W świątyni pręd… Mercedesa

Raikkonen na starcie zniknął na tyle stawki.

Po niezbyt ciekawym, nawet jak na klasyczny tor, GP Belgii, wyścig we Włoszech miał być kolejnym polem wielkiej bitwy. Bitwy reszty stawki z Mercedesem, szczególnie po szumnych zapowiedziach Ferrari i ich przygotowaniach do wyścigu w świątyni prędkości, czyli na Monzie i to przed oddanymi włoskimi kibicami. Zespół Srebrnych Strzał jakby też zdawał się odczuwać zbliżające się Ferrari i wykorzystał przed tym GP wszystkie żetony umożliwiające modyfikacje silnika, jakie miał jeszcze dostępne na obecny sezon. Czy zagrożenie było realne?

Treningi pokazały, że czerwoni są rzeczywiście za Mercedesami, ale przewaga Lewisa Hamiltona, który potrafił dokładać wszystkim innym bolidom w stawce po półtorej sekundy na okrążeniu, była po prostu miażdżąca. Nadzieje na wyrównany wyścig zaczęły powoli odpływać, choć przywróciły je nieco kwalifikacje, w których świetnie spisał się Raikkonen zajmując P2 przed Vettelem i Rosbergiem skazanym na słabszą wersję silnika Mercedesa, po awarii nowej jednostki, którą wciąż dysponował Hamilton.

Inną historią można nazwać to, co działo się z tyłu stawki, gdzie mieliśmy festiwal kar z absurdalnymi przesunięciami po 50 miejsc do tyłu i niemal koniecznością użycia arkusza kalkulacyjnego do ustalenia ostatecznej kolejności na starcie. Niemniej, mimo że w rzeczywistości na torze McLaren pokazał niestety znów żenujące tempo, to po uwzględnieniu kar na tyle stawki znalazły się głównie zespoły korzystające z silników Renault.

McLaren z silnikiem Hondy na Monzie po prostu nie istniał.

Można było więc liczyć na całkiem zaciętą walkę. Niestety za wiele jej nie było. Chyba najważniejszym momentem wyścigu był słaby start Raikkonena spowodowany zapewne niedomaganiem sprzęgła. Słaby to mało powiedziane, gdyż Fin po prostu został na swoim polu i nim zaczął się rozpędzać spadł na sam koniec stawki. Cudem nie doszło do żadnej kraksy.

Praktycznie od pierwszego zakrętu, kiedy tylko udało się obronić pozycję, pewnie prowadził Hamilton, który odjeżdżał drugiemu Vettelowi z każdą sekundą. Ten miał z kolei nieco luzu za sobą, gdyż Rosberg stracił pozycje na starcie podczas mijania Raikkonena. Swobodna jazda dwóch liderów dobitnie pokazała, że stawkę można podzielić na Mercedesa, którego dzieli przepaść od Ferrari, a ono ma z kolei dość pewną przewagę nad resztą. Przynajmniej na Monzie. Z tyłu ładnie jechały bolidy Force India, czego zupełnym przeciwieństwem był występ Lotusa, którego kierowcy w sumie nie przejechali nawet jednego okrążenia toru. Lotus już permanentnie od kilku lat jest w kryzysie finansowym i wciąż, a ostatnio coraz mocniej, odbija się to na wynikach. Doszło do tego, że przed GP inne teamy pożyczały im koce grzewcze do opon. Podobno zespół ten ma być polem do powrotu Renault, chcącego odbudować pozycję w królowej motorsportów, a co z tego będzie, czas pokaże.

Długie proste Monzy, których działanie wzmocniono DRSem, nie dały zbyt dużo pola do walki. Nawet tył stawki uniknął wielkiej walki przedzierając się do przodu, zastępując wyprzedzania prostym mijaniem wolniejszych aut. Wpływ mocy jednostek napędowych był przerażająco widoczny. Mercedesy odjeżdżały z miejsca, podczas gdy McLareny po prostu znikały za tylnym skrzydłem każdego bolidu po wyjściu z zakrętu.

Sezon zdaje się być już rozstrzygnięty na korzyść Hamiltona.

Pitstop pokazał, że tor obchodzi się z oponami dość łagodnie i rzeczywiście większość stawki będzie jechać na jeden pitstop. Pozwolił on również Rosbergowi wyprzedzić oba Williamsy i z trzeciej pozycji ruszyć do ataku na Vettela. Jak się okazało także starszy typ silnika Mercedesa pozwolił na skuteczne gonienie bolidu Ferrari z silnikiem po poprawkach.

Przykro mówić, ale od tamtej chwili na torze nie działo się niemal nic. Kilka okrążeń przed końcem wyścigu w zespole Srebrnych Strzał zaczęły się dziwne ruchy, których wynikiem były zaskakujące komunikaty podawane przez radio do Lewisa Hamiltona. Oto, jadącemu z około 20-sekundową przewagą Brytyjczykowi, kazano nagle kręcić okrążenia kwalifikacyjne, jakby rzeczywiście zagrażała mu utrata lokaty. Pikanterii całej sytuacji dodawał fakt, że Lewis pytający się przez radio co się stało i czemu musi tak pędzić, dostawał odpowiedź “wyjaśnimy po wyścigu”. Tymczasem swoją przygodę w wyścigu zakończył kolega Hamiltona. Doganiającemu Vettela Rosbergowi wybuchł silnik. Najwyraźniej jednak coś było w tym tempie Ferrari, skoro silnik Nico nie wytrzymał obciążeń jakim był poddawany by dogonić czerwony bolid.

Koniec końców Lewis bezproblemowo wygrał kolejny wyścig. Vettel zakończył drugi, ku niemałej uciesze włoskich kibiców. Trzeci był Massa również cieszący się sporą sympatią. Raikkonen po dramacie na początku dojechał piąty za Bottasem. Za nimi uplasował się cały zespół Force India, którym nowy bolid zdecydowanie pomaga, choć wciąż nie pozwala nawiązać walki z Ferrari, czy Williamsami, o Mercedesach nie wspominając.

Szkoda Kimiego, widać jednak, że Ferrari goni Srebrne Strzały.

Ciekawa sprawa wyszła natomiast pod koniec wyścigu jako wyjaśnienie przygód Lewisa. Otóż Pirelli zaleciło, po doświadczeniach ze Spa, podwyższenie ciśnień w oponach. Te zostały zmierzone przez FIA przed startem wyścigu i okazało się, że w bolidach Mercedesa były za niskie. Dlatego obawiając się kary kazano przyspieszyć Hamiltonowi, aby zachował wygraną nawet po doliczeniu karnych sekund. Tych jednak nie było. FIA przyjęła wytłumaczenie niemieckiego zespołu, w którym mowa była o fakcie wcześniejszego zdjęcia przez mechaników ekipy koców grzewczych, czego wynikiem były niższe ciśnienia podczas kontroli. Według mnie tłumaczenie mętne, a tym bardziej nie pozwalające na oddalenie kary. Cóż jednak, każdy team w stawce F1 ma swój czas. Także u sędziów.

Za nami więc ostatni wyścig w Europie, jeśli chodzi o sezon 2015. Sezon wciąż zdominowany przez Mercedesa, z Ferrari starającym się zrobić co tylko w ich mocy, by wydrzeć choć raz zwycięstwo w regularnej walce. Czy się doczekamy? Czerwoni będą gonić, ale czy nie odbije to się na rozwoju przyszłorocznego bolidu? Więcej odpowiedzi zapewne już za dwa tygodnie w Singapurze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *