Bo fortuna kołem się toczy

Ricciardo w drodze po swoje pierwsze zwycięstwo.

Tegoroczne GP Kanady Formuły 1 można chyba śmiało zaliczyć do najciekawszych, dotychczas rozegranych, wyścigów sezonu 2014. Trudno stwierdzić, czy przyczynił się do tego pech Mercedesa, czy charakterystyka toru, a może po prostu nastąpiło wyrównanie stawki. Pewne jest jedynie, że do samego końca wyścigu niemal wszystkie rozstrzygnięcia były możliwe, a szansę na podium miało aż siedmiu, ośmiu kierowców. Jakby tego było mało, wyścig zakończył się w jeszcze innych okolicznościach, których na pewno nie mogliśmy się spodziewać.

Nie wiem czemu tak jest, ale GP Kanady zawsze towarzyszyły duże emocje. Mi, jako polskiemu kibicowi, pewnie szczególnie. Najpierw potężny wypadek Kubicy w 2007, potem historyczna wygrana w 2008. Następnie zapadająca w pamięć jazda Jensona Buttona w 2011 roku i wreszcie to, co mogliśmy oglądać w miniony weekend.

Nie spodziewałem się, że akurat w Montrealu tak bardzo będzie widać jak zmieniły się bolidy i jakie problemy spotykają kierowcy z ich opanowaniem. Nie mam na myśli tylko kraksy całego zespołu Marusii na pierwszym okrążeniu. Problemy z „tańczącym tyłem” i dohamowaniami mieli praktycznie wszyscy kierowcy przez cały wyścig, także liderzy jak Nico Rosberg, który raz, dosłownie cudem, uratował się od skasowania bolidu o ścianę. Dla kibiców wyszło to oczywiście na plus, gdyż walkę pomiędzy całą niemal stawką mogliśmy oglądać przez większość wyścigu.

W Marusii szybki koniec radości po Monaco.

Zapowiadało się przecież na kolejny weekend dominacji Mercedesa, z goniącym go Red Bullem. Tymczasem, mniej więcej w okolicach połowy wyścigu, nagle stało się coś niespodziewanego. Oba Mercedesy, jadące daleeeeko przed resztą stawki, straciły tempo i zwolniły o tyle samo. Reszta zaczęła się niebezpiecznie szybko zbliżać. Paniczne rozmowy przez radio zespołu z kierowcami srebrnych strzał ujawniły, że inżynierowie są tak samo zdezorientowani jak widzowie i nie wiedzą co się dzieje. Dopiero następująca kilka okrążeń później ostateczna awaria tylnych hamulców w bolidzie Hamiltona, pozwoliła na wyjaśnienie sprawy. Jak się okazało winny był ERS, czy jak kto woli system odzyskiwania energii, który przestał wspomagać tylne hamulce. Jest to o tyle istotne, że ponieważ w obecnych bolidach odzyskuje on energię, dodatkowo przyhamowując tylne koła, zmniejszono tylne tarcze hamulcowe, gdyż tak duże jak wcześniej stosowane były po prostu niepotrzebne. Dodajmy do tego, że w Kanadzie tor jest bezlitosny właśnie dla hamulców i problem gotowy. Tylne tarcze w bolidach Mercedesa nie wytrzymywały po tym, jak straciły wspomagania systemu odzyskiwania energii. Rosbergowi udało się uniknąć ostatecznej awarii, przez co mógł kontynuować jazdę nieco tracąc tempo, natomiast Hamilton musiał pożegnać się z rywalizacją.

Rosberg szczęśliwie ukończył wyścig radząc sobie z awarią.

Swoją drogą to przerażające. Rosberg jadący z awarią hamulców i ERS był dopiero tak.. wolny, jak najszybsze bolidy w stawce poza Mercedesem. Dzięki temu udało się mu dowieźć P2. Wyprzedził go jedynie Ricciardo, który znów popisał się szybką, czystą i bezbłędną jazdą, odnosząc swoje pierwsze zwycięstwo w F1. Podium uzupełnił Vettel korzystający na błędach i problemach rywali. Tuż za nimi zacięta walka o pozycje trwała przez dobre kilkanaście okrążeń między pięcioma, sześcioma kierowcami, którzy mieli równe szanse by ruszyć w pogoń za podium. Tu najlepiej wyszedł Jenson Button, który spokojną, acz szybką jazdą, uzyskał wreszcie większe punkty dla McLarena. Świetnie pojechało także Force India Hulkenberga, które finiszowało na P5. Fernando Alonso na kolejnym miejscu jest niestety potwierdzeniem kryzysu w Ferrari, gdyż tak wysoka pozycja jest jedynie zasługą problemów rywali. Wyścig w wykonaniu Raikkonena też raczej można wymazać z pamięci.

Button w Kanadzie wydobył McLarena z niebytu.

Dobrze w wyścigu wypadłby także Williams, gdyby nie potężna kraksa na ostatnim już okrążeniu wyścigu. Zderzyli się Perez z Massą na dojeździe do pierwszego zakrętu w sposób, który znów nie do końca pozwala ocenić, kto tak naprawdę zawinił, mimo iż sędziowie ukarali Pereza. Tym niemniej uderzenie było potężne, a Vettel może mówić o cudzie, kiedy jego pojazdowi nic się nie stało, a dwa rozpędzone, lecące bezwładnie bolidy, w jednej chwili minęły go po obu stronach dosłownie o centymetry.

Ostatnie okrążenie w wykonaniu Massy i Pereza.

W wyścigu sklasyfikowano tylko 14 bolidów, co chyba dobitnie świadczy o tym, że był on zdecydowanie większym wyzwaniem dla kierowców i maszyn, niż wszyscy się spodziewali. My jednak mogliśmy podziwiać fascynujące widowisko, a przed nami kolejny ciekawy punkt kalendarza F1, czyli powrót na A1, zwany teraz Red Bull Ringiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *