Nieprzewidywalny

Weekend zadedykowano pamięci Julesa Bianchiego.

Spośród wszystkich słów jakie przychodzą mi do głowy, chyba to w tytule najlepiej podsumowuje rywalizację w wyścigu o GP Węgier, w miniony weekend. Przyznam, że jestem wielkim fanem tego obiektu, choć przez wielu jest mocno krytykowany, choćby ze względu na to jak trudno na nim wyprzedzać. W niedzielę natomiast mogliśmy obserwować na nim świetne widowisko, choć w cieniu śmierci Julesa Bianchiego. Zawdzięczamy to tylko nieco torowi, głównie jednak wyczynom kierowców. Mam na myśli tak te pozytywne, jak i negatywne, pamiętając choćby o niechlubnym “hat-tricku” kar Pastora Maldonado…

Jednak wszystko zaczęło się dość standardowo. Już od treningów dominował Mercedes, za którym było Ferrar i Williams. Tym razem w stawkę ścisłej czołówki wmieszał się dodatkowo Red Bull, który radził sobie na Hungaroringu nadspodziewanie dobrze. W ogóle obiekt ten jest dość oryginalny i nietypowy. Zbudowany i zaprojektowany według zupełnie innych pomysłów niż tory zachodnie, odznacza się dość wąską i krętą nitką asfaltu. Dzięki temu jest to jeden z najbardziej technicznych torów w kalendarzu i jego niekończące się “eSki” przechodzące jedna w drugą, a potem z kolei w szykany, nie wybaczają błędów. Jeden, popełniony na początku, może się ciągnąć za kierowcą przez serię kilku następnych zakrętów. Choć tor ten krytykuje się za ciężkie wyprzedzanie, to każdy kto miał okazje przejechać się na nim choćby w symulatorze zrozumie, że jest to typowy tor kierowcy, gdzie silniki i zdolności bolidu mają, w porównaniu z innymi nieulicznymi obiektami, nieco mniejszą wagę względem talentów osoby nim kierującej.
Mało tego tor ma również specjalne względy u kibiców i to nie tylko polskich, choć nie można zapomnieć, że jest na nim nawet trybuna imienia Roberta Kubicy. Przez fanów lubiany jest nie tylko za atmosferę, ale też za projekt, który umożliwia podziwianie bardzo dużej części okrążenia, bez konieczności przemieszczania się.

Wracając jednak do GP. Kwalifikacje nie przyniosły zaskoczenia. Na czele znów znalazł się Hamilton z ogromną, ponad półsekundową, przewagą nad Rosbergiem. Nieco bliżej, bo tylko dwie dziesiąte od słabszego z dwójki Mercedesa, znaleźli się Vettel i Ricciardo, potwierdzający dobrą formę RBR. Bez zmian natomiast w McLarenie, który odpadł w pierwszej części i to ze stratą nie dającą szans na myślenie o przejściu dalej. Bardzo typowy przebieg weekendu przyznacie. Przynajmniej jeśli chodzi o obecny sezon.

Mercedesy znów przegrały start.

Wyścig to znów inna bajka i znów rozpoczęta, podobnie jak na Silverstone, słabszym startem Mercedesa. Poprzedziło go powtórzone okrążenie formujące, spowodowane błędnym ustawieniem Felipe Massy, za co został z resztą później ukarany. Tym razem Srebrne Strzały zostały ograne nie przez Williamsa, ale przez kierowców Ferrari. Czerwoni wystartowali świetnie, a Vettel na dojeździe do pierwszego zakrętu wygrał wojnę nerwów z Hamiltonem i ustawił go sobie na torze. Nie myślałem, że komuś uda się w ten sposób stłamsić niepokornego Hamiltona i muszę szczerze pogratulować Sebastianowi świetnego manewru. W ślad za nim poszedł korzystający z przepychanki Raikkonen i tak oto już po pierwszym zakręcie mieliśmy dwa Ferrari na czele, podczas gdy Hamilton spadł aż na czwartą lokatę za Rosberga.

Na tym błędy Brytyjczyka w tym wyścigu się nie skończyły. Kolejny miał miejsce już kilka zakrętów dalej, gdzie szarżujący na Rosberga Hamilton zaatakował ze zbyt dużego dystansu, przez co zabrakło dla niego miejsca na torze i musiał ratować się przejazdem przez pułapkę żwirową, co poskutkowało spadkiem za pierwszą dziesiątkę. Po całym zajściu Lewis oczywiście próbował obwiniać Nico, któremu jednak nic w owej sytuacji zarzucić nie można. Hamilton za to po raz kolejny pokazał, że wraz z utratą prowadzenia traci także głowę. Najwyraźniej zbytnie przyzwyczajenie do komfortowego liderowania potrafi upośledzić umiejętności kierowcy. Na starcie też spory kontakt zaliczyły bolidy Bottasa i Ricciardo, o dziwo jednak obaj pojechali dalej.
Lewis musiał bardzo mocno pracować by odrabiać poniesione straty. Układ toru nie tylko utrudnia wyprzedzanie, ale też niweluje nieco różnice w mocy jednostek i wydajności aerodynamiki bolidów, dzięki czemu Massa znów był w stanie przez kilka okrążeń powstrzymywać Hamiltona, a z kolejnymi zawodnikami wcale nie było łatwiej. Tymczasem z przodu Ferrari pokazywało wyśmienite tempo uciekając nawet Mercowi Rosberga, który raptem po kilku okrążeniach mógł już zapomnieć o ataku na kierowców Scuderii.

Dobra jazda Raikkonena nie została niestety nagrodzona.

Lewis szarżował odrabiając straty, jadąc nieraz na granicy rozbicia bolidu, jak choćby po lekkim kontakcie z Massą. W pogoń za podium ruszył świetnie jadący Ricciardo, który po przepuszczeniu przez Kvyata uporał się z Bottasem. Nadszedł czas na pierwsze, dość wczesne, pitstopy. Zaczęli kierowcy Williamsa i Red Bulla, po których zjechała reszta stawki oprócz Ferrari i Mercedesa. O ile zespół Srebrnych Strzał próbował znaleźć dogodny moment na ściągnięcie swoich kierowców tak, by po wyjeździe za kimś nie utknęli, to Ferrari spokojnie czekało na ruch przeciwników, dysponując przewagą, która dawała spory margines bezpieczeństwa. Kiedy tylko Niemcy ściągnęli swoje bolidy do boksu, powtórzyło to Ferrari i znów ustalił się układ na torze. Warto zauważyć, że na tym etapie wyścigu Alonso znajdował się już na punktowanej pozycji, prezentując całkiem solidne tempo wyścigowe. Tymczasem swoją pierwszą karę w wyścigu zaliczył Maldonado, a oberwało się także Grosjeanowi. Generalnie ilość kar podczas tego wyścigu powinna być niepokojąca.

Po serii zjazdów na torze zdecydowanie się uspokoiło i mieliśmy nieco typowego wyścigu na Węgrzech. Jedynym atakującym na torze był Hamilton, który poradził sobie z Ricciardo po błędzie Australijczyka. Kimi Raikkonen natomiast zaczął doświadczać co to znaczy, że “jeśli sezon nie idzie, to po prostu nie idzie, nieważne co się zrobi”. Pomimo świetnej jazdy zaczęło się od zgubienia fragmentu nadwozia z kamerą na nosie bolidu, a po wyjeździe z boksu zaczęły się problemy z MGU-K, czyli modułem sterowania odzyskiwaniem energii z kół. Właściwie to zepsuł się on zupełnie, przez co Fin nagle zwolnił o ponad dwie sekundy na okrążeniu i wyprzedzały go nawet McLareny.

Safety Car był kolejnym punktem zwrotnym w wyścigu.

Drugą turę zjazdów niejako wymusił wypadek Nico Hulkenberga, któremu na prostej startowej odpadło, zupełnie bez powodu, skrzydło, przez co bolid dość mocno zarył w barierę bezpieczeństwa. Zawodnikowi nic się nie stało, ale na torze wprowadzono wirtualny samochód bezpieczeństwa, a chwilę później wyjechał już całkiem prawdziwy SC, by zapewnić odpowiednie bezpieczeństwo osobom sprzątającym tor. Wszyscy wykorzystali ten czas na zmianę ogumienia, ale taka sytuacja oznaczała zniwelowanie całej przewagi wypracowanej przez Ferrari i niemal start całej rywalizacji od nowa. Za Safety Carem mieliśmy bowiem dwa Ferrari ustawione przed dwoma Mercedesami, za którymi z kolei czaił się Ricciardo.

Zjazd SC i pojedynek na prostej startowej zaowocował kolejnymi dramatami. O ile Rosberg od razu uporał się z Raikkonenem w niedomagającym bolidzie, to Hamilton znów się nie popisał, wbijając się w wyprzedzającego go Ricciardo. Niemal cudem jest, że przy tym stopniu uszkodzeń jakich doznał, bolid Ricciardo dalej był w stanie przemieszczać się po torze i to w bardzo dobrym tempie. Lewis natomiast połamał swoje przednie skrzydło i, zmuszony do zjazdu po nowe, znów spadł za czołową dziesiątkę. Jednak szaleńcza jazda Hamiltona z uszkodzonym skrzydłem zaowocowała sporą ilością wyjazdów i uników, jakie musieli wykonywać inni kierowcy, do czego doszło jeszcze przebita przez Verstappena opona Bottasa, który chyba nieco zagapił się w całym zamieszaniu. Tymczasem Kimi zjechał do boksu z nadzieją, że restart samochodu uruchomi popsutą elektronikę. Na nic zdały się te próby, przez co Ferrari zdecydowało się wycofać Raikkonena po kilku kolejnych okrążeniach. Strasznie szkoda tak dobrego wyścigu w jego wykonaniu, ale najwyraźniej jak pech, to pech i żadna dobra jazda nie pomoże.

McLaren zaliczył nadspodziewanie udany wyścig.

W tym momencie mieliśmy małą sensację, gdyż na piątej pozycji podróżował McLaren Fernando Alonso! Kolejne kary sypiące się na lewo i prawo, pomogły Lewisowi przebić się na punktowane pozycje. Pomogły także Kvyatowi, który niemal znikąd pojawił się na drugim miejscu i nawet 10 sekundowa kara, której nie uniknął, nie pozwoliła odrobić strat 3. Ricciardo. Ten z kolei zaliczył kontakt z Rosbergiem, który dotrzymał kroku Lewisowi jeśli chodzi o słaby występ i w bardzo głupi sposób stracił szansę na odrobienie punktów do rywala.

Wyścig zakończył się pewnym zwycięstwem Vettela nad dwoma Red Bullami Torro Rosso Verstappena, Alonso i Hamiltonem! Rosberg ukończył dopiero ósmy przed Jensonem Buttonem, który na Węgrzech również zdobył punkty.

Przyznam szczerze, że takiego wyniku wyścigu przewidzieć nie mógł chyba nikt i to nawet na dziesięć okrążeń przed jego końcem. Może nieco szkoda, że takie zwroty akcji mieliśmy przez ciągłe błędy kierowców i kary, które za to otrzymywali, ale pomógł także Safety Car. Pomijając te losowe zdarzenia trzeba zauważyć szybkość i tempo wyścigowe jakie zaprezentowało Ferrari, a które było wyzwaniem nawet dla szalejącego Lewisa. Forma Red Bulla również pozytywnie zaskoczyła i miło by było gdyby ją utrzymali, co będzie jednak dość trudne, gdyż nadchodzące wyścigi nie sprzyjają ich bolidowi. Faktem niemal do zapisania w kronikach są także oba punktujące McLareny z jednostkami Hondy. Nie dość, że wreszcie dojechali, to pomimo słabych kwalifikacji mieli solidne tempo wyścigowe. Czyżby nareszcie zwrot przy współpracy z Hondą? Oby.

Vettel zdecydowanie zasłużył na to zwycięstwo.

Przed nami przerwa w sezonie, po której czas na legendarne GP Belgii. Wyścig od którego start ma zależeć jeszcze bardziej od kierowcy, co na chwilę obecną nie wróży dobrze Mercedesom. Jak to będzie w rzeczywistości przekonamy się pod koniec sierpnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *