F1 Grand Prix Francji 2018

Formuła 1 po raz pierwszy od dziesięciu lat powróciła do kraju Franków. W dodatku zawody nie powróciły na słynny Magny-Cours, ale na używany przez inne serie tor Paul Ricard, o zgoła odmiennym charakterze. Jak więc wypadło Gran Prix Francji 2018?

Weekend zaczął się (wybaczcie, lecz muszę to powiedzieć) od dość smutnej informacji dla wszystkich oczekujących wyrównanej walki w dalszej części sezonu. Mercedes bowiem potwierdził wprowadzenie u siebie oraz u zespołów fabrycznych nowej jednostki napędowej w specyfikacji 2.1. Zresztą ów informacja szybko uzyskała potwierdzenie w wynikach sesji treningowych, gdzie królowały Mercedesy, a szczególnie ten prowadzony przez Hamiltona. Generalnie treningów za wiele nie było, choćby przez trzeci deszczowy, co zdecydowanie nie ułatwiło kierowcom zapoznania się z torem. Nie to żeby go nie znali, ale w F1. gdzie walczy się o tysięczne sekundy, tor na którym zawody tej klasy nie odbywały się od niemal 30 lat to jak odkopanie dinozaura i przywrócenie go do życia.

Nowa ewolucja silnika niemieckiej marki dostała się i zespołom klienckim, czyli Force India oraz Williamsowi. W przypadku pierwszych zaowocowało to delikatną poprawą tempa na tle reszty stawki, a przypadek drugich jest tak beznadziejny, że nawet złoty zaprzęg z jednorożcami nie pomoże, więc przemilczę. Poza tym w czołówce bez zmian, czyli Ferrari próbowało zminimalizować stratę do Mercedesa, a Red Bull znów podgryzał obie marki, przypominając, że jest siłą z którą muszą się liczyć. Całkiem dobrze spisywały się też Haasy, które albo powoli zaczynają wychodzić z dołka, albo ten tor po prostu im pasował. Zaskakująco dobrze prezentowały się także Saubery, w przeciwieństwie do McLarena, który powoli zbliża się do poziomu Williamsa…

Kwalifikacje przyniosły nieco zaskoczeń. Jako pierwszy (standardowo) odpadł cały zespół Williamsa. Panom towarzyszyło Toro Rosso Hartleya i… cały McLaren, włącznie z Alonso. Jak mówiłem, brytyjski zespół z wyścigu na wyścig odkrywa coraz to głębsze dno swojej formy. Taki wynik z kolei oznaczał iż do Q2 awansował cały zespół Saubera. Niemniej w Q2 odpadło Force India, Sauber Ericssona, Hulkenberg i Gasly. Tak – nie odpadł zawodnik będący największą rewelacją sesji kwalifikacyjnej i sukcesywnie w tym sezonie utwierdzający swoją pozycję ogromnego talentu przyszłych sezonów. Charles Leclerc nie tylko awansował do Q3, ale wywalczył tam ósme pole startowe! Pomógł mu w tym nie kto inny jak sam Romain Grosjean, który znów miał kraksę. Oczywiście winny jest ten sam pech, który podobno prześladuje go od początku sezonu, a nie po prostu to, iż nie dał sobie rady na torze minimalnie zwilżonym pojedynczymi kroplami deszczu, padającymi tuż przed sesją. Czy to pomogło Leclercowi nie jestem w sumie pewien, bo i tak objechał tam drugiego Haasa Magnussena. Na czele pierwszy rząd zgarnął Mercedes, przed Vettelem, dwoma Red Bullami i Raikkonenem, który oczywiście zawalił swoje najszybsze okrążenie. Przed ósmym Sauberem uplasował się Sainz.

Charakterystyka toru Paul Ricard nie daje dużych nadziei na fascynujące wyścigi, z jego wielkimi asfaltowymi wybiegami, długimi prostymi zakończonymi szybkimi zakrętami i nieco bardziej krętymi sektorami, gdzie z kolei nie ma jak rozpocząć manewru wyprzedzania. O emocje postanowili się więc zatroszczyć sami kierowcy. Zaczęło się od Grosjeana (znów – bo kogóż by innego), który spychał Force India Ocona na ścianę, jeszcze na prostej. Tymczasem z przodu świetnie wystartował Sebastian Vettel, który nie tylko wyszedł przed Bottasa, ale miał ogromne szanse zrównać się z Hamiltonem. Na jego nieszczęście, celowo lub przypadkiem, świetnie zespołowo zagrali kierowcy Mercedesa, którzy zablokowali manewr Ferrari. Na dojeździe do pierwszego zakrętu Sebastian nagle odpuścił gaz, spadając znów na trzecie miejsce. Bottas to wykorzystał i będąc z przodu próbował wejść po zewnętrznej w pierwszy zakręt. Vettel albo źle oszacował jak szybko Valtteri jest w stanie wejść w ten zakręt jadąc po zewnętrznej, a może zagrało po prostu mało sesji treningowych na torze. Tak czy siak Ferrari przestrzeliło pierwszy zakręt uderzając w tył Mercedesa Bottasa. Natychmiastowy kapeć w Srebrnej Strzale i brak połowy skrzydła czerwonego bolidu zwiastowały, że niedługo po tym jak dotoczą się do boksów rozpocznie się niezła pogoń. Tymczasem raptem dwa zakręty dalej Ocon jadący po lewej stronie bardzo gwałtownie zjechał na prawą, zamykając jednocześnie tor przed jadącym tuż za nim Pierrem Gasly. Kierowca Toro Rosso ratował się jak mógł, ale słaba przyczepność toru i brak miejsca nie dawały nadziei na bezproblemowe rozwiązanie tej sytuacji. Sunący już bokiem, ślizgający się bolid Gasly’ego wpadł w Force India Ocona, które nagle przed nim wyrosło, eliminując z rywalizacji za jednym zamachem dwóch z trzech Francuskich kierowców w ich domowym wyścigu.

Tego było już za wiele i na torze musiał pojawić się samochód bezpieczeństwa. To pozwoliło dotoczyć się Vettelowi i Bottasowi do boksów, minimalizując przy tym straty. Przy okazji kto jeszcze nie widział, miał okazję zobaczyć jak wygląda aleja serwisowa na torze Paul Ricard. Wjazd wprost z prostej startowej jest wąski i kręty, a wyprowadza bolidy niemal wprost na nogi mechaników zespołu w pierwszym garażu, w tym wypadku Mercedesa. Wyjazd nie jest lepszy, gdyż kierowca zza ściany od razu wjeżdża bezpośrednio na tor i to w dodatku dokładnie na linię wyścigową na dojeździe do pierwszego zakrętu. Nie ma żadnego wybiegu, kawałka dodatkowego asfaltu pozwalającego zorientować się kierowcy co dzieje się na torze i dopiero na niego wskoczyć. Szczerze, to nie mogę się nadziwić jakim cudem ten tor został dopuszczony do użytku przez F1, znając ekstremalnie rygorystyczne standardy tej serii. Wiele dużo bezpieczniejszych torów władze F1 już nie raz zmusiły do zmiany pobocza, czy band, a tutaj tak oczywista sprawa przeszła niezauważona? Zalatuje skrajnym politykowaniem.

Wracając do rywalizacji, która została wznowiona po kilku okrążeniach. Hamilton bez problemu obronił swoje prowadzenie przed Verstappenem i od razu rozpoczął budowanie przewagi. Tymczasem z tyłu Vettel wraz z Bottasem rozpoczęli pogoń. Jednak różnica tempa ich bolidów oraz reszty stawki była tak ogromna, że trudno nazwać było to wyzwaniem, a raczej mijaniem bolidów innej, gorszej klasy. Ów mijanie nieco gorzej szło Bottasowi, który mniej agresywnie atakował kolejnych zawodników, miał uszkodzoną podłogę w samochodzie, ale też pewnie borykał się ze standardowym problemem bolidów Mercedesa, które przystosowane są do bardzo szybkiej jazdy w czystym powietrzu. W tłoku natomiast Srebrne Strzały już tak nie błyszczą, a nawet zaczynają mieć spore problemy.

O dysproporcji w osiągach bolidów niech świadczy to, że raptem kilka okrążeń zajęło Vettelowi dojście do dziesiątego miejsca. Valtteri był wtedy dwunasty. Chwilę później Verstappen zjechał na pitstop, co rozpoczęło serię zjazdów całej czołówki. Do boksów nie wybierali się poszkodowani na pierwszym zakręcie, którzy już zmienili opony, ale także Lewis Hamilton bezpiecznie kontrolujący przebieg wyścigu i czekający na odpowiedni moment do zmiany. W grę wchodziła też nagła zmiana warunków na torze, gdyż w okolicy toru wciąż krążyły deszczowe chmury. Sędziowie wykorzystali ten moment na porozdzielanie kar kierowcom winnym incydentom z początku wyścigu. Pięć sekund kary dostał Vettel i Grosjean, tylko upomnienie dostali później Ocon i Gasly.

Już kilka chwil później Sebastian Vettel był w czołowej piątce, wyprzedzony bez problemu przez Ricciardo na świeżych oponach. Później Niemca dogonił także Kimi Raikkonen na świeżym ogumieniu, który szybko minął zespołowego kolegę i ruszył w pogoń za trzecim Australijczykiem. Odstępy były tak duże, że Vettel i Bottas zdecydowali się w końcu na dodatkowy zjazd po ultramiękkie opony, który z resztą odbył się z problemami w przypadku Fina, którego bolid spadł z podnośnika.

Z przodu Hamilton jechał około sześć sekund przed Verstappenem nie dlatego, że szybciej nie mógł, tylko że nie było potrzeby męczenia nowej jednostki napędowej. Szczególnie po wycofaniu się Force India Pereza, którego przyczyną były właśnie problemy z nowym silnikiem. Za nimi, na kilka okrążeń przed końcem, Raikkonen szybko zbliżał się do Ricciardo, a kiedy tylko zbliżył się na odległość ataku, wykorzystał najdłuższą prostą toru i system DRS, czyli zestaw odpowiadający za 99% „wyprzedzeń” w wyścigu. Tak więc na metę wpadł bezpieczny Hamilton, przed Verstappenem, Raikkonenem, Ricciardo i Vettelem. Wyścig Leclerca nie poszedł tak idealnie jak kwalifikacje, ale Charlesowi udało się dowieźć jeden punkcik za dziesiąte miejsce. Bottas z kolei ukończył rywalizację siódmy za Magnussenem.

F1 Grand Prix Francji 2018 nie było genialnym wyścigiem, a charakterystyka toru nie przekonuje mnie by kiedykolwiek miało nim zostać. Na szczęście element niepewności i mniejszego doświadczenia kierowców dodał nieco emocji na torze. Teraz przed nami wyścig na austriackim Red Bull Ring, który znów niesie spore nadzieje na ogrom akcji na torze.

Dodaj komentarz