F1 Grand Prix Azerbejdżanu 2017

W minionym sezonie wyścig odbywający się w Baku, nazywany jeszcze wtedy GP Europy, był zdecydowanie jednym z tych niewartych zapamiętania. Z resztą nie było co pamiętać, gdyż akcja była tak „intensywna”, że niejeden fan po prostu… przysnął. Dlatego też nikt się nie spodziewał zbyt wiele po tegorocznej rywalizacji w Azerbejdżanie. Tymczasem wyścig, choć może nie obfitował w niezliczoną ilość batalii na torze, na pewno okazał się emocjonujący i zupełnie nieprzewidywalny.

Przygotowania do weekendu zaczęły się dość niestandardowo bowiem w treningach królował o dziwo Red Bull Racing, a w szczególności Max Verstappen, który popisał się najlepszymi czasami w dwóch pierwszych sesjach, mimo skończenia jednej z nich na bandzie. Przewaga dwóch liderujących zespołów nie była więc na tle reszty stawki tak wyraźna jak w poprzednich rundach, szczególnie że wszyscy zmagali się z torem i oponami, które zdecydowanie trudno było dogrzać. Po treningach na wniosek m.in. Sergio Pereza zepsuto też właściwie najciekawsze miejsce na torze, czyli bardzo wąską szykanę między zabytkowymi budynkami. Owszem, miejsce jest niezwykle wąskie i owszem podczas wyścigu F2 doszło tam do sporej kraksy, ale kurczę chyba właśnie po to są tory, żeby być wyzwaniem dla kierowców prawda? Tymczasem przed właściwym ściganiem tarkę na tym zakręcie właściwie zlikwidowano, zostawiając tylko zamalowaną połać asfaltu.

Po raz kolejny dopiero kwalifikacje pokazały prawdziwy rozkład sił w stawce. Wygrał je Hamilton przed Bottasem, Raikkonenem i Vettelem. Ten ostatni zmagał się ze sprzętem i aby uniknąć kary musiał zmienić silnik na używaną jednostkę z początku sezonu, wydawało się więc, że dla czerwonych weekend upłynie pod znakiem minimalizacji strat, a nie równorzędnej walki z Mercedesami. Szczególnie, że okrążenie Hamiltona, choć podobno przejechane na maksimum, pokazało dystans możliwości Srebrnych Strzał i reszty. Dalej uplasował się Red Bull Verstappena (Ricciardo niestety uszkodził samochód w Q3), dwa auta Force India i dwa Williamsy, które radziły sobie tu nadspodziewanie dobrze. Nadspodziewanie, gdyż powszechnie wiadome jest, że od lat konstrukcje zespołu Sir Franka źle się czują na krętych i wąskich torach, a tak tutaj wyglądała przynajmniej połowa okrążenia. Ja jednak po tych kwalifikacjach zacząłem się zastanawiać co jest z Bottasem i/lub Mercedesem. Nie chcę siać teorii spiskowych, ale z całym szacunkiem dla Lewisa bogiem to on nie jest i regularna różnica pół sekundy na okrążeniu do partnera zespołowego świadczy albo źle o partnerze, albo o zespole i jakiś dziwnych zagrywkach. Przypomnę wszystkim zatwardziałym fanom Brytyjczyka, że w takim McLarenie to Button, którego kwalifikacje nie były mocną stroną – delikatnie mówiąc, potrafił dołożyć okazjonalnie te pół sekundy Lewisowi właśnie. Także gdyby którykolwiek z kierowców stawki był na każdym okrążeniu pół sekundy szybszy od innych, to byśmy to widzieli od lat i w każdym wyścigu. Tu tak nie jest i tyczy się to jedynie kwalifikacji. Dziwne, tyle powiem.

Tym razem GP w Baku zapewniło emocje już od startu. W pierwszym zakręcie doszło do kontaktu w ścisłej czołówce, kiedy po nienajlepszym starcie Bottas znalazł się nieco za Raikkonenem wpadającym obok niego w zakręt. Valtteri nadmiernie ściął zakręt (moim zdaniem po raz kolejny w sezonie nie wytrzymał ciśnienia) i bolid został podbity na tarce, przez co uderzył w Ferrari Kimiego. Kontakt był dość poważny, ale auta Finów przetrwały, choć Bottas musiał zjechać po nowe skrzydło, a na tor posypało się sporo szczątków. Valtteri niechcący zadziałał na korzyść Vettela, który ze zmęczonym silnikiem był już drugi i nie musiał się już martwić o wywalczenie pozycji jak najbliżej prowadzącego Hamiltona. Z tyłu Sainz obrócił się na torze nieco panikując przed powracającym na tor Kwiatem. Wszechobecne fragmenty karbonu nie dość, że stanowiły zagrożenie dla opon, to dostały się także do wlotów powietrza między innymi w bolidzie Verstappena.

Niemal zbierać szczękę z podłogi musieli kibice, kiedy oglądaliśmy bolidy McLarena atakujące i wyprzedzające Saubery. Brytyjski zespół dostał od Hondy na ten weekend nowe silniki, które miały zmniejszyć stratę do reszty stawki i było to naprawdę widać, choć Alonso stwierdził, że strata z powodu jednostki napędowej to wciąż ponad sekunda. Niemniej to chyba pierwszy wyścig, w którym zaświtało światełko w tunelu, pytanie tylko czy McLaren z tego tunelu nie ucieka już bocznym wyjściem do nowego dostawcy jednostek.

Bardzo szybko na pierwszym zjeździe pojawił się Ricciardo odrabiający straty po nieudanych kwalifikacjach. O odrabianiu nie mógł z kolei myśleć Verstappen, któremu chwilę później po raz kolejny w tym sezonie rozsypał się układ napędowy. Holender jest już naprawdę poirytowany obecnym sezonem, a właściwie awariami RBR i nie ma co się dziwić. Jeśli Red Bull nie weźmie się za ten temat, to obawiam się, że może w przyszłym roku stracić jednego z najszybszych kierowców w stawce. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie jest to podobnie jak z Robertem Kubicą, któremu zespół nie był w stanie dostarczyć bolidu wytrzymującego tempo, jakim Polak chciał jechać. Z Verstappenem może być podobnie, w końcu Ricciardo bez problemów ciągle finiszuje.

W międzyczasie awarii uległ bolid Kwiata. Rosjanin postawił go w miejscu, w którym jak się okazało ciężko było go usunąć z toru. Postanowiono więc o wyjeździe samochodu bezpieczeństwa, z czego skorzystała większość stawki udając się do boksów. Restart przespali kierowcy Ferrari. Drugi Vettel stracił sporo dystansu do Lewisa, a Raikkonen bronił się prze atakującym kierowcami Williamsa, którzy nadspodziewanie dobrze radzili sobie w wyścigu, mowa tu szczególnie o Strollu, który do tej pory był raczej zawalidrogą, niż jednym z młodych talentów. Walka była niestety na tyle zacięta, że na tor posypały się kolejne szczątki. Jak się okazało obsługa toru zupełnie nie stanęła na wysokości zadania i już po chwili na torze znów pojawił się SC by umożliwić uprzątnięcie fragmentów bolidów. Po kraksie Toma Coronela w WTCC, który na torze w Portugalii wbił się swoim Chevroletem w pojazd straży pożarnej, gdyż wybieg za zakrętem prowadził wprost na drogę publiczną (bez żadnej bandy!!!), to kolejny przykład na nieefektywność certyfikacji torów przez FIA. Kurczę, mówimy tu o seriach na poziomie mistrzostw świata, tymczasem okazuje się, że tory są nieodgrodzone od normalnej drogi albo porządkowi nie mają pojęcia o obsłudze toru, w dodatku jest ich po prostu za mało, a sam tor nie ma bram ani otworów by na niego wejść.

Kiedy niesforna obsługa uporała się ze sprzątaniem toru, wszyscy w napięciu oczekiwali na kolejny restart. Jednak chwilę przed nim wydarzył się chyba najważniejszy incydent wyścigu, a może okazać się też najważniejszym całego sezonu. Kiedy światła na SC zgasły prowadzący Hamilton wychodząc z zakrętu jak zwykle odpuścił gaz by przyhamować stawkę za sobą i zapewnić sobie bezpieczny restart. Z tyłu Vettel pamiętający pierwszy nieudany restart trzymał się bardzo blisko, niestety za blisko. Niemiec uderzył w tył bolidu Hamiltona. Na tym jednak nie koniec. Sebastian w furii od razu zrównał się z bolidem Hamiltona, po czym uderzył kołami swojego bolidu, w koła Mercedesa Hamiltona. Obserwatorom po raz kolejny opadły szczęki, gdyż całe zajście było zdecydowanie nie godne mistrza świata. O dziwo oba auta po całej zabawie były w stanie kontynuować jazdę, choć skrzydło Vettela zostało mocno uszkodzone, przez co po wznowieniu musiał się bronić przed Williamsem Massy i autami Force India.

Jazda nie potrwała długo. Od razu na pierwszym zakręcie po restarcie oba bolidy Force India zderzyły się ze sobą, a Raikkonen który został już przez nie wyprzedzony, wpadł w szczątki po tym kontakcie i rozciął tylną oponę, która zaczęła rozszarpywać cały tył bolidu. W komunikatach radiowych emocje rozgorzały na dobre. Tak między Vettelem i jego zespołem, podobnie z Hamiltonem i jeszcze spierającymi się zawodnikami Force India. Po raz kolejny ilość śmieci na torze nie pozwalała na dalszą jazdę i to do tego stopnia, że wywieszono czerwoną flagę, by dać pracować służbom.

Bolidy dotoczyły się do pitlane, gdzie wszyscy grzecznie stanęli. O dziwo dojechał także Raikkonen i całe Force India, a mechanicy podjęli pracę przy autach. Hamilton z Vettelem wysiedli z bolidów i byli w stanie tylko patrzeć się na siebie spode łba, ewentualnie żalić się kolegom zespołowym. Przy bolidzie Lewisa zaczęły się też próby naprawy tylnego dyfuzora, który został uszkodzony w całym zajściu z Sebastianem. Zanim wznowiono wyścig o dziwo udało się naprawić bolidy Pereza i Raikkonena, w którego Ferrari wymieniono całą podłogę!

Zaraz po wznowieniu wyścigu praktycznie cała blisko jadąca stawka toczyła walkę koło w koło. Szybko odpadł z niej Massa, którego usterka w bolidzie po wszystkich wydarzeniach w wyścigu pozbawiła niemal pewnego miejsca na podium. Jakby jednak dziwnych wydarzeń w tym wyścigu było mało, zaraz po wznowieniu w bolidzie Hamiltona zaczęły się problemy z zagłówkiem osłaniającym głowę kierowcy. Okazało się, że podczas postoju w czasie czerwonej flagi nie zapiął się on poprawnie, kiedy Lewis wrócił do samochodu. Skutkiem tego na prostych przy 300 na godzinę Hamilton jedną ręką prowadził, a drugą, za radą zespołu, trzymał za głową wysuwającą się część. Już samo zgięcie się tak w ciasnym bolidzie F1 jest nie lada wyzwaniem, a Brytyjczyk robił to jadąc po prostej startowej z gazem w podłodze, prowadząc jedną ręką na bardzo śliskim torze. Nie mogło się to skończyć inaczej niż nakazem zjazdu do boksów i naprawy elementu, wydanym przez sędziów. W tym samym czasie Panowie także uporali się z oceną zachowania Vettela i wlepili mu 10 sekund Stop&Go. Gdy Hamilton zjechał na naprawę, Sebastian odwlekał możliwie najdłużej swój zjazd, by nadrobić czas nad Lewisem, który już powrócił na tor pomiędzy wolniejszymi bolidami i tracił dystans. Taktyka zadziałała i Vettel powrócił na tor po odbyciu kary przed Hamiltonem, co jak można było oczekiwać, wzbudziło wielkie niezadowolenie u byłego już lidera wyścigu.

Tymczasem na czele w wyniku tych wszystkich zawirowań znalazł się Daniel Ricciardo jadący dość ładny, bezproblemowy wyścig i w każdej okazji korzystający na pechu innych. Za nim jechała jednak jeszcze większa sensacja, a był to Williams Lance’a Strolla. Osiemnastolatek podążał po torze w zupełnie innym stylu niż przyzwyczaił nas przez resztę sezonu. Tym razem była to pewna, regularna i co najważniejsze szybka jazda na granicy możliwości bolidu. Dokładnie taka była z resztą potrzebna, żeby mieć szansę na utrzymanie za sobą zbliżającego się Bottasa, który po przygodach z początku wyścigu odrobił straty i w szaleńczej pogodni próbował wywalczyć drugą pozycję na mecie. Wcześniej poradził sobie m.in. z Magnussenem i Alonso, który także jechał nadspodziewanie wysoko i w dodatku pokazał, że nawet takim bolidem potrafi stawiać (choć krótko, nie ukrywajmy) czoła całej stawce liderów, gdyż tuż za Valtterim podążał Vettel uciekający z kolei przed siedzącym mu na ogonie Hamiltonem. O ostatniej dwójce można było powiedzieć tylko jedno – wydawało się, że zaraz wybuchną.

Do samego końca mogliśmy oglądać zmagania całej czołówki i wydawało się wręcz, że niemal widać przez kaski zaciskane zęby kierowców. Pierwszy metę przeciął Ricciardo, natomiast za nim do ostatniej chwili trwała walka o drugą lokatę i kiedy już wydawało się, że Stroll ją utrzyma, na ostatnich metrach prostej przed metą, bolid Bottasa zbliżył się i ostatecznie wyprzedził Kanadyjczyka o jedną dziesiątą sekundy! Za podium finiszowali Vettel i Hamilton, dalej Ocon i zaliczający niezły występ Magnussen, później Sainzz i Alonso, który podsumował wyścig, mówiąc że gdyby nie silnik Hondy powinien tą rywalizację wygrać (przez moment był czwarty). W ogóle dialogi między Alonso, a zespołem w tym wyścigu zasługują na nagrodę złote usta F1! 😉

Wyścig był naprawdę ciekawy, nietypowy i zakręcony, a takiego podium chyba nikt nie byłby w stanie wcześniej wytypować. Kierowcą wyścigu został Stroll. Jego występ był naprawdę wyśmienity i czekam na następne tak dobre, bo dobrze widzieć kolejne pokolenie wreszcie mocno akcentujące swoją obecność w królowej motorsportów.

Sama rywalizacja to jednak tylko połowa wrażeń z wyścigu. Zdarzenie między Vettelem i Hamiltonem ma konsekwencje do tej pory i może mieć na cały sezon. Rywalizacja o tytuł się zacieśnia i nagromadzenie emocji w końcu dało o sobie znać, co ciekawe nie tylko między kierowcami. Toto Wolff przyznał, że było to widoczne jeszcze przed wyścigiem bo bliskie relacje między całymi zespołami Mercedesa i Ferrari uległy ochłodzeniu, choć dalej są dość otwarte. Niemniej kraksa dwóch liderów obudziła w milionach specjalistów i „specjalistów” chęć wydania opinii. Sędziowie już sprawdzili w telemetrii, że Lewis nie depnął celowo w hamulce, a zachowywał się podobnie jak przy innych restartach, ale to nie rozwiało wątpliwości, szczególnie że przepisy pozwalają na dość szerokie spektrum interpretacji dla sędziów. Tak na przykład niektórzy dziennikarze branżowi bronią Vettela mówiąc, mimo wszystko, o celowym działaniu Hamiltona, inni bronią Hamiltona dając mu wolną rękę w wyczynianiu różnych manewrów za SC. Taki Jacques Villeneuve przyznaje racje Sebastianowi jako kierowca i mówi, że sam by zareagował podobnie, a w ogóle to pewnie Vettel zrobił to nieumyślnie. Trudno zaprzeczyć, że tacy kierowcy w stawce dają dodatkowy smaczek, ale nie jestem pewien, czy wbijanie się bolidem w drugi jest tym smaczkiem, na który czekamy. Z drugiej strony czy to nie właśnie takie emocje rodziły legendy pojedynków Senna / Prost, czy Lauda / Hunt? Kiedy charakter i temperament brał górę nad zdrowym rozsądkiem, milionami sponsorów, poleceniami zespołu i wszystkim innym, a liczyła się tylko indywidualna decyzja kierowcy i to co zrobi z kierownicą?

W całym zajściu najbardziej nie podoba mi się tylko jedna rzecz – Vettel nigdy choć słowem nie wspomniał, że zrobił cokolwiek źle. Mówię to jako fan Ferrari, bo choćby dlatego od kierowców tego zespołu wymagam pewnej klasy. Niech zrobi coś głupiego, ale potem choć potwierdzi, że to zrobił, a nie udawał jakby nigdy się nie wydarzyło. W końcu o ile manewry Hamiltona były „śliskie” to Sebastiana raczej nie podlegały nawet próbie oceny, bo co się stało każdy widział.

Teraz przed nami GP Austrii i można się spodziewać dalszego zaognienia rywalizacji, szczególnie że Ferrari ma tam wprowadzić kolejne usprawnienia do jednostki napędowej. Z samego zaognienia my kibice możemy się tylko cieszyć i kto wie, może ten sezon okaże się najlepszym od lat?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *