Polskie Safari 2015

Było na co popatrzeć!

W temacie rajdów cross country nie będę ukrywał, że moja wiedza jest raczej uboga. Wprawdzie od lat śledzę rajd Dakar i dość pobieżnie poczynania naszych reprezentantów w Pucharze Świata Cross Country, ale nie poczuje się do końca żadnego sportu, dopóki nie obejrzy się go na żywo. Głupio było by więc nie skorzystać z okazji jaka nadarzyła się w miniony weekend, kiedy to pod Warszawą rozegrano 36. rajd Polskie Safari zaliczany do Rajdowych Mistrzostw Polski Samochodów Terenowych. Uzbrojony więc w dobre chęci, głód spalin i ryczących silników oraz odpowiednie narzędzia dokumentujące całe wydarzenie, udałem się na obrzeża poligonu w podwarszawskim Okuniewie.

Na początek nieco informacji odnośnie tego jak wyglądają owe rajdy w Polsce, które i ja musiałem sobie przyswoić. Generalnie Rajd Safari opiewał na rywalizację w trzech klasyfikacjach. Mowa o wspominanych wcześniej Rajdowych Mistrzostwach Polski Samochodów Terenowych (RMPST), Pucharze Polski w Rajdach Baja (PPRB) oraz Rajdowym Pucharze Polski Samochodów Terenowych (RPPST). Uff nieco tego jest, teraz co to i po co. W Mistrzostwach Polski biorą generalnie udział pojazdy dopasowane do przepisów międzynarodowych. Są to więc auta klasy T1, czyli prototypowe, znane choćby z Dakaru, jak na przykład Toyota Hilux, którą jeździł Adam Małysz, czy dakarowe Mini. Jeździ tam też międzynarodowa klasa T2, czyli pojazdy oparte o auta seryjne i zmodyfikowane w dużo mniejszym stopniu. U nas króluje w niej Mitsubishi Pajero i Nissan Navarra. W Mistrzostwach mamy też klasę T3, czyli pojazdy lekkie, jak choćby Polaris RZR. Mamy wreszcie dwie kategorie narodowe, czyli TH National czyli auta podobne do T1, ale ze zwężką na układzie dolotowym oraz klasę Open National, czyli niemal hulaj dusza piekła nie ma. Rajdowy Puchar Polski Samochodów Terenowych, to już klasy podzielone “po naszemu”. Tu generalnie mamy auta zmodyfikowane w klasie S1 oraz seryjne w klasie S2. Na koniec jeszcze Puchar Baja, czyli najprościej ujmując motocykliści i quadowcy.

Drugie miejsce w klasie T1, czyli potężny Hummer załogi 103

Formuła rywalizacji bardziej przypomina tą znaną z rajdów płaskich, czyli mamy OSy oraz serwisy. Tyle tylko, że w rajdach cross country teren jest znacznie cięższy, a odcinki długie i wymagające użycia roadbooka.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Z czym to się je? Ano przede wszystkim muszę przyznać, że to dyscyplina sportów motorowych, w której się ma bodaj najbliższy kontakt z przyrodą, no pewnie poza rajdami przeprawowymi. Samo spędzanie czasu pośród zielonych i pachnących polskich lasów jest przecież miłym doświadczeniem, dodać do tego sporty motorowe, a może być tylko lepiej – i rzeczywiście! Motocykle, quady i przede wszystkim auta przedzierające się przez trudny teren, skaczące, zakopujące się i sypiące fontannami piachu to rzecz bardzo widowiskowa i świetna do podziwiania. Przy czym nie są to bynajmniej pojazdy ciche i mimo drzew tłumiących cały hałas, słychać, że nadciągają naprawdę z daleka.

Jeep załogi Kania / Gierczyński

Podczas Polskiego Safari 2015 rywalizacja była podzielona na dwa dni. Pierwszy to piątek z uroczystym otwarciem i krótkim prologiem obok Centrum Olimpijskiego na warszawskim Żoliborzu. Otwarciu towarzyszyły dodatkowe atrakcje, stanowiska wystawowe, możliwość obserwowania parku serwisowego. Na sobotę zaplanowano rywalizację “właściwą”, czyli trzykrotny przejazd 43 kilometrowego (34 dla pucharowiczów) odcinka na poligonie w Rembertowie. Przejazdy odcinka można było podziwiać ze specjalnie przygotowanej strefy kibica. No dobrze – zalecano obserwować. Charakterystyka tej dyscypliny uniemożliwia zabezpieczenie całego terenu, gdyż ani nie można odgrodzić 40 kilometrów leśnej drogi, ani jej w całości nadzorować, ani nie pozwala na to sam regulamin rywalizacji, gdzie zawodnicy muszą nawigować. Niemniej jednak specjalnie przygotowane miejsce do obserwacji rywalizacji powinno być… rzeczywiście specjalnie przygotowane.

Zdobywca trzeciego miejsca w klasie Q4 – Piotr Wnęk

Tak. Doszliśmy do do punktu, gdzie muszę ponarzekać. Otóż nigdy nie byłem na takim rajdzie, więc może mam mylne wyobrażenia i oczekuję zbyt wiele. Jednak organizator udostępnił jakiekolwiek bardziej precyzyjne informacje kibicom dosłownie na bodaj 3 dni przed imprezą. Punkt obserwacyjny dla kibiców znajdował się w miejscu, gdzie specjalnie trasę wytyczono “eSkami”, między grupami drzew, tak aby fani mogli jak najdłużej podziwiać przejazdy. Na tym przygotowania organizatora chyba się zakończyły. Całość odgrodzono jakimiś 50 metrami taśmy, szkoda że nie zadbano o nic innego. Ja rozumiem, że na takim Dakarze trudno zadbać o kibiców na 200 kilometrowym odcinku na pustyni, jeszcze idącym przez dwa kraje, ale tu mamy raptem jedną strefę kibica. Wystarczyło postawić pojedynczą, wbitą w piach na drewnianym drągu, tablicę informacyjną z rozpiską czasową. Można było zadbać o lepszą promocję, rozdać nawet najprostsze ulotki. Brakowało nawet głupich kierunkowskazów na okolicznych słupach ze strzałką i napisem “Rajd Safari – punkt obserwacyjny”. W samym tym punkcie nie znajdowało się chyba więcej niż 70 osób na raz, z czego połowę stanowili znajomi, zespoły i rodziny uczestników. Tymczasem przychodzili tam ludzie z całym rodzinami, pogoda i otoczenie było świetne żeby choć postawić w odpowiedniej odległości grilla i spędzić sobie cały dzień na obserwacji zawodów. Tyle tylko, że nikt nie ustawił nawet kubła na śmieci o innych luksusach już nie wspominając, bo skoro dookoła jest las, to wiadomo gdzie trzeba załatwiać potrzeby fizjologiczne.

Kobiety też walczyły – Joanna Modrzewska na Husabergu FE390

Ja rozumiem, że jest to sport dość niszowy, ale wydaje mi się, że przy okazaniu naprawdę minimalnie większego zaangażowania można zapewnić znacznie lepszą promocję, ściągnąć ludzi na cały dzień i dać rozrywkę, którą będą wspominali cały rok, aż do następnej edycji, a jak nie pójdą sami, to nakłonią ich do tego dzieci. Kibice to szum medialny, szum medialny to promocja, a promocja to kasa. Sport jest świetny do obserwacji i takim maniakom jak ja zapewnia ogromną rozrywkę z samego śledzenia rywalizacji. Nie wszyscy kibice mają jednak podobne podejście, dlatego też na całym świecie podobne wydarzenia mają odpowiednią otoczkę. Tymczasem na pytanie do innych kibiców “Czy coś się jeszcze będzie dziać?”, które nastąpiło po dłuższej przerwie bez jazd, która brzmiała “No chyba powinni już jechać, ale nie wiem. Czego tu się więcej spodziewać po TAKIEJ imprezie”. Nawet szeroko pojęci fotoreporterzy też rzucali negatywne komentarze mówiąc, że na prologu w piątek było kompletnie pusto i imprezie zabrakło promocji.

Arkadiusz Bernat na quadzie Can Am DS450

Swoją drogą dobrze, że więcej ludzi nie było, bo świadomość w naszym narodzie jak zwykle znikoma i nawet tak duża strefa kibica nie wystarczyła tym kilkudziesięciu osobom i niektórzy musieli przejść przez taśmę i stanąć na zewnętrznej wąskiego zakrętu między drzewami. Bezpieczeństwo pierwsza klasa, a wystarczyło by dwóch chłopa, żeby całości pilnować i poprosić o nieprzechodzenie za wyznaczone miejsce i dbanie o bezpieczeństwo.

Ojciec i syn Kwiatkowscy w Nissanie Patrolu

Jest to dla mnie po prostu przykre, bo sam sport jest bardzo ciekawy i widowiskowy, świetnie się podziwia te maszyny i kierowców walczących z terenem. Tym bardziej żal tej oprawy i promocji. Rozumiem, że sport ma swoją charakterystykę i całości terenu zmagań ogarnąć się nie da, ale na pewno można zrobić dużo, dużo więcej i to niewielkim nakładem sił oraz środków. Chodzi przecież o solidne przygotowanie tego jednego, jedynego punktu dla kibiców! Nie o pomalowanie drzew na całej trasie rajdu…

Pajero załogi Stachurski / Kapliński walczące z terenem

Pomimo tych niedomagań organizacyjnych bardzo się cieszę, że taka impreza odbywa się w Warszawie. Widoki, podziwianie zmagań i kontakt z naturą tworzą bardzo fajny obraz rywalizacji, po prostu dobry sposób na spędzanie czasu w wolny, letni weekend. Dlatego z chęcią tam wrócę za rok, bo mam nadzieję, że będzie okazja. Wszystkich czytelników także zachęcam do odwiedzin, a organizatora do zagwarantowania kibicom infrastruktury, która zapewni wszystkim świetne warunki do obserwacji tej dyscypliny. Warto!

Załoga Ciuła / Kołasiński w Nissanie Navarra klasy TH

Kocyk, grill, dobra pogoda i rywalizację można śledzić cały dzień w bardzo komfortowych i relaksujących warunkach. Takie możliwości daje mało który sport w ogóle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *