Po co to komu?

Ludzka natura jest dziwna. Z jednej strony każe nam za wszelką cenę walczyć o przetrwanie, z drugiej podsuwa pomysły, by robić rzeczy, wydawało by się, całkowicie bezsensowne. Takie, które zagrażają nam, bliskim, do tego jeszcze osobom postronnym, faunie, florze, ładowi wszechświata i kto wie czemu jeszcze.

Nie tak dawno opisywałem historię bicia rekordu prędkości na lądzie. Troszkę celowo pominąłem kwestię wypadków, a na pewno domyślacie się, że było ich sporo. Z resztą nie tylko tutaj. Żeby nie szukać daleko wspomnę tylko o ostatnich latach w F1, która niby jest sportem najbardziej nastawionym na bezpieczeństwo, nawet kosztem jakości rywalizacji. Mimo to w ostatnich latach w wyniku wypadków zginęły przynajmniej dwie osoby, czyli Maria de Villota oraz Jules Bianchi. To straszna tragedia, ale pomyślcie tylko, że jeszcze w latach siedemdziesiątych w samej tylko F1 ginęło średnio dwóch kierowców rocznie… Nie lepiej wygląda z resztą statystyka w innych bolidach jednomiejscowych, choćby amerykańskim IndyCar. Dodatkowo wspomnę jeszcze o tragicznej śmierci Henry’ego Surteesa, syna mistrza świata Johna Surteesa, czy ostatnim koszmarnym wypadku Billy’ego Mongera w F4, po którym „tylko” stracił nogi.

Koronnym przykładem może być tu nie kto inny, jak Robert Kubica. Facet jeździł w najszybszej klasie wyścigowej świata, a mimo to zapragnął startować jeszcze w rajdach. Jak wszyscy wiemy, skończyło się tak naprawdę na ogromnym szczęściu w nieszczęściu. Niektórzy pukali się w głowę pytając post factum – po kiego on się tam pchał? Jak zwykle, szczególnie w naszym kraju, pojawiało się nagle znikąd miliony ekspertów od psychologii, sportów motorowych i kto wie czego jeszcze. Robert natomiast na przekór wszystkim, pokazując z jakiej gliny jest ulepiony, nie tylko wrócił do motorsportu, ale wrócił startując w małym lokalnym i górskim rajdzie. Dokładnie takim, jaki o mało go nie zabił.

Nie sposób nie wspomnieć też o niedawno zakończonej imprezie motoryzacyjnej, znanej na całym świecie. Rajd Dakar przez 40 edycji pochłonął 73 ofiary, w tym tylko 28 wśród nich to bezpośredni uczestnicy rywalizacji. Ginęli nie tylko kibice, ale nawet zupełnie przypadkowi przechodnie wchodzący pod koła dakarowej karawany.

Tyle nieszczęścia, tyle śmierci… okazało się w ogóle nie mieć znaczenia. Czy uczestnicy poszli po rozum do głowy? Czy przestraszyli się udziału w zawodach? Czy zbojkotowali dyscyplinę i brakowało chętnych do startu? W żadnym wypadku. Owszem, Jackie Stewart po śmierci Rogera Williamsona i Françoisa Ceverta w sezonie ’73, po zakończeniu kariery zajął się dbaniem i promowaniem bezpieczeństwa uczestników sportów motorowych. Tylko że nawet dziś, przy wprowadzaniu HALO, nie tylko kibice, ale i sami kierowcy mówią, że korzyści płynące z bezpieczeństwa nie przesłaniają negatywów zmian w estetyce i charakterze wyglądu bolidów. Estetyka ponad bezpieczeństwo. Psychole prawda?

Otóż nie.

Jak już wspomniałem na początku, człowiek jest tak skonstruowany, że w życiu potrzebuje wyzwań. Szuka ich. Dla jednych wyzwaniem jest pięcie się po korporacyjnej drabince, dla innych kopanie złota na Alasce, dla jeszcze innych zwiedzanie całego świata, następni z kolei skaczą z ogromnej góry z dwiema nartami przyczepionymi do nóg, rozpędzając się do 100km/h z nadzieją, że będą w stanie wylądować i nie złamać przy tym kręgosłupa. Kolejnym frajdę sprawi nurkowanie i kontakt z podwodną przyrodą, a jeszcze innym życie daje możliwość realizowania się jako kierowca wyścigowy. Robert Kubica w którymś z wywiadów po swoim powrocie, zapytany o inne plany, powiedział mniej więcej coś takiego (cytat z pamięci): wyścigi są całym moim życiem, to jest to co potrafię robić najlepiej, nie wyobrażam sobie zajmowania się czymś innym.

To wszystko to tak naprawdę dopiero czubek góry lodowej, bo podobne analogie można znaleźć niemal w każdej dziedzinie życia. Właśnie – góry. Przez pryzmat sportów motorowych chciałem przedstawić wam szeroko komentowaną u nas sytuację z Nanga Parbat. Każdy ma swój szczyt do zdobycia i każdy ma potrzebę zdobycia takiego szczytu. Także jeśli jesteście jednymi z domorosłych „speców jednej nocy”, to komentując podobne wydarzenia następnym razem zadajcie sobie pytanie: czy to moja sprawa i czy mam prawo oceniać? Czy naprawdę rozumiem tego człowieka i jego życie? Czy może jednak mam perspektywę i zdrowy rozsądek by się powstrzymać? Może zdaję sobie sprawę, że choćby samych palaczy świadomie trujących siebie i innych dookoła jest na świecie ponad 1 miliard, a leczenie ich i przez nich podtrutych pochłania kolejne dziesiątki miliardów dolarów, a nikt nie organizuje na nich codziennej nagonki w mediach…

One thought on “Po co to komu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *