F1 Grand Prix Brazylii 2017

Wyścig w Brazylii, tak jak i finał sezonu za dwa tygodnie, już w swoich założeniach nie miał budzić ogromnych emocji. W końcu losy obu tytułów są już rozstrzygnięte. Na szczęście drobny splot wydarzeń i klasyczny tor zapewniły choć tyle emocji, że nie był to wyścig dla śpiochów.

Tor Interlagos jako dość krótki i kręty, z założenia nie powinien być terenem dominacji Mercedesa. Jednak od pierwszych treningów kierowcy Srebrnych Strzał nie pozostawiali złudzeń, ustanawiając najlepsze czasy we wszystkich sesjach. Za nimi Red Bull przepychał się z Ferrari. Nie najgorzej prezentował się także McLaren, z czasami na granicy pierwszej dziesiątki, a także Felipe Massa w Williamsie, jeżdżący po swoim „domowym” torze.

Kwalifikacje zaczęły się od niemałej sensacji. Oto bowiem świeżo upieczony Mistrz Świata Lewis Hamilton roztrzaskał swój samochód o bandę już podczas pierwszego okrążenia pomiarowego pierwszej sesji eliminacji. Oznaczało to, że będzie startować z końca stawki. Ostatecznie jednak, poza przypadkiem Hamiltona, wyniki kwalifikacji wyglądały dość standardowo. Pod nieobecność Lewisa pole position zapewnił sobie Bottas, przed dwoma Ferrari Vettela i Raikkonena. Następnie ustawiły się oba Red Bulle. Później mieliśmy ciekawą mieszankę w kolejności Perez, Alonso, oba Renault i zamykający pierwszą dziesiątkę Massa. Już po sobotniej sesji Mercedes podjął decyzję o wymianie kilku komponentów w jednostce napędowej bolidu Hamiltona na nowe, w dodatku w nowszej specyfikacji. Zawodnik miał więc startować z alei serwisowej, co zapowiadać mogło niezłą pogoń Brytyjczyka.

Start, jak się później okazało, był kluczowy dla wyników wyścigu. Ustawiony w pierwszej linii obok Bottasa Vettel stał niby nieco dalej i po brudniejszej stronie toru. Jednak po zgaśnięciu świateł udało mu się zrównać z Finem podczas sprintu do pierwszego zakrętu, a lepsza pozycja na torze pomogła z kolei wepchnąć się kierowcy Mercedesa „pod łokieć” i objąć prowadzenie. Kiedy już wydawało się, że start przebiegł bez incydentów, na wyjeździe ze słynnych „eSek” imienia Ayrtona Senny, rozpoczynających tor Interlagos, Kevin Magnussen (znów on) praktycznie przygniótł Vandoorne’a, do jadącego po zewnętrznej Daniela Ricciardo, który startował z tyłu stawki po karze za wymianę elementów jednostki napędowej. Zakończyło się to kontaktem między całą trójką i wyeliminowania wszystkich oprócz kierowcy Red Bulla. Bolid Daniela mimo obrócenia się, uderzenia i wyjazdu poza tor, przeżył całe zajście. Raptem kilka zakrętów później doszło do kontaktu między Haasem Grosjeana i Force India Ocona. Tył Haasa w środku zakrętu stracił przyczepność i uderzył w wyprzedzającego po zewnętrznej Ocona. O ile Haas pojechał dalej, to Ocon musiał już zaliczyć ten dzień jako przerywający długą. nieprzerwaną serię ukończonych wyścigów. Za całe zajście wlepiono Grosjeanowi karę, którą oczywiście komentował chętnie i szeroko. Choć po raz pierwszy muszę powiedzieć, że miałem nieco wątpliwości, czy nie był to bardziej tzw. racing accident.

Tym razem na torze pojawił się samochód bezpieczeństwa. Komunikat o jego wyjeździe musiał być miodem na serce Hamiltona. Oto Lewis w mniej niż jedno okrążenie zniwelował całą stratę wynikającą ze startu z boksów. Przed nim znajdowała się stawka, a wyprzedzenie 90% z niej było jedynie formalnością dla porażająco szybkiego na Interlagos bolidu Mercedesa. Po restarcie liderem pozostał Vettel. przed Bottasem i Raikkonenem. Czwarty był Verstappen, a piąty Massa przed Alonso (!). Podczas gdy z przodu Bottas nie był w stanie zaatakować Vettela by odzyskać pozycję, na tyłach Hamilton realizował swoją szaleńczą pogoń. Już po dziesięciu okrążeniach był w czołowej dziesiątce. Po kolejnych trzech był już na siódmej pozycji, za szóstym Alonso. Co ciekawe, Fernando wcale nie tracił wiele do Massy i byliśmy nawet świadkami kolejnych wymian zdań z zespołem, pretendujących do miana „Złote Usta F1 2017”. Nando jednoznacznie stwierdził, że dogonienie Massy jest możliwe i zamierza to zrobić. Po prostu. Zbliżył się nawet nieraz na tyle by podjąć walkę, ale nie udało się przeprowadzić skutecznego ataku. Co z tego, że na całym okrążeniu McLaren był szybszy, skoro na końcu prostej silnik Mercedesa pozwalał Felipe utrzymać bezpieczny dystans przed bolidem napędzanym przez Hondę. Z przodu natomiast dalej mieliśmy status quo. Wprawdzie Vettel dorobił się dwóch sekund przewagi nad Bottasem, ale nie zapowiadało się na więcej, także jeden błąd mógł zmienić obraz rywalizacji. Z kolei czwarty Verstappen otwarcie komunikował przez radio, że utknął za Kimim i pomimo, że jest szybszy, brak mu prędkości na prostej, by mógł zaatakować.

Po raptem jednej trzeciej wyścigu Hamilton był już czwarty. Bottas był tymczasem poganiany przez zespół by spróbować zmniejszyć przewagę do Vettela, zdecydowanie zanosiło się na próbę podcięcia. Dokładnie tak stało się kilka okrążeń wcześniej. Valtteri zjechał po opony jako pierwszy ze ścisłej czołówki. Okrążenie później zjechał Sebastian. Wystarczyło, choć po powrocie kierowcy Ferrari było dość blisko, ale Fin nie przeprowadził żadnego poważnego ataku. Pozycje zostały utrzymane. Fizycznie w wyścigu prowadził za to Hamilton, który rozpoczął wyścig na oponach miękkich, więc jechał na nich tak długo jak pozwalało na to jego tempo wyścigowe, a to wciąż było bardzo dobre. Nie tylko Hamilton odrabiał straty. Także Ricciardo udało się już dogonić nawet piątego Verstappena. Z tyłu stawki także można było oglądać kilka pojedynków m.in Wehrleina i Saina, czy później Grosjeana ze Strollem. Formuła 1 zdaje się za to nie zachęcać do udziału Brendona Hartley’a, u którego w bolidzie po raz kolejny wysypał się silnik.

Wreszcie na swoje pitstopy zjechali także Ricciardo i Hamilton. Obaj Panowie otrzymali supermiękkie opony i pościg za podium rozpoczynał się na nowo. Hamilton powrócił po zjeździe jako czwarty za Verstappenem i odrabiał stratę do niego w piorunującym tempie. Lewisowi życia nie utrudniali dublowani kierowcy, przez których przynajmniej raz Brytyjczyk stracił nawet dwie sekundy na okrążeniu. Z przodu Sebastian miał dalej nieco ponad 3 sekundy przewagi nad Bottasem i kolejne dwie nad Kimim. Na pewno jednak dostawał już komunikaty o kosmicznym tempie Hamiltona, którego wprost informowano, że liczy się w walce o podium, a skoro i podium jechało tak blisko siebie, to i Vettel nie mógł być pewny swojego, mając za plecami kolejnego Mercedesa.

Na dwanaście okrążeń przed końcem wyścigu Hamilton dopadł wreszcie Verstappena i ruszył w pogoń za Kimim. Tymczasem Max, od startu niezadowolony z pracy opon, po przegranym pojedynku z Lewisem poprosił o kolejny zjazd po nowy komplet kół, jako że przewaga nad szóstym Ricciardo była dość bezpieczna. Po początkowej odmowie, zespół przyznał zawodnikowi rację i Holender zjechał po nowe ogumienie, bezproblemowo powracając na tor przed Danielem. Z tyłu Fernando Alonso wciąż nie dawał za wygraną i podążał jak cień za Massą, znajdując się już w jego strefie DRS. Nawet ten nielubiany system nie mógł pomóc Alonso, dysponującemu w miniony weekend najwolniejszym bolidem na prostych brazylijskiego toru.

Ostatnie okrążenia były małą bitwą pomiędzy rozpędzonym Hamiltonem i spokojnym Raikkonenem, którego udało mu się dogonić. Bałem się, że Lewis dogoni Ferrari i minie je jak każdy inny bolid na torze, ale tak nie było. Nie dość, że powoli zaczynały się już kończyć opony w Mercedesie, to Ferrari wcale nie chciało oddać pola na prostych. Mądra i spokojna jazda Kimiego, niemal jakby trzymał za sobą jakiegoś początkującego uczniaka, którego nie warto się obawiać i zwracać w ogóle uwagi, pozwoliła mu utrzymać lokatę. Zwyciężył więc Vettel, przed Bottasem i Raikkonenem. Wyścig był kolejnym-ostatnim GP Brazylii w karierze Felipe Massy, więc mieliśmy sporo emocji po jego zakończeniu. Emocje w sumie były także wcześniej, ale raczej związane z ciągłymi napadami na zespoły, które miały miejsce w Sao Paulo.

Przed nami finał sezonu zapowiadający się niestety jako koncert dominacji Hamiltona, dysponującego świeżym silnikiem, w najnowszej specyfikacji. Obym się mylił. Z resztą, nie lubię rozbudzać nadziei, ale kto tam przejmowałby się finałem sezonu, skoro na testach po nim może się rozpocząć dużo ciekawsza, niesamowita historia? 😉

Dodaj komentarz