Wirtualna rzeczywistość

Weekend zaliczyć można na konto Lewisa i… pogody.

Wyścig w Stanach Zjednoczonych wyłonił kolejnego, spodziewanego mistrza świata F1. Najciekawsza w nim jednak była walka w chwilach, kiedy to więcej do powiedzenia mieli kierowcy popisujący się zarówno świetnymi manewrami jak i błędami powodującymi wyjazdy kolejnych samochodów bezpieczeństwa. Użyto także jednego z najnowszych pomysłów, czyli wirtualnego samochodu bezpieczeństwa, którego idea i zasadność, moim skromnym zdaniem, po tym wyścigu powinny zostać gruntownie przemyślane. Generalnie jednak weekend GP pokazał, że dla uatrakcyjnienia rywalizacji nie potrzeba kolejnych cudacznych przepisów, a wystarczy oddać więcej władzy nad tym co dzieje się na torze w ręce osób, które po prostu się na nim ścigają.

Trudno tak naprawdę nazwać to, z czym mieliśmy do czynienia, weekendem wyścigowym. Winę za to ponosił huragan Patricia, który przyniósł na tor ilości wody uniemożliwiające przeprowadzenie zawodów w normalnym trybie. Pierwszy trening można było raczej nazwać spływem kajakowym, drugi odwołano, bo kierowcom trzeba by było dać butle z tlenem, żeby się nie potopili podczas jazdy. Trzeci trening oficjalnie się odbył, jednak trudno nazwać to prawdziwą sesją testową. Większość stawki zrobiła zaledwie kilka okrążeń, z czego połowa toczyła się po torze by nie rozbić bolidu, co stało się udziałem kilku zawodników. Stan nawierzchni i pogody był taki, że odgórnie nakazano używania jedynie pełnych opon deszczowych. Po dwóch trzecich treningu lunęło tak, że przejazdy nie miały już praktycznie sensu, choć zawodnicy próbowali jeszcze trenować na przykład starty. Deszcz nie oszczędził także kwalifikacji, które musiano przełożyć na niedzielę. To także nie pomogło i po zaledwie dwóch z trzech sesji kwalifikacyjnych, bo tylko tyle udało się rozegrać, pole position wywalczył Rosberg. Wiadomo było tyle co nic, gdyż forma zawodników w czasie wyścigu, po tak małej ilości próbnych przejazdów, była kompletną niewiadomą, podobnie jak miała się sprawa z warunkami pogodowymi.

Start wyścigu i jego pierwsza część to całkiem ładna walka dwóch Red Bulli z dwoma Mercedesami. Świetnie szło także obu kierowcom Ferrari, szybko przesuwającym się na przód stawki, po karach jakie zaliczyli jeśli chodzi o pozycje startowe. Nieźle, o dziwo, spisywały się także oba bolidy McLarena i to nawet pomimo strzału, który Alonso zaliczył na pierwszym zakręcie. Generalnie działo się bardzo dużo, Ferrari przepychało się z Torro Rosso, Mercedes z Red Bullami, McLaren z Force India. Każdy walczył z każdym jadąc na granicy przyczepności, w warunkach, kiedy moce silników, a nawet sprawność aerodynamiczna niewiele miały do powiedzenia. Trzeba jednak przyznać, że Red Bull wraz ze Srebrnymi Strzałami dystansowali resztę już od startu, a uwikłane w walkę Ferrari nie mogło ich dogonić.

Pogoda dawała szansę wykazać się zawodnikom.

W pewnym momencie na torze wprowadzono Wirtualny Samochód Bezpieczeństwa by pozwolić obsłudze pozbierać walające się, po co najmniej kilku kontaktach między zawodnikami, szczątki nadwozi. Instytucja VSC (Virtual Safety Car) ma w teorii pozwolić kierowcom utrzymać dystanse między nimi przy zmniejszeniu prędkości i podwyższeniu bezpieczeństwa na torze. W praktyce jednak wyglądało to w USA tak, że wszyscy dojechali do lidera, którego po prostu nie wolno im było wyprzedzić. Nie dystans się tu liczy, ale zgodnie z przepisami minimalny czas przejazdu okrążenia i zakaz wyprzedzania właśnie. Tu jednak bym się spierał, bo zdaje się, że Rosberg rozpoczął manewr na Ricciardo jeszcze przed końcem okresu VSC, co w przypadku normalnego SC byłoby od razu ukarane. Tu mam wrażenie że temat nie został nawet poruszony. Dziwne to i niejasne, jak się okazało także dla Ricciardo, który od razu po restarcie zagubiony dał się wyprzedzić Nico.

Po serii pitstopów tor zaczął wreszcie nieco przesychać, to jednak działało na niekorzyść Red Bulla. Bardziej suchy tor oznaczał bowiem wracający stary układ sił w stawce, czyli nagłą przewagę Mercedesów, a także przyspieszenie Ferrari. O dziwo wciąż nieźle radziły sobie McLareny, które walczył nawet z Force India, dysponującymi przecież najmocniejszymi jednostkami w stawce. Wszyscy jednak zaczynali walczyć z kończącymi się i przegrzewającymi na suchym asfalcie oponami przejściowymi. Niektórzy walczyli i przegrywali też z samymi bolidami, jak zespół Williamsa, którego chłodzenie hamulców nie zostało przystosowane do jazdy w lepszych warunkach, co wyeliminowało obu kierowców.

Czyżby wreszcie światełko w tunelu dla McLarena?

Kolejne okresy neutralizacji, spowodowane między innymi zatrzymaniem się na torze Erricsona, a potem wypadkiem Danila Kvyata, sprzyjały kombinacji ze strategiami, czego między innymi wynikiem była niezła końcówka Jensona Buttona i słaba Alonso, którego zdecydowano się pozostawić na starych oponach, przy czym nie pomógł także sam sprzęt.

W czołówce powrócił niestety stary ład, także wewnątrz samego Mercedesa. Nico chyba nie wytrzymał presji i nieco wcześniej dał się wyprzedzić Hamiltonowi po dość sporym błędzie. Vettel wykorzystał możliwości bolidu i znów dopchał się do najniższego stopnia podium. Świetnie zaprezentował się cały zespół Torro Rosso z Verstappenem na 4. i Sainzem na 7. miejscu. Także dla McLarena był to udany wyścig nie tylko ze względu na brak poważnych usterek (OK, brak mocy u Alonso chyba jednak trzeba zaliczyć do poważnych, no ale udało się ukończyć), ale głównie ze względu na to, że byli w stanie trzymać tempo wyścigowe środka stawki tak na mokrym jak i niemal suchym torze.

Koniec końców jednak, zgodnie z tym co napisałem na początku, GP USA było dowodem na to, ile radości z F1 odbierają nam fanom, a pewnie i kierowcom, wszelkie elektroniczne udziwniacze wypaczające rywalizację. Jasne, że wyścigi to sporty techniczne, czyli takie, w których sprzęt liczy się jak nigdzie indziej. Jednak to jedna strona medalu. Druga to dodatki jak DRS, VSC, elektroniczne wspomagacze, które wciąż istnieją w takiej czy innej formie, choćby przez algorytmy zajmujące się dystrybucją energii z jednostki napędowej, i sporo innych. Kiedyś kierowcy sami musieli zarządzać oponami. Sami musieli myśleć jak szybciej przejechać okrążenie, a inżynier wyścigowy nie mówił im o konieczności poprawienia przejazdu w konkretnym zakręcie. Dziś to wszystko przekazano na osoby trzecie, a kierowca jest niemal pasażerem wykonującym w bolidzie polecenia swojej drużyny. Może kluczem do wszystkiego jest zastanowienie się, czy zdjęcie owych obowiązków z kierowcy jest na pewno wyznacznikiem postępu sportu? Czy możliwy byłby powrót tych decyzji na ramię zawodnika nawet kosztem ograniczenia możliwości, które obecnie dają mu ustawienia elektroniki w bolidzie?

Jackie Stewart na Norschleife w 1969 roku.

Lubię słowo “kiedyś”, więc użyję go jeszcze raz. Kiedyś kierowcy wyjeżdżając na pętlę takiego choćby Nordschleife zostawali zupełnie sami, pomijając rywali, z trasą, bolidem, oponami, strategią, a nawet warunkami pogodowymi. Uzmysłowienie sobie tego i porównanie z obecnymi czasami, nadaje zawodnikom sprzed blisko 50 lat niemal nierzeczywiste cechy, nadaje walce którą toczyli jakiś romantyzm, kolejny wymiar. Teraz przejęli to inżynierowie i komputery wygodnie tkwiące w boksach. Czy z korzyścią dla wszystkich? Takie wyścigi jak w USA pokazują, że niekoniecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *