hamiltona i zdecydowanie głośniejsze wiwaty licznych kibiców Verstappena. Walkę oglądało się świetnie, a Pole Position Maxa wywołało prawdziwe szaleństwo Holendrów. Tylko Polacy byli ich jeszcze w stanie przekrzyczeć, ale i tu musieli wspomagać się np. akordeonami 😉 .

Po kwalifikacjach F1 zaczęło się robić nieco luźniej, ale my oczywiście zostaliśmy jeszcze na wyścig F3, który i tak nieco zagłuszali Holendrzy. Później wyjazd z toru, tankowanie i Budapeszt. Tam zonk – ponad 40 minut szukaliśmy jakiegokolwiek miejsca parkingowego na publicznych przydrożnych parkingach. Udało się je znaleźć dopiero po odjechaniu kawałek od naszego noclegu, na szczęście było to wciąż w miarę blisko. Jak mówiłem Budapeszt cierpi na permanentny brak miejsc parkingowych. Znów mycie, zbyt długi film (Barry Seal nie będzie czekał) i do łóżka po jeszcze mniejszą ilość snu (cholerny film). W końcu rano trzeba zerwać się ze świtem, by mieć szanse na miejsca w obrębie legendarnej już skarpy.

Race day

Pomimo, że wstaliśmy wcześnie to (jak się już pewnie domyślacie) zbieraliśmy się zbyt długo. Dotarliśmy na tor o 7:40, czyli 40 minut po otwarciu bram i… cała skarpa była już zajęta. No nic, udaliśmy się na naszą trybunę. Jak się okazało nad nią też znaleźliśmy całkiem sporą skarpę, gdzie było widać więcej niż się spodziewałem. Nie było więc powodów do płaczu. Koledzy ułożyli się na kocu z zamiarem odespania krótkiej nocy, a ja raz obudzony zasnąć nie potrafię, więc obserwowałem powoli nacierające na tor tłumy.

Wycieczka poza tor podczas wyścigu F3

W niedzielę wreszcie zapowiadano typową dla GP Węgier pogodę, a ja już o 9 rano poczułem, że to nie będą przelewki. Chyba jako jedyny posmarowałem rano każdą wystającą część ciała filtrem 50, ale już wtedy wiedziałem, że dzień skończy się poparzeniami. Ciężki, stojący żar narastał z każdą chwilą, a gęstniejące tłumy ludzi tylko go pogłębiały. Na szczęście w razie czego my zawsze mogliśmy zejść kilkanaście metrów w dół na swoje numerowane miejsca, ale na trybunie było jeszcze gorzej. Dobrze chociaż, że na terenie dostępna jest darmowa woda pitna.

To też w sumie śmieszna sytuacja, bo nie można wnosić butelek większych niż pół litra (niby dlaczego, żeby ludzie często biegali do stanowisk z wodą i robili zamęt?), ale w rzeczywistości tylko raz nam zabrano jedną sztukę. Zakazów jest wiele, kontrola jest… nooo… eee… wyrywkowa? W każdym razie na pewno nie jest prowadzona „uczciwie” i solidnie.

Kolejka VIPowskich śmigłowców w drodze na tor

Podczas wyścigów serii towarzyszących upał robił się nie do wytrzymania, a miało być jeszcze cieplej. Przy okazji mogliśmy oglądać pierwsze zwycięstwo Micka Schumachera w F2, gdzie swoją droga nie idzie mu jakoś wspaniale. Tu pomógł obiekt i syn legendy był w stanie blokować wszelkie ataki mimo ogona przez niemal cały wyścig.

Królowa na torze

Przed paradą kierowców każdy już był na swoim miejscu, dobrze okopany i rozepchany łokciami. Wciąż staliśmy bowiem na skarpie. Tam było dobrze widać i łapało się nieco wiatru. Widać było jak nad przeciwległą prostą startową powietrze faluje i ulokowane w jej tle parkingi samochodów wyglądały jak fatamorgana. Czas napełnić butelki, polać głowę wodą i przygotować się do ostatecznej rozgrywki.

Wyścig Porsche Supercup

Już podczas parady kierowców dało się znać, że miejsca na skarpie nie będą najlepsze na wyścig. Wcześniej udało mi się jeszcze poprosić każdego pojedynczego osobnika by usiadł, jeśli wstał będąc na skarpie, bo tak wszyscy widzimy bez problemów. Podczas parady jednak podnieta niektórych była tak duża, że stać po prostu musieli, więc po chwili staliśmy zgodnie wszyscy i zgodnie wszyscy widzieli połowę tego, co by mogli. Poszliśmy więc na nasze miejsca, oddalone o kilka metrów od asfaltu, by zrobić zdjęcia ciężarówki z kierowcami i pomachać do Roberta. Na brak polskich flag nie mógł narzekać, także nasza dzielnie prezentowała się na skarpie, choć już straciła wyklejony przeze mnie napis „Warszawa Kubicuje”. Śmialiśmy się, że nikt nie jest tak odważny by nosić flagę z napisem Warszawa, mimo że są flagi z całej Polski, także pewnie i taśma się wstydziła, więc odpadła 😉 .

Kubicowanie

Sam wyścig zleciał bardzo szybko, choć momentami marzyłem by się już skończył, bo żar dosłownie wypalał skórę. Obserwowaliśmy go z naszej trybuny, a nawet z miejsc ciut poniżej, gdzie stało się tuż obok toru i bolidy były niemal na wyciągnięcie ręki. W sumie cieszyłem się, że nie jesteśmy na słynnej skarpie, bo tam w dzikim tłumie nie można się ani ruszyć, ani wstać, ani nawet pójść po wodę, bo nie ma jak zejść przez tłum. Zresztą widać było biegające czasem zespoły ratowników. W tych warunkach naprawdę o omdlenie i udar nietrudno.

Parada kierowców

Choć telebim był od nas nieco daleko i trudno się z niego czytało, to nasze miejsca były świetnymi do obserwowania walki i dystansu dzielącego Verstappena i Hamiltona, który wszystkich emocjonował. Niemal czuć było presję jaką na Maxie wywołuje Hamilton, a potem czuć było, że odpuszcza i czeka na swoją chwilę.

Ta nadeszła, jak wiecie, po serii zjazdów i szczerze mówiąc do tej pory nie wiem, co Red Bull sobie myślał. Właściwie wszyscy spodziewaliśmy się, że okrążenie po zjeździe Hamiltona w boksach pojawi się też Verstappen. Potem myśleliśmy, że pojawi się by choć jeszcze mieć szansę na gonienie Hamiltona. Potem już jednak obserwowaliśmy jedynie z niedowierzaniem jak z każdym okrążeniem Max traci kilka, potem kilkanaście, potem już kilkadziesiąt metrów przewagi za każdym razem, gdy nas mijali. Rozstrzygnięcie było oczywiste.

Daniel Ricciardo w podczas wyścigu

Z naszych miejsc było też bardzo dobrze widać, że Robert trzymał tempo kierowców przed nim bez jakichś sporych strat, przynajmniej do momentu, kiedy nie zaczęły kończyć się opony. Wtedy dystans rósł już zdecydowanie szybciej.

Warto zaznaczyć jedną bardzo pozytywną rzecz, wbrew jakimś dziwnym obawom, które ostatnio powstały na świecie. Przez cały pobyt, mijając tysiące polskich kibiców i wraz z nimi kibicując, nie usłyszałem ani jednego złego, negatywnego, czy przesiąkniętego jadem słowa na George’a Russella. Wszyscy kibicowali mu gorąco i uczciwie, bez podtekstów i zawiści, które nam się tak powszechnie wmawia. Brawa dla polskich kibiców!

Powroty

Pożegnalne okrążenie, oklaski dla kierowców, czas na odwrót i uciekanie z tego skwaru. Pierwszy problem – wyjazd z toru. Dookoła całego toru na ulicach ruchem kieruje policja. Tam same gigantyczne korki, ale mimo wszystko się ruszają. Natomiast na parkingach w obrębie toru nic… wszystko stoi. Każdy parking ma jedną bramę, więc stoją do niej po trzy, cztery korki z każdej strony i kto się wepchnie ten wyjeżdża. Parkingowi Węgrzy mają to gdzieś, najwyraźniej nikt im za to nie płacił, dobrej woli by uwolnić ludzi tkwiących w niemiłosiernym skwarze też nie mają. W końcu jacyś Polacy się wnerwiają, stają przy bramie wyjazdowej z naszego parkingu i regulują ruchem by po kolei wyjeżdżał jeden samochód z każdej kolejki.

Charles Leclerc w trakcie GP Węgier 2019

Udało się, wyjechaliśmy. Dalej stoimy w korku, ale już czasem coś się rusza. Ktoś podchodzi do szyby i po polsku pyta, czy nie mamy oleju do samochodu – no niestety, na pewno nie w aucie z wypożyczalni. W końcu dojeżdżamy, jemy naprawdę dobrego „restauracyjnego” hamburgera i idziemy na ostatni nocny spacer po Budapeszcie. Rano jedziemy zapłacić mandat (lepiej zrobić to od razu), wsiadamy w auto i bezproblemowo wracamy do kraju z fajnymi wspomnieniami i… oparzeniami słonecznymi. Ja mam zjarane tylko ramiona, bo na niedzielę założyłem koszulkę bez rękawów. Dwóch kumpli, którzy na niedzielę nie posmarowali się w ogóle, ma szyje, ręce oraz nogi koloru buraczkowego, czy jak kto woli – opalenizna to to nie jest, tylko uszkodzenie skóry. Trochę śmiechu, trochę bólu, no ale przeżyją 😉 .

Podsumowania

GP Węgier to na pewno inny wyścig, niż na przykład GP Belgii. Choć pora roku ta sama, to jednak w Belgii można oczekiwać zdecydowanie bardziej zmiennej pogody. Nie ukrywajmy także, że sam tor prowokuje wyścigi z większą ilością zaskoczeń. Na takim Spa czuć legendę toru, szacunek do pobytu w miejscu tak znaczącym dla światowego motorsportu, jest jakoś tak… kameralnie? Choć na Węgrzech tego nie ma, ja przynajmniej sam Hungaroring jako tor także lubię. Natomiast weekend GP u naszych przysłowiowych bratanków to doświadczenie bardziej stadionowe, z meksykańską falą, entuzjastycznym kibicowaniem, niemal domowym klimatem przez ilość naszych kibiców. Z pewnością warte zobaczenia i przeżycia samemu, szczególnie że Liberty teraz lepiej dba o kibiców, także tych na torze.

Oklaski dla Roberta i nie tylko

Dla zainteresowanych, bo wiem że tacy będą, na szybko powiem, że cały wyjazd nam wyniósł 1100 zł od osoby + bilety, czyli 95 euro. W tym wliczone nawet mandat i mycie samochodu. Całość da się zrobić spokojnie taniej, bo niemal 400 zł kosztów to wynajem auta. Jeśli macie jakiekolwiek inne pytania to walcie, chętnie odpowiem i pomogę.

Dodaj komentarz