F1 Grand Prix Kanady 2017

Wyścig w Kanadzie nie bez powodu zawsze zaliczany jest, obok tych w Wlk. Brytanii, we Włoszech i Belgii, do grupy ulubionych tak przez kibiców, jak i kierowców. Tor Gilles’a Villeneuve’a ulokowany w malowniczym zielonym parku, z umiejscowionymi blisko bandami, szybkimi szykanami, nawrotami i długą prostą stanowi mieszankę tych wszystkich cech, które gwarantują, że ściganie tam będzie emocjonujące i widowiskowe. Nie bez powodu z resztą, bo nie przypominam sobie wyścigu tam, który można by nazwać nudnym i to bez względu na erę w F1. Nie inaczej miała się sprawa z rywalizacją w miniony weekend.

Treningi pokazały, że weekend znów będzie zaciętą rywalizacją Ferrari z Mercedesem, choć wydawać się mogło, że Włosi mają lekką przewagę. Okazało się też, że zagrożony jest rekord toru Ralfa Schumachera z 2004, kiedy podczas ostatniego treningu na 0.3 sekundy zbliżył się do niego Sebastian Vettel. Nie najgorsze tempo zdawał się prezentować także Red Bull i Felipe Massa w swoim Williamsie.

Dopiero kwalifikacje pokazały jednak prawdziwą moc obu czołowych zespołów, a uświetniła je batalia Hamiltona i Vettela w ostatniej części czasówki. W pierwszych dwóch częściach obyło się bez zaskoczeń, no może poza bardzo słabym tempem Haasa, który od początku sezonu zalicza powolny, acz nieustanny zjazd w dół. Dwunaste miejsce Alonso w kontekście wyliczeń, że McLareny tracą na samych prostych ponad sekundę do Merców, także warte jest odnotowania. Miłym zaskoczeniem była też wysoka forma Force India. Jednak co z tego, skoro podczas Q3 Vettel i Hamilton byli w stanie poprawić swój czas o sekundę (!!!) względem poprzedniej części czasówki. Najpierw świetny czas ustanowił Hamilton z marszu bijąc rekord toru. Wydawało się, że Ferrari nie będzie miało już czym odpowiedzieć na czas poniżej 1:12, skoro wcześniej nie schodzili poniżej 1:12.4. Zmotywowany Vettel zebrał się w sobie i wykręcił czas raptem o 4 tysięczne gorszy od rekordowego przejazdu Hamiltona. Czekającemu w boksach Lewisowi chyba nieco zrzedła wtedy mina, gdyż pewnie podobnie jak wszyscy obserwatorzy, nie spodziewał się odpowiedzi Ferrari na tym poziomie. Hamilton wyjechał na tor po raz kolejny i znów poprawił czas, urywając od poprzedniego rekordu kolejne 0.3 sekundy. To już było za wiele i choć może Sebastian miał jeszcze szansę się zbliżyć, to przyciśnięty do ściany presją tak wyśrubowanego czasu zaczął popełniać błędy. Blokowanie kół na dohamowaniach i niewielkie uślizgi pozwoliły na marginalną poprawę czasu, Pole Position przypadło więc Hamiltonowi, który tym samym zrównał się ilością wygranych sesji kwalifikacyjnych ze swoim idolem Ayrtonem Senną. Rodzina Senny sprezentowała za to Hamiltonowi kask Ayrtona. Sprzęt ma i tak oczywiście ogromną wartość, ale warto wyjaśnić, że nie jest to kask, w którym Senna się ścigał. To egzemplarz używany do promocji, zdjęć i imprez, w dodatku na torze Hamilton otrzymał jego replikę, a oryginał zostanie później przekazany przez rodzinę Ayrtona.

Jeszcze przed startem problemy z ruszeniem do okrążenia formującego miał Daniił Kvyat. Kiedy w końcu udało się ruszyć na prostej startowej, Rosjanin zapytał zespół czy może dogonić rozgrzewającą się stawkę i odzyskać swoje pole startowe. Team stwierdził, że tak (co było dziwne, gdyż zwykle w takiej sytuacji zawodnik startuje z alei serwisowej). Jak się okazało manewr zaowocował później nie jedną karą, ale dwiema. Tu z kolei nie wykazali się sędziowie.

Kontakt Verstappena i Vettela na starcie

Od początku rywalizacji mogliśmy liczyć na sporo emocji. Już na pierwszym zakręcie doszło do przepychanki w czołówce, która później w konsekwencji zepsuła wyścig Vettelowi. Sebastian nie wystartował najlepiej, skutkiem czego w pierwszy zakręt wpadał pomiędzy wbijającym się po wewnętrznej na zablokowanych kołach Bottasem, a zamykającym zakręt od zewnętrznej Verstappenem. Niemiec chcąc uniknąć katastrofy musiał ostro przyhamować tracąc dwa miejsca, ale i to nie wystarczyło. Przednie skrzydło Ferrari zostało uszkodzone przez bolid Red Bulla. Słabo wystartowali też Raikkonen i Massa, z kolei Hamilton ruszył niezagrożony. Już dwa zakręty później doszło do ogromnej kraksy przed pierwszą szykaną. Carlos Sainz nieco zapomniał się nie trzymając linii w jeździe w tłoku, skutkiem czego jadący z tyłu, ale obok jego tylnej osi Grosjean, został ściśnięty pomiędzy przeciwnikiem, a kończącym się torem i betonową ścianą. Zakończyło się kontaktem między dwoma bolidami. Sainza obróciło przy dużej prędkości i pędzący bolid wpadł bokiem w strefę dohamowania do pierwszej szykany, zabierając ze sobą Williamsa Massy. Sporo szczęścia miał Alonso, który mógł tylko obserwować przelatujące przed nim z ogromną prędkością bolidy. Samochód bezpieczeństwa wyjechał na tor.

Moment wypadku Sainza

Porządkowi sprawnie uwinęli się ze sprzątaniem i rywalizacja została wznowiona już po trzech okrążeniach. Właściwie od razu po restarcie, na najdłuższej prostej toru (Casino Straight) rozpadło się uszkodzone na starcie skrzydło bolidu Vettela. Zanim Sebastian zrozumiał co się stało, kilkukrotnie ratował się przed wypadnięciem z toru lub wbiciem w inne bolidy. Zjazd do boksu po nową aerodynamikę i opony oznaczał, że wyścig dla Ferrari przeszedł w tryb minimalizacji strat, a nie walki o zwycięstwo, szczególnie, że Kimi z przodu też nie spisywał się najlepiej. Chwilę później wyścig zakończył się dla jadącego na podium Verstappena, któremu najwyraźniej rozsypała się skrzynia biegów. Holender wpadł w furię, z resztą już przed wyścigiem mówił, że jest zmęczony ciągłymi problemami technicznymi. Na torze wprowadzono okres wirtualnego samochodu bezpieczeństwa, by umożliwić sprzątnięcie bolidu RBR.

Przed 20. okrążeniem od Raikkonena i Ricciardo rozpoczęły się pierwsze planowane zjazdy. Vettel tymczasem wbił się już do pierwszej dziesiątki, a bardzo wysoko znajdowali się Esteban Ocon i Fernando Alonso pozostający wciąż na torze na tych samych oponach. W połowie wyścigu po nowe opony zjechał Hamilton. Lewis zapytał swojego inżyniera przez radio, czy inne samochody będą się jeszcze zatrzymywać, dostał odpowiedź, że prawdopodobnie wszyscy jadą na jeden pitstop. Tym większe było zdziwienie, kiedy kilka okrążeń później po kolejny komplet opon zjawił się Kimi Raikkonen. Wydawać się mogło, że to znów pomysł Ferrari na to jak „niezauważenie” zamienić swoich kierowców miejscami, gdyż Vettel już dogonił swojego zespołowego rywala. Nic bardziej mylnego. Chwilę później także Sebastian zjawił się po nowe opony. Obu kierowców Ferrari rozpoczęło więc pogoń za świetnie jadącym zespołem Force India, który z kolei siedział na ogonie trzeciemu Danielowi Ricciardo. Perez nie był w stanie zaatakować Daniela, tymczasem siedzący mu na ogonie Ocon twierdził, że poradzi sobie z bolidem RBR. Zespół wydał polecenie, żeby Perez puścił Ocona i dał mu zaatakować Ricciardo, a jeśli to się nie uda Ocon odda pozycję, by wrócić do poprzedniego układu. Perez nie był zachwycony i lamentował przez radio, żeby dali im się ścigać.

Alonso próbuje zdziałać cuda, ale Hondzie nawet one nie pomogą.

Tymczasem stało się to, czego można było się spodziewać. W bolidzie Alonso padła jednostka napędowa grzebiąc szanse McLarena na pierwsze punkty w sezonie. Po wyścigu Fernando stwierdził, że różnica prędkości do innych zespołów na najdłuższej prostej była już po prostu niebezpieczna. Z przodu konflikt w Force India pozwolił Ferrari dogonić czołówkę w piorunującym tempie. Oczywiście oprócz kierowców Mercedesa jadących bezpiecznie daleko z przodu. Vettel pomimo uszkodzonej podłogi znalazł się przed Raikkonenem po tym jak w bolidzie Fina zepsuł się system odzyskiwania energii i w wyniku utraty siły hamowania ledwo utrzymał się na torze. Kimi walczył z problemami technicznymi już do końca rywalizacji. Sebastian szybko doszedł różowe bolidy FI, które broniąc się przed Ferrari straciły dystans do Ricciardo. Znów przez kilka okrążeń mogliśmy podziwiać ciekawą walkę. W końcu jednak Vettel uporał się z Perezem i Oconem, awansując na czwarte miejsce. Ricciardo był niemal cztery sekundy przed nim, więc na dwa okrążenia przed końcem wyścigu Niemiec musiał się pogodzić z wypracowaną pozycją.

Wygrał bezproblemowo Hamilton, a dublet Mercedesa uzupełnił Bottas. Tym samym Srebrne Strzały wyprzedziły Ferrari i zajmują pierwsze miejsce w klasyfikacji konstruktorów, a Hamilton zmniejszył stratę do Vettela. Trzeci Ricciardo dostał taki wyścig, jakiego RBR potrzebuje by być na podium, czyli po prostu z problemami rywala, w tym wypadku Ferrari. Vettel odrobił ile się dało w wyścigu, którego raczej nie zaliczy do szczęśliwych. Świetnie spisało się Force India, choć sytuacja z Kanady może pogorszyć współpracę w zespole, więc zobaczymy jak sytuacja się rozwinie. Wyścig był też smutnym podsumowaniem „kierowców nr 2”. Finowie mają chyba przykry okres w F1. Ani Bottas, ani Raikkonen nie byli w stanie zbliżyć się do wyników osiąganych przez partnerów zespołowych. Valtteri regularnie tracił ponad 0.4 sekundy na okrążeniu do Lewisa, a Kimi dał się dogonić jadącemu wyścig z problemami Sebastianowi, nawet pomijając jego późniejsze problemy techniczne.

Force India zaliczyło świetny wyścig

Wyścig w Kanadzie mogę z całą pewnością nazwać dotychczas najciekawszym i najbardziej emocjonującym w sezonie. Tyle walki, akcji i wydarzeń nie mieliśmy dotąd nigdzie. Szkoda jedynie, że z pominięciem walki o zwycięstwo. Mimo wszystko jest to świadectwo, że klasyczne tory zawsze się obronią i dostarczą odpowiednich emocji. Teraz przed nami wyścig w Azerbejdżanie, który wraz z eliminacją rozgrywaną w Soczi nooo…. nie był do tej pory synonimem tak dużych emocji. Delikatnie mówiąc. Jest za to szansa, że całą dobę emocji w najbliższy weekend zagwarantuje nam Le Mans 24h, do którego śledzenia zachęcam i zapraszam na profil FB 4 kółek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *