F1 Grand Prix Rosji 2017

Po raz czwarty w historii F1 próbowało nam w miniony weekend udowodnić, że tor w Sochi nadaje się do przeprowadzania ciekawych i widowiskowych wyścigów, pełnych akcji i emocji. Po raz czwarty niestety, poniesiono na tym polu kompletną porażkę. Przyznać trzeba jednak, że w porównaniu do poprzednich edycji jakieś emocje były. Niestety to troszkę tak, jak przyrównywać znajdowanie się na dnie studni głębinowej i normalnej. Jedno i drugie to studnia, a na jej dnie znajduje się Rosyjskie GP.

Generalnie cały weekend pod kątem emocji można by podzielić na trzy części. Kwalifikacje, start wyścigu i jego koniec. Resztę weekendu można spokojnie ominąć, zapomnieć, puścić w niepamięć. Co tu jednak puszczać, skoro nie było nic wartego uwagi pod względem sportowym. Totalnie i kompletnie. Oczywiście można nadmienić, że wyjątkowo to Ferrari błyszczało na wszystkich treningach na szczycie tabeli. Można wspomnieć także, że Czerwoni podczas tych sesji prezentowali wyśmienite tempo wyścigowe. Można też dodać, że dwa czołowe zespoły dysponowały taką przewagą nad resztą stawki, że rywalizację niemal od początku można by w sumie ograniczyć tylko do czterech bolidów.

I tak nie działo się prawie nic aż do ostatniej sesji kwalifikacyjnej. Tam Lewis Hamilton potwierdził, że na rosyjskim torze nie czuje się najlepiej i zakręty o 90 stopni nie są jego domeną, w przeciwieństwie do Bottasa, który na torze w Sochi po raz kolejny czuł się jak ryba w wodzie. Nie wystarczyło to jednak na Ferrari, które zaskoczyło wszystkich, po minach sądząc najbardziej zespół Mercedesa, zaklepując cały pierwszy rząd na starcie niedzielnego wyścigu. Widok, którego nie uświadczyliśmy od sam już nie wiem ilu lat. Wydawało się, że pomimo obiektu i pogody sprzyjającej Mercedesom, Ferrari znalazło sposób by i tu zyskać przewagę nad Srebrnymi Strzałami i to nawet podkopując ich mentalnie tam, gdzie zawsze brylowali, czyli w kwalifikacjach.

Start wyścigu

Start zapowiadał się więc nietypowo. Taki miał również przebieg. Warto nadmienić, że jeszcze przed startem wyścig zakończył… Fernando Alonso (zaskoczenie). Swoją robotę na pierwszych metrach wyścigu genialnie wykonał Valtteri Bottas, który z drugiego rzędu zdołał wyprzedzić oba Ferrari i bezpiecznie objąć prowadzenie już na pierwszym zakręcie. Na tym samym zakręcie zderzyli się ponadto Grosjean i Palmer, według mnie z winy tego pierwszego, choć sędziowie uznali ów zdarzenie za incydent wyścigowy. Kraksa poskutkowała wyjazdem Safety Car. Paru zawodników z końca stawki wykorzystało okres neutralizacji do zmiany opon. Czołówka pozostała na torze nie ryzykując dużych strat i dysponując oponami, które w Rosji są w stanie wytrzymać spokojnie ponad pół wyścigu.

“Bliskie spotkania” Grosjeana i Palmera

Podczas restartu znów świetnie zachował się Bottas, który uśpił konkurentów i powrócił do rywalizacji z bezpieczną przewagą nad resztą stawki. W sumie… na tym można by zakończyć opis wyścigu, bo dalej nie działo się już kompletnie NIC w kwestii wyprzedzania. Z większych wydarzeń – z wyścigu odpadł Ricciardo w związku z kolejną usterką hamulców w bolidzie Red Bulla. Hamilton zdecydowanie był nie w swojej bajce jadąc wyścig na 4. pozycji, walcząc z bolidem i nie mogąc za żadne skarby dogonić czołówki. Z przodu natomiast podczas serii zjazdów czołówki mieliśmy no, ekhem, dość oryginalne zagranie strategiczne, które próbowało odrobić stratę do Bottasa, zostawiając Vettela na torze tak długo, jak to tylko było możliwe. Wiele nadrobić się nie udało, ale opóźniony zjazd dał Sebastianowi możliwość gonienia na oponach świeższych aż o siedem okrążeń od tych, którymi dysponował lider.
Ostatnich kilka okrążeń minęło więc pod znakiem pościgu Vettela, drobnych stresów Bottasa, który popełnił błąd pozwalający rywalowi odrobić spory kawałek straty i manewru Massy, który choć w ramach przepisów, to zdecydowanie postanowił nieco pomóc byłemu partnerowi z Williamsa w odniesieniu pierwszego zwycięstwa w karierze. Tak się właśnie stało i Valtteri wygrał po raz pierwszy właśnie w Rosji, gdzie zawsze dobrze się czuł, kontynuując tym samym dominację Mercedesa na torze w Sochi, trwającą od powstania tego toru. Za nim finiszował duet Ferrari i zniesmaczony Hamilton.

Bottas uciekający przed Vettelem

Warto może jednak zwrócić uwagę na kilka innych ciekawych kwestii. Oba czołowe zespoły, jeżdżące obecnie w innej lidze niż reszta stawki, są tak blisko, że o ostatecznym wyniku zaczynają przesądzać nie sprzęt na tym samym poziomie, ale decyzje strategiczne i minimalne różnice, nawet pojedyncze manewry, w wykonaniu kierowców. Co ciekawe oba teamy, przecież tak doświadczone, wydają się nieco gubić w sytuacji, z którą się mierzą. Wielokrotnie zwyciężające Ferrari zdaje się czasem gubić rytm, pomysł i ten geniusz, pozwalający podejmować dobre decyzje w dobrym momencie, zamiast tego opierając się o same ryzykowne, dziwne, niepewne zagrania. Zupełnie jakby nie byli gotowi na to, że wreszcie zaczną walczyć o zwycięstwa. Z kolei Mercedes, dominujący przez ostatnie lata, wydaje się z trudnością adaptować do sytuacji, kiedy nie kontroluje wyścigu, a musi błysnąć agresywnym zagraniem, żeby zdobyć przewagę. Widać to nawet u kierowców, którzy wreszcie mogą tu zrobić różnicę, przeważającą o zwycięstwie. Co ciekawe Lewis Hamilton w tej sytuacji jakby powoli przestawał błyszczeć na tle zdecydowanie rozwijającego skrzydła Fina, któremu ostatnie wyniki pozwoliły uwierzyć w siebie i zmazać respekt przed partnerem zespołowym.

Zobaczymy co z tego wyniknie. Zobaczymy co zrobi Mercedes, kiedy jego kierowcy znów spotkają się na torze, z niemal identycznymi szansami na tytuł. Zobaczymy wreszcie, czy rywale będą w stanie włączyć się do walki, czy do końca sezonu będą stanowić jedynie tło dla rywalizacji prawdziwej czołówki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *