Więcej =/= lepiej?

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnio niejako z USA wylała się na świat całkiem poważna dyskusja o motoryzacji. Kopniaka do jej rozpoczęcia dało wypuszczenie na rynek przez Dodge’a modeli Charger oraz Challenger w wersji SRT Hellcat, czyli muscle carów o mocy ponad 700 koni, stawiającej je na równi z superautami typu Ferrari 488 GTB czy najnowszym McLarenem 720S. Nie było w tym nic niezwykłego, przynajmniej do momentu całkiem sporej serii wypadków z udziałem tych pojazdów, która z resztą wystąpiła niedługo po rozpoczęciu sprzedaży. Rekordzista w Kolorado rozbił swojego Hellcata godzinę po wyjechaniu z salonu.

Doprowadziło to do pojawienia się w przestrzeni publicznej opinii, że nie wszystkie samochody powinny być dostępne dla każdego z prawem jazdy. Już sam fakt takiej sugestii w Stanach to nie lada wydarzenie, toż to ograniczenie legendarnej amerykańskiej wolności! Jeśli jednak się zastanowić, to problem dotyczy całego świata i naszego życia, a nie jedynie motoryzacji, na której się skupimy.

Na kwestię kto powinien móc prowadzić dany typ pojazdu można w sumie patrzeć przez porównanie z każdą inną dziedziną. Nikt nie ma zakazu kupowania danych artykułów spożywczych. Jak chce siebie truć, to kto mu zabroni? Jeśli jednak rodzic truje lub głodzi dziecko, to już grożą mu konsekwencje prawne. Dalej patrząc jeśli we wspomnianym USA posiada się broń, co jest legalne w wielu stanach, to nic nikomu nie grozi, ale już mierzenie do innych może być karane. Przekładając już na świat transportu ileż to wymagań musi spełnić kierowca autobusu wiozącego dzieci, nie wspominając już o pilocie samolotu pasażerskiego. Teraz dochodzimy do w sumie najważniejszej kwestii – jaką mam pewność jadąc po publicznej drodze, że człowiek jadący z przeciwka swoim samochodem za półtora miliona złotych umie się nim posługiwać i nie zrobi mi krzywdy? Ktoś zapyta jaka to różnica ile kosztuje samochód. Oczywiście generalizuję, tak naprawdę chodzi o stosunek mocy do masy plus ewentualnie prędkość maksymalną takiego pojazdu.
Możecie zapytać dlaczego mnie to obchodzi. Ano obchodzi od momentu, kiedy facet nie jedzie sam tylko po drodze publicznej i jego nieodpowiedzialny manewr może zabić lub zranić innych w ruchu drogowym, a żeby było śmieszniej jest spora szansa, że drogi samochód akurat jego życie i zdrowie skutecznie zabezpieczy. U nas, co każdy kierowca wie, problem mających gdzieś przepisy i nieodpowiedzialnych „rajdowców” nie jest wcale nieobecny, że wspomnę tylko o słynnym użytkowniku YouTube, który publikował w sieci filmy z wariackich przejazdów Stolicą w samochodach o zdecydowanie za dużych możliwościach w stosunku do IQ użytkownika.

Jeden z wielu zezłomowanych Hellcatów

Jakby nie patrzeć żyjemy w czasach kiedy spora część ludzi dysponuje nagle kolosalną kasą, a samochody cywilne zaczynają mieć ogromne możliwości. Wszystko by było ok, gdyby nie drobny fakt, że jeszcze kierowca powinien te możliwości umieć okiełznać. Idealny przykład to motocykliści. Nic do nich nie mam, ale wskażcie mi motocyklistę jadącego przepisowo na drodze krajowej lub szybkiego ruchu. Prościej: wskażcie mi motocyklistę, który nie jedzie szybciej od samochodów na takiej drodze. Pewnie będzie to jednocyfrowy procent wszystkich motocyklistów na drogach, ale że największą szansę mają zabić sami siebie, to hałas jest mniejszy…

Tak czy siak nikt nie weryfikuje umiejętności radzenia sobie z większymi prędkościami i mocami, a tym bardziej zdolności psychicznych do odpowiedzialnego poruszania się po drogach. W Niemczech na przykład nieraz można zobaczyć eLkę na autostradzie i to jadącą normalną prędkością jak reszta, bo przecież niemal pewne jest, że ten człowiek po autostradach będzie jeździł, więc ktoś go musi tego nauczyć. U nas? Niech podniesie rękę, kto chociaż raz podczas nauki jazdy był na autostradzie, czy drodze ekspresowej.

Nietrudno więc wymyślić co stanie się jak komuś o nieodpowiednich zdolnościach psychofizycznych da się do zabawy sprzęt zdecydowanie poza jego możliwościami. To też wina kultury motoryzacyjnej w naszym kraju. Im więcej by było torów, gdzie ktoś taki może się wyżyć, tym mniej miałby chęć potem popisywać się w ruchu. Skoro ktoś wydaje pół bańki na szybki samochód to wątpię by problemem dla niego było wydaniem dodatkowych pięciu tysięcy na obowiązkowy kurs „obsługi” takiego samochodu, nadający jednocześnie uprawnienia do jego prowadzenia.

Porsche 911R

No i jest jeszcze druga strona, już zupełnie poza przepisami. Więcej mocy wcale nie oznacza bowiem lepszego samochodu, nawet sportowego. Dość powiedzieć, że samochody wyścigowej klasy GT3 mają tak mniej więcej do 600 koni mocy, podczas gdy wspomniany Challenger SRT Hellcat 707 koni! Znów wszystko definiuje stosunek mocy do masy, ale także podwozie, które potrafi sobie z taką mocą dać radę. Doszliśmy więc do dziwnego etapu, kiedy spora część aut cywilnych ma moc większą niż pojazdy wyścigowe, kierowane przez profesjonalistów. W dodatku mają też sporo dodatkowych udziwnień i pomocy, które pozwalają kierowcy poczuć się jak panujący nad wszystkim mistrz za kierownicą takiego potwora, ale tylko do czasu, czyli do granicy możliwości elektroniki i bezmyślności kierującego. Nawet ludzie mają już dość aut, które prowadzą się same. Wystarczy popatrzeć na rynek, jak niedorzeczne ceny osiąga Porsche 911R, a wystarczyło tylko znów włożyć do auta sportowego ręczną skrzynię biegów!

Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Mazda MX-5, większość aut Lotusa, legenda Mini Coopera, czy zachwycanie się po dziś dzień Peugeotem 205 GTI, a nawet sukces Toyoty GT86. Wszystko to są skromne autka z rozsądnymi mocami. Dla kontrastu McLareny są potężne i mega skomplikowane, dlatego radzą sobie z mocami, jakimi dysponują. Z połączenia tych dwóch biegunów powstają twory typu Hellcat, czyli względnie proste auta z potężnymi mocami. Zresztą amerykańskie auta zwykle tym właśnie były, ale Hellcaty w tej kwestii nieco przekraczają jednak granice zdrowego rozsądku, szczególnie na warunki amerykańskie, gdzie jest tyle wypadków choćby przez osoby wbijające wzrok w ekran telefonu.

Zresztą wystarczy spotkać na drodze auto sprzed 30 lat by zobaczyć różnice rzucające się od razu w oczy. Samochody urosły i to znacznie. Po części odpowiedzialne za to jest bezpieczeństwo i na tym nie powinno się oszczędzać. Grubsze drzwi skrywające wzmocnienia itp. warte są dodatkowej masy auta i większego spalania. Jednak w znacznej większości jest to wina zamiłowania ludzi do potężnych, niepotrzebnie przerośniętych aut. Koronnym przykładem są SUVy.

Lotus Elise Cup

Pewnie zawsze będą dwa bieguny i jeden zdecydowanie mocniejszy od drugiego, czyli zwykli użytkownicy, dla których samochody są tylko środkiem transportu i mają być wygodne, najlepiej same się prowadzić, co już w niedalekiej przyszłości. Biegun drugi, czyli pasjonatów motoryzacji, dla których auto ma dawać też frajdę, która nie wyraża się wyłącznie przez moc pod maską i zdolność wyprzedzenia kogoś na starcie ze świateł. Biegun ten będzie malał w stosunku do reszty wraz z popularyzacją  samochodu jako środka transportu na świecie (a jest jeszcze gdzie popularyzować). Niemniej to wciąż jedna z największych „hobbystycznych” społeczności na świecie i miejmy nadzieję, że wszystkimi swoimi siłami będzie pokazywać innym inne podejście do motoryzacji. Podejście, które choć kiedyś standardowe, powoli staje się luksusem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *