F1 Grand Prix Monako 2018

Runda w tym małym księstwie to swoisty fenomen. Wyścig, którego dawno nie powinno być w kalendarzu zgodnie z normami bezpieczeństwa i wymogami co do spektaklu F1. To bardziej forma pokazów i promocji sportu, niż czysta rywalizacja. No dobrze, a jakie było Grand Prix Monako 2018?

Po pierwsze był to weekend „po byku”. Nie ze względu na gigantyczne emocje, po prostu od pierwszego treningu mieliśmy dominację Red Bulli, a w szczególności Daniela Ricciardo. Niby Ferrari próbowało udawać, że jest blisko, ale strata kierowców włoskiej ekipy na poziomie 0,2 sekundy była najlepszym na co było ich stać. Z kolei Mercedes jeszcze przed wyścigiem otwarcie mówił, że po GP Monako nie spodziewa się wiele, bo ich bolid z większym rozstawem osi z założenia będzie tu się gorzej sprawował. To cena za to, by na innych torach prowadził się lepiej. Co zaskakujące, całkiem nieźle spisywały się też Force India, a nawet Williams z Sirotkinem za kierownicą był w stanie meldować się w pierwszej dziesiątce. Wydawało się, że Red Bulle zdominują wszystkie części weekendu, ale wtedy w ostatnim treningu, po raz nie-wiem-już-który, wykazał się Max Verstappen. Holender roztrzaskał swój bolid stawiając mechaników w niezręcznej sytuacji, czyli z próbą odbudowania pojazdu do kwalifikacji. Dalej relacjonując w skrócie – nie udało się.

Kwalifikacje przebiegły więc bez większych zaskoczeń, potwierdzając wyniki treningów. No może mimo wszystko delikatnym zaskoczeniem był awans Sirotkina do Q2, który zadawał kłam wszystkim szkalującym jego umiejętności, gdyż na „torze kierowców” okazał się wyraźnie lepszy od Lance’a Strolla. Niemniej drugie pole position w swojej karierze wywalczył uradowany Daniel Ricciardo, odwalając połowę roboty potrzebnej do zwycięstwa na torze takim jak Monako. Drugi był Vettel, który choć dzielnie walczył, ostatecznie nie mógł wydrzeć pierwszego pola kierowcy Red Bulla. Trzeci uplasował się Lewis Hamilton, czwarty Raikkonen, a piąty Bottas. Dalej Ocon, Alonso Sainz i Perez, a dziesiątkę uzupełnił Gasly.

Start do wyścigu przebiegł bez większych komplikacji. W czołówce nie zaszły dosłownie żadne zmiany, jedynie na samym tyle stawki swoją pogoń rozpoczął Max Verstappen. Po chwili okazało się, że skrajnym brakiem profesjonalizmu wykazał się zespół Williamsa. Okazało się, że na bolidzie Sirotkina nie było założonych kół na 3 minuty przed sygnałem startowym wyścigu, co jest wymogiem regulaminów. W ten oto sposób zespół zniszczył bodaj najlepiej zapowiadający się wyścig rosyjskiego kierowcy, który musiał odbyć karę 10 sekund postoju na stanowisku w boksach. Jakby tego było mało, w tym samym czasie „wykazał się” Stroll, który próbował zaatakować Ericssona wciskając się w przestrzeń mniejszą niż szerokość samochodu. Skutek? Uszkodzone przednie skrzydło i przebita opona. Od tej pory cały zespół Williamsa dzielnie okupował dwa ostatnie miejsca w stawce.

Znów, poza atakami Verstappena na samochody zdecydowanie wolniejsze, nie działo się zbyt wiele. Dość szybko na swój pitstop zjechał Lewis Hamilton, bo już na 12. okrążeniu. Przed zjazdem miał doganiającego go Raikkonena i perspektywa jazdy na nowym komplecie ponad 60 okrążeń zwiastowały, że Lewis może nie utrzymać miejsca na podium. W czasie zjazdów do boksów coś  się jednak stało i Kimi wyjechał ze stratą ponad 7 sekund do Hamiltona. Co? Tego niestety nie wiemy, bo realizator nie spisywał się za dobrze podczas relacji z Monako. Po szybkim zbliżeniu się do Brytyjczyka Raikkonen nie był w stanie zbyt wiele zrobić, a po kilku okrążeniach było już widać, że pogonią nieco dał w kość oponom i kierowca Ferrari zaczął tracić dystans.

Po około 1/3 wyścigu wydawało się, że Grand Prix Monako 2018 z wielkiego sukcesu obróci się w wielki dramat jednego kierowcy. Oto przewodzący stawce Daniel Ricciardo zgłosił zespołowi problemy z mocą. Inżynier wyścigowy poinformował kierowcę o proponowanych zmianach w ustawieniach samochodu. Po chwili okazało się, że problem nie jest łatwo rozwiązywalny, a Daniel dostał komunikat, że musi spróbować dojechać ze szwankującą jednostką. Vettelowi przekazano informację o problemach lidera. Kierowca Ferrari na chwilę złapał wiatr w żagle i zbliżył się do Red Bulla, ale tor w Monako jest nieubłagany. Nie było jak się zbliżyć, a tym bardziej zaatakować prowadzącego bolidu. Należy też pamiętać, że bolidy byków były zdecydowanie najszybszymi przez cały weekend, a więc nawet przy problemach z mocą, Ricciardo wcale nie stał się zawalidrogą.

Dalej w wyścigu mieliśmy już tylko dwa „wydarzenia”. Najpierw w bolidzie Alonso posłuszeństwa odmówiła skrzynia biegów. Potem, już w końcówce wyścigu przy wyjściu z tunelu, w Sauberze Leclerca skończyły się hamulce. Pech chciał, że akurat jechał on tuż za Brendonem Hartleyem. Sauber wbił się w tył Toro Rosso, po czym zbiegiem okoliczności dotoczył się akurat w miejsce przeznaczone do odstawiania bolidów poza tor. Tymczasem jakimś cudem skrzydło bolidu Hartleya utrzymało się wisząc na skrawkach włókna węglowego, co pozwoliło zawodnikowi dojechać do boksów, gdzie oczywiście zakończył rywalizację.

I…. to by było na tyle. Ricciardo z uśmiechem od ucha do ucha wpadł na metę, by potem świętować na podium w towarzystwie księcia i księżnej Monako, oferując im nawet łyka szampana, co jak mniemam dla niektórych kręgów mogło być wręcz nietaktem, ale na pewno nie dla Australijczyków jak Webber lub Ricciardo właśnie 😉 . Na szczęście bucikiem ze szlachetnym trunkiem uraczył tylko siebie i Adriana Neweya, który poszedł odebrać trofeum dla najlepszego zespołu. Jak się potem dowiedzieliśmy w bolidzie Daniela awarii uległo MGU-K i podczas wyścigu musiał się on mierzyć ze spadkiem mocy nawet o 25%. To zwycięstwo to swoiste wyrównanie rachunków z Monako za sezon 2016, kiedy to Australijczyk przegrał wyścig przez błąd zespołu, który spóźnił się z przygotowaniem opon na zjazd ich kierowcy do boksów.

Za zwycięzcą, bez zmian w stosunku do kolejności startowej, zameldowali się odpowiednio Vettel, Hamilton, Raikkonen, Bottas i Ocon. Dopiero dalsze pozycje uległy jakiejkolwiek zmianie i siódmy finiszował Gasly, przed Hulkenbergiem i Verstappenem, któremu udało się awansować do strefy punktowanej. Dziesiątkę uzupełnił Carlos Sainz. Natomiast co do zespołowego partnera zwycięzcy wyścigu, to kierownictwo Red Bulla coraz głośniej publicznie sugeruje Verstappenowi by przestał popełniać tak durne błędy. Ciekawe czy nie stracą wreszcie cierpliwości? Reakcja Helmuta Marko po kraksie Maxa w trzecim treningu świadczy o tym, że stracił ją już dawno. Pytanie tylko, czy Verstappen pojedzie w końcu jakiś genialny wyścig, którym odkupi swoje winy, czy popełni kolejny błąd i ostatecznie przekreśli swój los.

Po wyścigu Alonso nazwał Grand Prix Monako 2018 najnudniejszym wyścigiem w historii, a Hamilton rozpoczął nawoływania by coś zmienić dla uatrakcyjnienia imprezy. Cóż, nie sposób się z Panami nie zgodzić, pytanie tylko co zmienić? Nikt księstwa Monako nie przebuduje. Jak wspominałem na początku to charakterystyczna impreza, raczej show i pokazy sportu, którym towarzyszy splendor i blichtr najbogatszych ludzi świata, niż normalne zawody. Problemem są nowoczesne bolidy, które na tym torze już nie pozwalają na taki pokaz umiejętności kierowców, jak to było w latach, kiedy wyścig w Monako zyskał swoją sławę. Teraz należy zadać sobie pytanie, czy przypadkiem nie dochodzimy do momentu, kiedy historia i legenda imprezy, nie jest powoli przyćmiewana przez jej rzeczywistą (dość skromną) użyteczność dla rywalizacji sportowej?

Dodaj komentarz