Dakar 2017: podsumowanie

Największy rajd cross-country w sezonie już za nami. Znów niestety impreza została bardzo dotknięta przez pogodę, nie mniej jednak niż kraje, przez które przejeżdżała, a w których dochodziło do prawdziwych kataklizmów. Pewnie więc sporo osób, na przykład nasz Rafał Sonik, miałoby do niej zastrzeżenia. Odwołano w końcu koło 20% dystansu wszystkich odcinków specjalnych. Zawodnicy twierdzili, że nowe roadbooki nie tyle są trudniejsze, co błędne. Forma rajdu też coraz bardziej sprzyja i premiuje wielkie zespoły, a nie pojedynczych poszukiwaczy przygód. W przeciwwadze stoi chociażby heroiczna i niezwykle zacięta jak na Dakar walka Loeba i Peterhansela. Rywalizacja, która pchała Panów do rozpędzania swoich Peugeotów by naprawdę latały nad trasą, niemal na granicy urwania kół, ale też na granicy bardzo niebezpiecznych wypadków.

Rywalizacja w kategorii motocykli była mieszanką po części tego co już znamy, z czymś zupełnie nowym. Zaczęło się od dominacji zeszłorocznego zwycięzcy. Toby Price jechał bezbłędnie swoim bardzo dobrym, ale nie szaleńczym tempem. Uciekał skutecznie przed swoimi partnerami zespołowymi, przed teamem Hondy i przed zaskoczeniem rajdu, czyli francuskim hrabią Xavierem de Soultrait. Nadszedł w końcu jednak czwarty etap, problematyczny dla niemal każdej z kategorii. Price miał na nim wypadek, który zakończył dla niego rajd – połamał nogę. Z kolei po etapie godzinną karę wlepiono każdemu z zawodników fabrycznego zespołu Hondy, w związku z tankowaniem w niedozwolonej strefie na odcinku. To ustawiło rywalizację już praktycznie do końca. Na prowadzenie wyszedł Sam Sunderland na KTMie i utrzymał je już do końca. Brytyjczyk dobrze oceniał sytuacje za sobą i wcale nie walczył o zwycięstwa etapowe, starając się nie popełniać błędów. OSy wygrywali zawodnicy Hondy, próbujący szaleńczo odrabiać straty. Co im jednak po tym, skoro urwać mogli po 3, czy nawet pięć minut na odcinek, a dostali przecież godzinę kary. Jadący bezpośrednio za Samem Quintanilla i Walkner także, choć trzymali się w okolicy, nie byli bezpośrednim zagrożeniem jeśli chodzi o ogólne tempo rajdu, bo i oni także zmagali się z problemami. Tak więc Sam w pełni wykorzystał nadarzającą się okazję i wygrał rajd, może nie będąc nawet najszybszym jego zawodnikiem, ale z pewnością najmądrzej jadącym i z największym zapasem szczęścia.
Jeśli chodzi o Polaków to na metę dotarł jedynie Paweł Stasiaczek na 81. miejscu. W wyniku wypadków na trasie odpadli wcześniej Kuba Piątek, Maciej Berdysz i Adam Tomiczek.

Motocykliści najbardziej cierpieli w związku z pogodą

Wśród samochodów od początku widzieliśmy sporo szans na tytaniczną walkę Peugeota i Toyoty, z próbującymi się wcinać Mini. Na początku rajdu pokazać francuskiej marce gdzie jej miejsce próbował Nasser Al-Attiyah. Tak szybko jednak jak rozpoczął, tak i zakończył, urywając koło na jednym z pierwszych etapów. Potem „podgryzać” Peugeoty próbował Nani Roma i de Villiers w Toyocie, Hirvonen w Mini i… to by było na tyle. Od połowy rajdu Peugeot nie pozostawił wątpliwości i jego trzej kierowcy kompletnie zdominowali rywalizację. Tylko trzej bo przecież przez swój błąd odpadł wcześniej Carlos Sainz. Do końca właściwie tylko trójka Despres, Peterhansel i Loeb dzieliła się zwycięstwami etapowymi. Natomiast rywalizacja tych dwóch ostatnich na etapach 10 i 11 przybrała formę wykraczającą poza granice zdrowego. Dlaczego? Panowie naprawdę LECIELI ponad trasą. Rzadko kiedy choć dwa koła na raz miały kontakt z nawierzchnią, a Ci poganiali samochody ile jeszcze tylko mogli. Coś niesamowitego do oglądania, polecam odszukanie w sieci ich ujęć z helikoptera z tamtych etapów. Wszystko fajnie, jednak na trasie są nie tylko oni i kiedy o mało co Loeb przy jakiejś kosmicznej prędkości nie wpadł czołowo na quada Rafała Sonika, który błądził gdzieś przez błędy w roadbooku, przestało to być fascynujące, a zaczęło być przerażające. Naprawdę było o ułamki sekund od ogromnej tragedii. Wtedy uznałem, że Panowie poczuli się zbyt pewnie i przesadzają. Niemniej rywalizacja była zawzięta, szkoda dominacji jednej marki, ale bywa i tak. Po raz 13. rajd wygrał Peterhansel, przed Loebem i Despresem. Świetnie zaprezentował się nasz Kuba Przygoński, który w swoim drugim starcie w Dakarze za kierownicą samochodu, ukończył go na siódmej pozycji! Naprawdę myślę, że niewiele więcej można zdziałać w obecnej stawce, bez wsparcia zespołu fabrycznego. Za to dla Kuby ogromne brawa.

Elektryczna Acciona na trasie

Quady to od początku historia wielkich problemów, równie wielkich nazwisk. Zaczęło się (niestety) od mniejszych i większych wypadków Rafała Sonika, już na pierwszych OSach. Tak było niemal dzień w dzień. Wyglądało jakby rajd na każdym odcinku, próbował kopnąć Sonika w brzuch, ale ten się podnosił i jechał dalej. Jechał konsekwentnie i ukończył Dakar 2017 na czwartej pozycji, ale aż pięć i pół godziny za zwycięzcą. Wygrał bezproblemowo jadący Rosjanin Karyakin, drugi był Ignacio Casale, ale ze stratą już ponad godziny, a trzeci Argentyńczyk Copetti miał już ponad 4 godziny straty do zwycięzcy! Do dobrze obrazuje kształt rywalizacji quadów w edycji 2017. Kto uniknął problemów ten zwyciężył. Ilu jadących szybko i całkiem daleko przed Rafałem zawodników odpadło, to nawet nie zliczę. Jednak jego upór pozwolił dojechać na czwartej pozycji, tuż za podium, nawet pomimo tak ogromnych problemów i straty. Świetnie zaprezentował się także Kamil Wiśniewski, który od połowy rajdu jechał przynajmniej tempem Sonika, a czasem nawet lepszym i ostatecznie był 10. na mecie. Kamil myślę, że jest naszą nadzieją, na kolejnego dobrego zawodnika w tej kategorii.

Ignacio Casale najlepiej z „pewniaków” zniósł trudy rajdu

Wśród ciężarówek walka była bardziej wyrównana niż zwykle, ale i tak… wygrały Kamazy. Szczęście nie sprzyjało Gerardowi de Rooyowi, który przynajmniej na dwóch odcinkach miał poważne problemy techniczne, które poskutkowały stratą nie do odrobienia. Wygrał więc Nikolaev w Kamazie, choć nie błyszczał tempem to jechał bardzo skutecznie i konsekwentnie. Drugi był Stonikov także w Kamazie, przed trzecim wspomnianym de Rooyem. Tak więc pomimo początkowego zamieszania i tak całość przekształciła się w batalię Iveco z Kamazami.

Hans Stacey na trasie

Warto odnotować także, że po raz pierwszy w rajdzie rozegrano walkę w kategorii UTV i wygrał ją Brazylijczyk Torres w pojeździe firmy Polaris, a na metę dotarło… pięć załóg, ale zaznaczyć trzeba, że zgłosiło się jedynie osiem, a więc ukończył naprawdę spory procent uczestników.

Organizatorzy mieli sporo roboty

Co można powiedzieć o zakończonej niedawno edycji największego rajdu cross country na świecie? Z mojej strony, po raz pierwszy odkąd go śledzę, coś niestety było nie tak. Odwołano odcinki i fragmenty stanowiące niemal 2000 km z trasy mającej 9000 km. Nie bez powodu bo przyczyną były klęski żywiołowe i ogromne tragedie krajów, przez które impreza przejeżdża, ale jednak. Sporo było także kontrowersji z nowymi roadbookami, ale to więcej dowiecie się z wypowiedzi Rafała Sonika, który mocno je krytykował w sieci. Natomiast jazda Peterhansela i Loeba na ostatnich etapach pokazała, że czołówka rajdu… już po prostu nie ma się czego bać. Coś się stało z imprezą, która była wyzwaniem i przeżyciem, a teraz stała się tylko ślepą rywalizacją.

Kategoria UTV nie miała lekko w swoim pierwszym starcie

Nie wiadomo jaka jest przyszłość Dakaru. Nie wiadomo nawet gdzie kolejna edycja będzie rozgrywana. Warto natomiast na pewno czekać by się tego dowiedzieć oraz zobaczyć, jakie działania zostaną podjęte. Tymczasem dla czujących niedosyt polecam książkę Jacka Balkana „Operacja Dakar”. Przeczytałem ją i byłem zaskoczony, jak wielu informacji, jak ciekawych i trudnych do wyszukania gdziekolwiek indziej dostarcza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *