F1 Grand Prix Monako 2019

Grand Prix Monako 2019 może nie było legendarnym wydarzeniem, które zostanie zapamiętane na lata, ale dostarczyło nieco emocji, także polskim kibicom.

Nietypowy typ

Specyfika weekendu wyścigowego Grand Prix Monako powoduje, że dwie sesje treningowe odbywają się w czwartek, a piątek jest dniem przerwy by miasto – państwo mogło normalnie funkcjonować. W dodatku zawodnicy jeżdżą przecież po drogach publicznych, które pod wpływem intensywnego użytkowania przez bolidy wyścigowe mocno zmieniają swoje własności w trakcie weekendu. Jakby jeszcze tego wszystkiego było mało, w ciągu minionego roku wymieniono nieco ponad 70% nawierzchni składającej się na nitkę toru F1.

Wszystko to spowodowało, że czwartkowe treningi miały dość małą wartość, jeśli chodzi o określanie realnego tempa poszczególnych zawodników. Zdominował je Hamilton, ale także Red Bull pokazywał tempo przynajmniej porównywalne, jeśli nie lepsze od Ferrari. W piątek już najlepszym czasem, nieco zaskakująco, popisał się Charles Leclerc. Choć był szybszy od kierowców Mercedesa jedynie o włos, to był to kolejny przebłysk nowego nabytku Ferrari. Przebłysk, który Ferrari znów zmarnowało, podczas kolejnej sesji, ale o tym za chwilę. Nas cieszyć mogła minimalnie mniejsza strata Williamsa do reszty stawki, a także fakt iż, wbrew opiniom „speców”, Robert Kubica dawał sobie radę na najwęższym i najbardziej krętym torze w kalendarzu. Mało tego, na torze gdzie największy wpływ na tempo ma właśnie kierowca, Kubica dawał sobie radę naprawdę nieźle.

Nietypowe kwalifikacje

Kwalifikacje rozpoczęły się oczywiście od odpadnięcia Williamsa, całego zespołu Racing Point, który poczyna sobie coraz słabiej oraz… dramatu Ferrari. Najpierw Leclerc wykręcił niezły czas, więc zjechał do boksów, w tym samym czasie Vettel popełnił błąd, dotknął ściany i musiał zjechać do zespołu na sprawdzenie auta, bez wykręcania żadnego dobrego czasu. Powrócił na tor w ostatniej chwili by się poprawić, jednak warunki na torze poprawiały się tak szybko (nawet czasy Williamsów poprawiały się o kilka dziesiątych), że po chwili Leclerc, którego zespół zapewnił, że może wysiąść z auta, bo jest pewien awansu, znalazł się na miejscu zagrożonym spadkiem. Niecałe dwie minuty później Sebastian Vettel wykręcił czas ratujący go przed odpadnięciem, spychając tym samym do tej strefy swojego zespołowego kolegę. Tym oto durnym sposobem Ferrari po raz kolejny samo pozbawiło się szans na walkę z Mercedesem i ich najszybszy zawodnik z góry mógł zapomnieć o dobrym wyniku.

Kolejne sesje przebiegały już nieco bardziej standardowo, choć zaskakująco szybko (bo już w Q2) odpadł cały zespół Alfa Romeo, który podczas treningów meldował się w pierwszej dziesiątce. W ostatniej sesji świetnym czasem popisał się Bottas, ale ostatecznie został pobity przez Hamiltona, zapewniającego sobie kolejne pole position. Trzeci na starcie ustawił się Verstappen, a Vettel dopiero jako czwarty. Z piątym czasem zameldował się Gasly, natomiast miłą niespodzianką było załapanie się całego Toro Rosso do pierwszej dziesiątki.

Nietypowe ataki

Przebieg wyścigu w Monako jest specyficzny tak bardzo, jak i sam tor. Wyprzedzać się tu nie da, bo po prostu nie ma miejsca, tak jak i nie ma miejsca na błąd. Jeśli już coś się dzieje, to są to wydarzenia raczej spektakularne. Tym razem jednak nic spektakularnego się nie wydarzyło, a najwięcej działo się z tyłu, gdzie Robertowi Kubicy udało się przeskoczyć o dwa miejsca do przodu, co w Monaco jest już niemałym wyczynem.

Nieco dalej na przedzie niesamowitymi manewrami popisywał się rozwścieczony postawą swojego zespołu Charles Leclerc. Pomimo poleceń by jechać dość spokojnie, Charles jechał niesamowicie agresywnie. Najpierw wyprzedził na nawrocie Lando Norrisa, a nieco później Grosjeana w Rascasse. Jechał po torze w Monako, jakby to był każdy inny tor z miejscem do wyprzedzania. Już na kolejnym okrążeniu po udanym ataku na kierowcę Haasa, Leclerc znalazł się za plecami Hulkenbarga i przypuścił atak w tym samym miejscu.

To by było wręcz nierealne gdyby się udało, ale skończyło się zdecydowanie gorzej. Bolidowi Ferrari zabrakło dosłownie kilku centymetrów by zmieścić się w torze. Te kilka brakujących centymetrów oznaczało uderzenie prawą tylną oponą o bandę i flaka. Leclerc mógł zapobiegawczo od razu zjechać do boksów, ale tego nie zrobił, a wiadomość o przebitej oponie dostał kilkadziesiąt metrów po minięciu zjazdu do boksów. Wystarczyło, by resztki opony kompletnie się rozdarły i dosłownie rozmontowały tylną część podłogi Ferrari do stanu, gdzie nie było nawet jej strzępów. Leclerc zjechał mocno uszkodzonym autem po nowy komplet kół, ale od razu po powrocie zaczął meldować, że praktycznie nie da się jechać bolidem w takim stanie.

Szczątki bolidu Leclerca trzeba było uprzątnąć, więc na torze pojawił się samochód bezpieczeństwa. Cała czołówka natychmiast zjechała po nowe opony, a przy wyjeździe z alei serwisowej Verstappen został zdecydowanie niebezpiecznie wypuszczony pod koła nadjeżdżającego Bottasa. Red Bull niemal przygniótł Mercedesa do ściany, ale wszyscy pojechali dalej, a incydentem zajmowali się sędziowie. Co ciekawe Mercedesy jako jedyne otrzymały mieszankę pośrednią, podczas gdy rywale założyli najtwardsze ogumienie, na którym zamierzali ukończyć wyścig. Bottas szybko się zreflektował i dał radę na kolejnym kółku ponownie zjechać, tym razem po twarde opony i nie stracić przy tym pozycji. Hamilton pozostał na czele z mieszanką pośrednią i właściwie od razu dostał polecenie by oszczędzać opony.

Tymczasem w tyle stawki najlepszy wyścig sezonu zaliczał Robert Kubica. Polak jechał na piętnastej pozycji, ale na szesnastym okrążeniu zaatakował go w Rascasse Antonio Giovinazzi. Zaatakował nie w stylu Charlesa Leclerca, ale raczej w sposób z góry skazany na porażkę, z powodu braku miejsca na torze. Skończyło się kontaktem i obróceniem Williamsa Roberta, przez co stracił on swoją dobrą lokatę i spadł na 18. pozycję.

Typowy wynik

Od tej pory w wyścigu już nie działo się wiele, poza batalią w czołówce. Verstappen otrzymał karę 5 sekund doliczonego czasu, za incydent z Bottasem, więc jego celem było wyprzedzenie Hamiltona i oddalenie się od jadących blisko Vettela i Bottasa właśnie. Max nie podejmował jednak żadnych manewrów w stylu kamikadze, wiedząc o coraz większych problemach jadącego przed nim rywala. Lewis (w swoim stylu) nieustannie narzekał przez radio, że jego opon właściwie już nie ma, że przegrali wyścig, że co on biedny pocznie.

MONTE CARLO, MONACO – MAY 26: Max Verstappen, Red Bull Racing RB15, makes contact with leader Lewis Hamilton, Mercedes AMG F1 W10, in the closing stages of the race during the Monaco GP at Monte Carlo on May 26, 2019 in Monte Carlo, Monaco. (Photo by Hasan Bratic / Sutton Images)

Verstappen wyczekał na moment w samym końcu wyścigu i zaatakował Hamiltona na wejściu w szykanę za tunelem. Nieskutecznie. Było blisko kraksy, ale z tym minimalnym marginesem bezpieczeństwa. Z tyłu natomiast Robert Kubica wciąż pokazywał świetne tempo i mimo straty do zawodników przed nim, wciąż niwelował odstęp, jadąc równym tempem, często lepszym nawet o sekundę od swojego zespołowego kolegi.

Nic się już jednak nie zmieniło i zwyciężył Lewis Hamilton, przed Vettelem i Bottasem. Verstappen po każe wylądował na czwartej pozycji przed Gaslym. Dziesiątkę uzupełnili Sainz, obaj kierowcy świetnie spisującego się Toro Rosso, Ricciardo i Grosjean. Kubica finiszował na 18. pozycji, pomiędzy dwoma bolidami Alfa Romeo.

Można typować

Wyścig w Monako nie dał zbyt wiele odpowiedzi, ale urodził sporo pytań. Pytań o przyszłość Ferrari i Leclerca, a nawet Vettela. Podobno Charles i jego menadżer stawiają już sprawy z Ferrari na ostrzu noża, a frustracja sięga zenitu. Nie dziwię się, to co robi włoski zespół względem Monakijczyka to istna kpina, wręcz amatorka. Leclerc zna swoją wartość, problemów z ofertami też raczej nie będzie mieć. To by był (według mnie) gwóźdź do trumny współczesnego Ferrari, jeśli na własne życzenie straciliby taki talent i to raptem po jednym sezonie. To aż nie do pomyślenia, że ktoś może chcieć uciekać z Ferrari, ale też nie do pomyślenia jest, co Ci Panowie wyprawiają. Jakby tego było mało Vettel przebąkuje coś o zakończeniu kariery. Dziwne „przebudzenie”. Widzę tylko dwie opcje uzasadniające takie pomysły – strach przed Leclerciem, albo… polityka i rozpuszczanie plotek po to, by Charles’a w Ferrari zatrzymać.

Wyścig urodził też w mojej głowie sporo pytań o przyszłość Roberta Kubicy w F1. Nie do końca jasne zasady traktowania swoich kierowców przez Williamsa doprowadziły już samego Roberta do frustracji i wyrażenia jej przez radio, czego raczej nie widujemy często w jego wykonaniu. Jakby tego było mało, na torze, gdzie podobno miał nie dać rady w ogóle startować, Kubica jechał najlepszy wyścig sezonu (tam gdzie auto ma mniej do powiedzenia, a liczy się kierowca) i to tempem lepszym od swojego młodego kolegi, świeżego talentu królowej motorsportów. W polskiej sieci i prasie znajdziecie nagłówki jasno mówiące o tym, że Kubica wreszcie zamknął usta krytykom. Wiecie jakie opinie są na portalach międzynarodowych? Kolejny słaby wyścig Kubicy i świetny wynik Russella. Nikt zdaje się nie dostrzegać, że to Robert wywalczył na tym kosmicznym torze lepszą pozycję, a podobno jest inwalidą, że jego wyścig zepsuł inny zawodnik, a on potem jeszcze jechał tempem lepszym niż jego kolega.

Wiecie co? Choć niby wszyscy wiemy jak wygląda świat F1 i byliśmy na to gotowi, to przeglądając te opinie zacząłem się zastanawiać. Czy my, czy Robert jeszcze ma powód by chcieć tej F1, skoro ona niezbyt chce jego? To oczywiście generalizacja i uproszczenie, bo są nawet opinie Brytyjczyków mówiące, że wreszcie może przestanie się gnębić Roberta i wychwalać pod niebiosa George’a, ale…. no tak mi dało do myślenia.

Dodaj komentarz