F1 Grand Prix Meksyku 2017

Tegoroczne Grand Prix Meksyku miało być rozstrzygające pod każdym względem i w każdym wypadku. Lewis Hamilton mógł bowiem zapewnić sobie czwarty tytuł mistrzowski. Natomiast z lekką pomocą pecha rywali i cudów we własnym tempie, Sebastian Vettel mógł odwlec „egzekucję” o kolejny wyścig i podtrzymać nadzieje na wyrównaną walkę.

Autódromo Hermanos Rodríguez w Meksyku ma swoją specyficzną charakterystykę. Po pierwsze tor ulokowany jest ponad 2000 metrów n.p.m., przez co powietrze jest bardziej rozrzedzone i jazda tam jest jeszcze większym wyzwaniem dla jednostek napędowych. Po drugie choć tor ma jedną długą prostą i drugą KOLOSALNIE długą prostą, to jako całość jest to obiekt na którym F1 jeździ z dużym dociskiem. Skoro więc różnice między silnikami się tam zacierają, a aerodynamika zyskuje na znaczeniu, dobra forma Red Bulla, już od pierwszych treningów, chyba nikogo nie zaskakiwała. Mercedesy jednak dalej nie pozwalały zapomnieć o swojej prędkości, natomiast ciut gorzej spisywało się Ferrari. Nadspodziewanie dobrze prezentował się też McLaren, a Alonso mówiący o treningach z nadspodziewanym optymizmem, nie był raczej tym, do czego przywykliśmy w obecnym sezonie.

Podczas kwalifikacji katastrofalnie spisywał się przede wszystkim Haas, który od początku tego sezonu zalicza zjazd po równi pochyłej i pomimo dysponowania jednostką Ferrari nowszą o rok od tej w Sauberach, Haasy w Meksyku prezentowały podobne tempo jak szwajcarski zespół. Ciekawe czy Amerykanie podniosą się w 2018, czy może współczesna F1 ich pokona? Wracając jednak do kwalifikacji, nie były one też szczęśliwe dla Gasly’ego, wracającego za kierownicę Toro Rosso, któremu nie zdążono wymienić silnika na kwalifikacje. Z resztą w tym czasie uszkodzeniu uległ także silnik w Toro Rosso Brendona Hartley’a. W finale walki o pole position po raz pierwszy mieliśmy rywalizację trzech kierowców. Kiedy już wydawało się, że po błędzie Hamiltona, najmłodszym zdobywcą pole position w historii zostanie Max Verstappen, rzutem na taśmę najlepszy czas wykręcił Sebastian Vettel i pobił Maxa o osiem setnych sekundy! Zapowiadał się tym samym ciekawy start bez Mercedesa w pierwszej linii.

Start wyścigu w Meksyku jest tym ciekawszy, że z pól startowych jest bardzo długi dojazd do pierwszego zakrętu i tym samym wiele może się po drodze wydarzyć. Tu, kiedy przez pierwsze kilkadziesiąt metrów wydawało się, że Vettel wystartował dobrze, na dojeździe do pierwszego zakrętu miał już po zewnętrznej wciskającego się Maxa, a po zewnętrznej Holendra jeszcze Hamiltona. Z tyłu wszystko na spokojnie obserwował Bottas, jak się później okazało – tym razem wyszło mu to na dobre. Hamilton nieco odpuścił widząc jak Ferrari i Red Bull wpadają koło w koło w pierwszy zakręt, po którym jest szykana. Jak można było się spodziewać żaden z Panów „V” nie odpuścił i Seb spróbował wywieść Maxa za tor, jednak ten obronił się na tyle zdecydowanie, by wypchnąć Niemca na zewnętrzną wejścia w szykanę. Wszystko z tyłu wykorzystał Lewis, wchodząc pod łokieć Vettelowi. Z szykany pierwszy wyjechał więc Verstappen, później po zewnętrznej mijający Vettela Hamilton i w końcu Sebastian, który wywieziony przez tarkę na zewnętrzną zahaczył jeszcze Hamiltona. Zakończyło się sporym uszkodzeniem przedniego skrzydła Ferrari i niestety kapciem u Lewisa.

Całą sytuację najlepiej zobaczyć na wideo powyżej, polecam też widok z kokpitu Bottasa, bo wiele daje. Niemniej, zaraz po kontakcie Hamilton zapytał retorycznie przed radio swojego inżyniera „On zrobił to specjalnie?”. Przyznam, że w tym momencie jak kibicuję Ferrari, tak zgadzałem się z Lewisem. Wyglądało to jakby Vettel specjalnie pojechał zbyt szeroko, by dotknąć auta Brytyjczyka. Troszkę tylko nie grała logika za tą teorią spiskową. Każda taka akcja w wykonaniu Vettela była by tylko narażaniem się na ogromną krytykę, generalnym wstydem, a w samej rywalizacji jedynie wspomnianym odwlekaniem wyroku. Oczywiście Ferrari wierzy do końca, ale wszyscy wiemy, że szanse były jedynie teoretyczne. Dlatego podobne pomysły Sebastiana byłyby po prostu głupie. Rzeczywiście, jak po wyścigu obejrzałem onboard Bottasa, to zrozumiałem. Vettel wyjeżdżał z szykany tracąc przyczepność tylnej osi, podbitej na wysokiej tarce, na czym był kompletnie skupiony. Tymczasem Hamilton zamiast pojechać szerzej obok Verstappena, nieco odpuścił, by nie znaleźć się na wysokich tarkach i nagle skręcił mocniej w kierunku środka toru. Vettel prostujący koła w poszukiwaniu przyczepności był na tym tak skupiony, że nie zdążył zareagować na manewr Lewisa i tak to się skończyło. O ironio losu – absurdalnie wysokie tarki prawdopodobnie były współwinne wypadkowi, który co najwyżej był zwykłym incydentem wyścigowym. Niemniej wydaje mi się, że Vettel nie wytrzymał taktycznie i psychicznie tego pojedynku, a Verstappen jest kierowcą, którego agresji powoli cała stawka zaczyna się obawiać. Serio.

W wyniku kontaktu tak Vettel, jak i toczący się do boksów Hamilton, musieli zjechać czy to po nowe skrzydło, czy opony. Tak więc od pierwszego okrążenia jeden były mistrz świata gonił stawkę by podtrzymać swoje szanse, a drugi z jeszcze większą stratą gonił by przypieczętować swój tytuł. Miejscem interesującym Sebastiana było przynajmniej drugie, Hamilton dla 100% pewności powinien zdobyć piątą lokatę. Na każdym innym torze prawdopodobnie byłoby to możliwe, ale specyfika toru w Meksyku stanowiła dla obu kierowców i ich bolidów takie wyzwanie, że sami nie dowierzali jak trudno było im wyprzedzać sporo słabsze samochody. O ile Ferrari Vettela powoli parło do przodu, to Hamilton za nic nie mógł sobie poradzić z jadącym na przedostatniej lokacie Sainzem i aż komunikował swoje niesamowite trudności przez radio.

Tymczasem z przodu Verstappen spokojnie budował przewagę nad Bottasem, a Ricciardo po wymianie silnika przed wyścigiem, powoli przebijał się z dalszej części stawki. Nie na długo niestety. bo już na piątym okrążeniu w jego bolidzie turbo powiedziało „dalej nie jadymy”. Za Valtterim podążał Kimi, za nim natomiast świetnie jadący Stroll, a później Magnussen i Ericsson w Sauberze! Pod koniec pierwszej dziesiątki jechały także oba McLareny, układ stawki był więc dość nietypowy i co najważniejsze specyfika toru pozwalała go utrzymywać.

Kiedy Lewis wciąż jeszcze walczył z Sainzem, Vettel atakował już Massę by walczyć o wejście do strefy punktowej. Kiedy Felipe dość bezpardonowo odpierał ataki kierowcy Ferrari, ten zaczął narzekać swojemu zespołowi, na co usłyszał dość konkretną odpowiedź – przestań stękać i skup się na jeździe. Chyba podziałało, bo Niemiec wyprzedził kolejnych dwóch kierowców i przymierzał się do ataku na Alonso. Tymczasem Hamilton nie mógł wręcz uwierzyć, że wciąż nie udało mu się zaatakować Sainza, szczególnie że musiał już ustępować miejsca dublującemu (!!) Maxowi Verstappenowi. Brytyjczyk wyprzedził wreszcie Carlosa i rozpoczął prawdziwą pogoń za Sebastianem, który z kolei zajmował już dziewiąte punktowane miejsce, po zjeździe jadącego tak wysoko Saubera Ericssona. Tymczasem zaczęły się zjazdy do pitstopów i niestety także kolejny dramat silnikowy Renault. Po wspomnianym wcześniej Ricciardo, kontynuacja zaczęła się od Renault Hulkenberga, w którym zespół zakomunikował, że „nie jest bezpiecznie”, a Nico musiał się zatrzymać i jak najszybciej opuścić pojazd. Potem byliśmy świadkami kolejnej awarii nowej jednostki napędowej w bolidzie Hartleya. Na torze pojawił się wirtualny samochód bezpieczeństwa, co cała czołówka wykorzystała na zjazdy.

Hamilton i Vettel kontynuowali swój problematyczny pościg za czołówką, a na przedzie znudzony Verstappen budował coraz większą przewagę nad Bottasem, bijąc kolejne rekordy najszybszego okrążenia. W końcu zespół powiedział Maxowi przez radio, że przewaga jest już taka, iż może zwolnić i ją utrzymywać. Verstappen przytaknął i… wykręcił kolejne rekordowe okrążenie. Gdy zespół zwrócił mu uwagę, że nie zwolnił nic a nic, w odpowiedzi usłyszeliśmy tylko „Ups! Sorry chłopaki!”. Tymczasem Vettel dopchał się już na siódmą lokatę za Perezem, przed którym wciąż jechał solidnie jadący Stroll. Kiedy wreszcie Ferrari Niemca wylądowało na czwartej pozycji z ponad 20-sekundową stratą do Kimiego, tracącego tyle samo do Bottasa, ostatecznie stało się jasne, że przedłużenie szans na walkę o tytuł można włożyć między bajki. Tym bardziej, że Hamilton wszedł już do strefy punktowanej, a wedle jego zespołu w perspektywie było przynajmniej ósme miejsce. Vettel po otrzymaniu informacji o sytuacji na torze, skwitował to tylko krótkim „Oh mamma mia!”.

Niestety po około 80% dystansu usterka sprzętu wykluczyła w końcu z rywalizacji Marcusa Ericssona. Jego Sauber jechał już poza pierwszą dziesiątką, ale występ jak na obecny sezon tego zespołu był co najmniej bardzo dobry, tym bardziej szkoda takiego końca. Z resztą niedługo potem podobny spotkał kolejnego z kierowców Renault. Tym razem jednostka w aucie Sainza odmówiła współpracy, dopełniając obrazu nędzy i rozpaczy, jeśli chodzi o francuską firmę, jaki nam prezentuje w drugiej połowie sezonu. Niezależnie czy mówimy o zespole fabrycznym, czy o dostawcy silników. Jest źle i to bardzo, czasem aż zastanawiam się, co sobie myśli Alonso, widząc, że jednostki Hondy z kolei przestały się psuć? Chyba w czasie jazdy się takimi sprawami nie zajmuje bo jeszcze w końcówce mogliśmy oglądać jego zażartą rywalizację z odrabiającym straty Hamiltonem. Pomimo zdecydowanie słabszego bolidu (choć Alonso twierdził, że najlepszego jakim jeździł w tym sezonie) był najtrudniejszym przeciwnikiem, z jakim Hamilton musiał się mierzyć w minioną niedzielę.

Nic więcej już się zmienić nie mogło i rywalizację wygrał znudzony samotną jazdą Verstappen, przed równie znudzonymi Bottasem i Raikkonenem. Czwarty Vettel zrobił co mógł, ale powiedzmy to sobie szczerze, sezon był już dawno przegrany. Dziewiąte miejsce, przed dziesiątym Alonso, wystarczyło więc Hamiltonowi by przypieczętować czwarty tytuł na dwa wyścigi przed końcem sezonu. Sezonu, który miał być tak wyrównany, a nagle rozstrzygnął się na przestrzeni trzech błędów w trzech GP. Na pocieszenie zostaje nam więc dobra forma Williamsa, szczególnie Strolla oraz całego Force India i powoli odradzającego się McLarena. To może nam zapewnić ciekawą rywalizację w środku stawki do samego końca sezonu. Z przodu z resztą też Bottas może jeszcze pogrozić Vettelowi w walce o wicemistrzostwo. Mam jednak wrażenie, że to nie Bottas, ale Red Bull z Verstappenem na czele, będą wszystkim pokazywać, czego będą musieli obawiać się za rok. Oczywiście jeśli tylko Renault nie pokpi sprawy z silnikami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *